IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Chambar Restaurant

Zobacz poprzedni temat
 
Zobacz następny temat
 
Go down
 
Idź do strony : 1, 2  Next
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Pon Wrz 25, 2017 1:18 pm
       


Możliwość Pracy Dorywczej

Obecni pracownicy:
Właściciel restauracji: ---
Kucharz: Damien Allen
Kelnerki/Kelnerzy: Riley 'Woolfe' Winchester, Ryan Jay Grimshaw
Ochroniarz: ---


Kiedyś tu będzie opis.




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Riley 'Woolfe' Winchester

avatar
1456
#Student Robotyki
Introwertyk
1456


   
Pon Wrz 25, 2017 2:29 pm
       
Po raz pierwszy od dawna towarzyszyła mu podobna cisza.
Bynajmniej nie chodziło o dźwięki w restauracji, w której tak jak zawsze panował gwar - dla niektórych przyjemny, dla innych nieco mniej. Zupełnie odmienny od tego w kawiarniach zdominowanych przez rozwrzeszczanych nastolatków, dużo cichszy i spokojniejszy. Ale nadal gwar. Woolfe był przyzwyczajony do takich dźwięków, tak jak przyzwyczajony był do cudzej obecności. Nic zatem dziwnego, że w momencie gdy został jej pozbawiony czuł się nieswojo i nie na miejscu. Nieznaczne roztargnienie objawiało się jednak wyłącznie podczas prywatnej rozmowy z nim. Zamówienia zawsze musiały być złożone w idealny sposób, by uniknąć późniejszych problemów związanych z niezadowoleniem klienta. Starał się ich uniknąć za wszelką cenę, lecz los jak na złość akurat dziś postanowił zesłać na niego nadętego bufona, któremu przez własne błędy właśnie nie wyszła dość ważna transakcja.
Zażyczyłem sobie małży w sosie czosnkowo-ziołowym, tymczasem jedyne co byłem w stanie wyczuć to bazylia! Nie po to wydaję tak dużą sumę na danie, by dostać niejadalne paskudztwo, które nigdy nie powinno znaleźć się w karcie! ― złotooki przesunął spokojnym spojrzeniem po pustym talerzu, który dodatkowo został wytarty z sosu co do kropli za pomocą podawanej do owoców morza świeżej bagietki. Jak na coś kompletnie niezjadliwego, trzeba było przyznać, że zniknęło w dość dokładny sposób. Nie był to pierwszy raz, gdy spotykał się z podobną sprawą. Gdy tracili sporą sumę zainwestowanych pieniędzy, ich wewnętrzna chciwość i rozpierająca ich złość zdawały się kombinować na wszelkie sposoby, by odzyskać choć pieniądze za zmarnowany obiad. Ponadto oddech ich gościa zdecydowanie nie świadczył o tym, że w potrawie było zbyt mało czosnku.
Moje najszczersze przeprosiny. Zawsze staramy się, by nasze posiłki trafiały w gusta naszych klientów, a podawane produkty były z najwyższej półki.
Z najwyższej półki, akurat. Chyba śmietnika! ― na widok czerwieniejącej twarzy, powstrzymał narastające w nim obrzydzenie, zachowując całkowicie neutralną mimikę.
Przeklęty, gruby pajac.
Jeśli takie jest pańskie życzenie, mogę zawołać kucharza i kierownika. Jeśli jednak będzie pan uprzejmy, pokryjemy koszta felernego dania. Z chęcią zaproponowałbym panu coś innego w zamian, lecz biorąc pod uwagę, że zjadł pan cały talerz, nie jestem pewien czy jest pan jeszcze głodny... ― powiedział z nieznacznym zagubieniem na twarzy, z satysfakcją obserwując jak czerwień na jego twarzy dodatkowo się pogłębia.
Udław się tym, prosiaku.
Hmpf. Obejdzie się. Rachunek.
Naturalnie ― skłonił się i ruszuł w stronę kontuaru, znad którego od czasu do czasu zerkał na niego wyraźnie zaniepokojony Jasper. Woolfe znacznie lepiej radził sobie z kłopotliwymi klientami od niego, choć całe szczęście tym razem mężczyzna odpuścił dość szybko. Zupełnie jakby darmowe małże były jego jedynym celem.
Wszystko w porządku? ― dłoń blondyna wylądowała na jego ramieniu, gdy przysunął się bliżej niego, szepcząc cicho do jego ucha.
Spokojnie, poprosił o rachunek. Musiałem darować mu płatność za jedno z dań, ale za resztę zapłaci.
Dobrze, dobrze. Kierownik prosił żebyś po obsłużeniu go wyrzucił śmieci. Potem zrób sobie przerwę. Ja przejmę salę ― kiwnął krótko głową w odpowiedzi, nim wziął rachunek i podszedł do odpowiedniego stolika z terminalem. Oczywiście, że płacił kartą. Tacy ludzie nigdy nie zostawiali gotówki, by oszczędzić sobie potrzeby dorzucania napiwku. Całe szczęście już dwie minuty później mężczyzna opuścił lokal bez dodatkowego podnoszenia głosu czy tupania nogami. Zebrał więc jego talerze i udał się w kierunku kuchni, by zostawić je w zlewie na zmywaku. Sam obrócił się i ruszył w stronę tylnego wyjścia, zgarniając po drodze cztery worki na śmieci i wyszedł na zewnątrz, wrzucając jeden po drugim do dużego, zielonego kontuaru. Znajoma psia morda wychyliła się z cienia, patrząc na niego błyszczącymi brązowymi ślepiami.
Cześć Blue. Głodny? Zaczekaj chwilę  ― pies nie ruszył się z miejsca, gdy Winchester wrócił do środka, umył ręce i zgarnął talerz z obiadem przygotowanym dla niego przez kucharza.
Dzięki John ― podziękował mu krótko otrzymując w odpowiedzi perskie oko, które mężczyzna puszczał mu za każdym razem, zbyt skupiony na swoim zadaniu, by bawić się w konwersacje. Nawet te najkrótsze. Było mu to jednak na rękę. Wyszedł na zewnątrz i usiadł na schodach z talerzem, cmokając krótko na chowającego się za kontuarem psa. Ten dopiero teraz wyczołgał się zza niego ostrożnie i zamachał patykowatym ogonem, stukając pazurami o bruk. Oderwał kawałek solidnej golonki, krojąc skórę na kawałki i rzucił je psu,  patrząc jak rzuca się na wszystko z wyraźnym głodem w ślepiach.
Easy, boy ― powiedział wsuwając do ust widelec z ziemniakiem i kawałkiem mięsa, zerkając jednocześnie na zegarek. Jego zmiana kończyła się za dwie godziny. Miał jeszcze nieco czasu, choć w tym momencie sam nie wiedział czy chciał by płynął on szybciej czy wolniej.



Powrót do góry
 
Go down
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Pon Wrz 25, 2017 3:14 pm
       
Miał całe mnóstwo czasu, by załatwić wszystkie sprawy. Odkąd po obiecanym sobie prysznicu, sprzątnięciu z łazienki noża – który po uprzednim umyciu trafił do kosza i został przysypany innymi śmieciami, które doszczętnie zatarły ślad jego obecności – ruszył na miasto, nawet nie spostrzegł się, że poranek zaczął zbliżać się wielkimi krokami. Na początku bez celu snuł się ulicami miasta, jak kot, który nie szuka dla siebie miejsca, bo wszystko co go otaczało było jego miejscem. Dopiero po jakimś czasie zdecydował się na obiad i popołudniową kawę. Wieczorem udał się do klubu, choć hałas rzadko kiedy przypadał mu do gustu, ale było to jedyne miejsce, w którym mógł znaleźć swoje kłopoty, choć proszono go, by tego nie robił.
Ale niczego mu nie obiecywałeś.
„Jasne” – to wszystko, co powiedział.
Wysunął z kieszeni telefon, by sprawdzić godzinę, po czym schował go z powrotem, pozwalając nogom na to, by niosły go przed siebie. Doskonale wiedział, dokąd zmierzał, jednak każdy przechodzień, który teraz miałby okazję go zobaczyć – a o tak wczesnej porze było ich naprawdę niewielu nawet tu, w centrum miasta – uznałby, że po prostu włóczy się bez celu. Coś w wyrazie jego twarzy mówiło, że był teraz gdzieś indziej, mimo że odruchowo omijał wszelkie przeszkody, ludzi, zatrzymywał się, gdy nad przejściem dla pieszych po przeciwnej stronie jezdni jarzyło się czerwone światło i cyklicznie zaciągał się zatruwającym jego płuca dymem, zaraz wydmuchując go przed siebie.
Nikt nie wiedział i nie musiał wiedzieć, skąd wracał.
Powiedział, że było świetnie, chociaż nawet nie dałeś mu się pocałować. To jakaś nowość, Jay.
Na moment uniósł wzrok na dobrze znany mu szyld po przeciwnej stronie ulicy. Nie musiał tu dziś przychodzić i właściwie nikt nie spodziewał się, że ostatecznym miejscem, do którego się skieruje będzie miejsce, do którego chodził tylko z wyższej konieczności samodzielnego zarabiania. tym bardziej, że tym razem zjawił się tu pozbawiony tej konieczności.
W oczekiwaniu aż światło zmieni swój kolor na zielony, ugasił niedopałek na słupie i wyrzucił go do pobliskiego kosza, by zaraz schować obie ręce do kieszeni. Nie spieszyło mu się – miał jeszcze jakieś dziesięć, może piętnaście minut, zanim wskazówki zegara miały obwieścić koniec popołudniowo-nocnej zmiany w restauracji Chambar i zanim Winchester miał opuścić budynek. I właśnie o to w tym wszystkim chodziło – ciemnowłosy chciał znaleźć się na czas, ale nie po to, by sprawić Thatcherowi niespodziankę. Przywiodła go tu niewiedza – coś, co sprawiało, że za cholerę nie wiedział, czego może spodziewać się po tym, co wydarzyło się dzisiejszego ranka. Nie chodziło o to, co Starr wtedy myślał ani o to, co o nim myślał. Chodziło o to, co jeszcze mógł wymyślić po tym, jak wziął do ręki ten cholerny nóż. Jego nóż. I o to, co już zdążył z nim zrobić, jeśli cokolwiek z nim zrobił.
Trudno było stwierdzić, gdy na ostrzu już wcześniej znajdowała się krew.
Jakąś minutę później był już przed lokalem. Choć wcześniej tego nie robił, teraz jakby instynktownie zajął miejsce na murku naprzeciwko, z którego – jak zauważył – miał idealny wgląd na wszystko co działo się w pobliżu budynku. Jeśli ktoś nie planował wyjść frontowymi drzwiami, miał szansę kątem oka dostrzec ruchy po obu swoich stronach. Ciężko było przewidzieć, które z wyjść preferował Starr, jednak jeśli miał w planach uciec z pracy równie szybkim tempem, z jakim zaczął zbierać się do wyjścia z domu, tym razem Ryan nie zamierzał udawać, że wcale nie stał obok, gdy ten go wymijał.
Nie możesz nic zrobić, jeśli nie będzie chciał wrócić do domu.
Wysunął z kieszeni kolejnego papierosa. W końcu miał jeszcze trochę czasu.




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Riley 'Woolfe' Winchester

avatar
1456
#Student Robotyki
Introwertyk
1456


   
Pon Wrz 25, 2017 4:13 pm
       
Winchester krążył po zapleczu lokalu, dopełniając reszty swoich obowiązków. Wyglądało na to, że pomimo wcześniejszych kłopotów - które po dwóch godzinach pracy zdążyły już odejść w niepamięć - los nie szykował dla niego niczego innego.
Przynajmniej tak sądził.
Do czasu.
Stojąc przed swoją szafką w szatni, przypatrywał się z wyraźną niechęcią nierównej ranie na gardle. Muszka zwisała smętnie w jednej z jego dłoni, gdy palcami drugiej przesuwał po brzegach rany. Gwałtownie otwierające się drzwi, sprawiły że momentalnie trzasnął drzwiczkami do szafki, tuż po wyciągnięciu z niej czarnej bandany, którą zaraz owinął wokół szyi, idealnie dokańczając swojego dzieła. Czarne trampki, porwane na udach czarne rurki, szara bluza i narzucona na nią czarna, skórzana kurtka były jego standardowym zestawem. Podobnie jak bandana na zabandażowanym nadgarstku i kilka ozdób przysłaniających drugi z nich. Ta na gardle absolutnie nie wzbudzała żadnych podejrzeń, a raczej zdawała się uzupełniać jego styl. Wrzucił muszkę do torby z ubraniem pracowniczym, obracając się w stronę Jaspera.
Dobra robota ― odpowiedział tym samym na słowa blondyna siedząc na ławce i przeglądając telefon. Nagle padł na niego cień, który nie tylko zasłonił mu ekran, ale przede wszystkim zwrócił jego uwagę na chłopaka ― Randka?
Zabawne. Sprawdzam rozkład autobusów ― odpowiedział wracając wzrokiem do swojej komórki. Nie mógł dojrzeć przez to wyraźnie rozjaśniającego się oblicza blondyna, który również zatrzasnął drzwiczki szafki po przebraniu się w swoje ubranie codzienne.
Chcesz skoczyć na coś do jedzenia? Albo kawę.
Nie był szczególnie głodny, nawet jeśli dwie godziny wcześniej podzielił się po połowie obiadem z Blue. Cieżko było jednak odmówić, widząc nadzieję na twarzy chłopaka. Był od niego dwa lata starszy, a mógłby przysiąc że to od robił tu za tego, który opiekował się innymi.
Jasne. Jeśli znajdziesz gdzieś w okolicy kawiarnię działającą o tej porze.
Wstał z miejsca zgarniając swoje rzeczy i ruszył w stronę tylnego wyjścia z niemalże podskakującym u jego boku chłopakiem.
Otworzyli jedną ostatnio na rogu, dość niedaleko. Mają tam świetne Caramel Macchiato, chociaż chyba nie przepadasz za słodkimi rzeczami? Ale mają mnóstwo rzeczy, na pewno znajdzie się coś dla ciebie. Pokazała mi ją moja siostra. Chyba jej nie poznałeś? Była tu ostatnio, ale wydaje mi się, że nie miałeś wtedy zmiany... ― pozwalał Jasperowi trajkotać u jego boku, nieszczególnie komentując jego słowa. Od czasu do czasu wtrącił coś jedynie, by zachować pozory że nadal go słucha, gdy blondyn nagle zatrzymał się w miejscu patrząc niechętnie w konkretny punkt na ulicy.
Mówiłeś, że jesteś wolny, mh? ― złapał go dłonią za łokieć, zupełnie jakby chciał powstrzymać go przed udaniem się we wskazanym kierunku. Właśnie cholernie zaczynał żałować, że w ogóle się odezwał. Winchester był dziś w takim stanie, że gdyby nie uwaga Jaspera, może nawet wyminąłby Ryana bez słowa, nie zauważając jego obecności. Teraz jednak, gdy już go dostrzegł, w jego oczach odbiło się zaskoczenie. Niewiele myśląc ruszył w jego kierunku, nawet nie zwracając uwagi na przyklejonego do jego łokcia Jaspera, który wypuścił go z uścisku dopiero kilka kroków przed Grimshawem, cały czas mierząc go czujnym spojrzeniem. Do złudzenia przypominał w tym momencie Scara, choć Woolfe zdawał się kompletnie nie zauważać jego uczuć.
Jay? Co ty tutaj robisz, nie masz dziś zmiany.
Był to pierwszy raz, gdy srebrnooki pojawiał się bez wyraźnej prośby czy powodu. Znanego mu powodu. Nie rozumiał.



Powrót do góry
 
Go down
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Pon Wrz 25, 2017 5:04 pm
       
Siedząc z nieruchomym spojrzeniem wbitym w drzwi frontowe restauracji, kompletnie stracił rachubę czasu. W ciągu tych kilkunastu minut mógł jeszcze zmienić zdanie i w porę oddalić się od lokalu. Zdążyłby wylądować trzy przecznice dalej, a wtedy Winchester i żaden inny pracownik nie spostrzegłby, że jeszcze przed momentem tu był. Ale został, choć być może popełniał błąd – nie taki, którego miałby żałować (paradoksalnie niczego nie żałował), ale po prostu błąd. Coś zwyczajnie niewłaściwego i nie na miejscu. Zbyt późno doszedł do takiego wniosku, a ruch po jego prawej stronie przyciągnął jego uwagę na tyle, że momentalnie zwrócił twarz w tamtą stronę, napotykając na dwójkę chłopaków, którzy akurat kończyli pracę. Srebrzyste tęczówki najpierw zahaczyły o twarz Thatchera, który najwidoczniej jeszcze nie zdawał sobie sprawy z jego obecności, następnie przeskoczyły na znajomego mu Jaspera – z jakiegoś powodu raczej za sobą nie przepadali, a raczej to blondyn nie przepadał za nim, co mogło wiązać się z dość lekceważącym nastawieniem Jay'a w stosunku do niego.
Po prostu razem pracowali i nic więcej.
Opuścił wzrok nieco niżej, natrafiając na rękę, która zacisnęła się teraz na łokciu złotookiego. Widocznie o relacji tej dwójki nie można było powiedzieć, że „tylko pracowali”. Nie odrywając wzroku od jednego punktu, wycelował niedopałkiem w murek i zgniótł go, kilkakrotnie przekręcając jedną i w drugą stronę, dopóki nie został zredukowany do przystępnego rozmiaru.
Wielu rzeczy o nim nie wiesz.
Rozluźnił palce i wsunął ręce do kieszeni, na nowo unosząc wzrok, gdy zauważył, że zaczęli się zbliżać. Jego twarz nie zdradzała nawet najdrobniejszego wyrazu, gdy przyglądał się najpierw obu twarzom z nikłym zainteresowaniem, jednak wystarczyło, by znaleźli się odpowiednio blisko, by jego wzrok skupił się na chłopaku stojącym za Riley'em. Nie miał problemu ze spojrzeniem mu prosto w oczy, jakby między nimi zawisła jakaś bardzo napięta nić, której zerwanie miało oznaczać zwycięstwo dla jednej ze stron. Choć korciło go, by ostentacyjnie podnieść się na równe nogi, by dodatkowo zaznaczyć pozycję, którą zajmował, nie sądził, że było warto marnować energię na małego psiaka, którego właśnie pożerał wzrokiem.
Nie musiał się odzywać, by w ten niewerbalny sposób przekazać mu, że przekroczył linię której nigdy nie powinien był przekraczać. Że dokładnie wszystko widział i jeśli teraz się nie wycofa, ktoś będzie zdrapywał jego głowę ze ściany, choćby przez sam sposób, w jaki właśnie próbował rzucić mu wyzwanie albo pokazać, jak bardzo nie na rękę była mu obecność Ryana.
Nie zapędzasz się? Szczeniak nic ci nie zrobił.
„Jay? Co ty tutaj robisz, nie masz dziś zmiany.”
Byłem w okolicy i uznałem, że cię odbiorę ― rzucił bez wyrazu, wreszcie odrywając wzrok od jasnowłosego. Wyglądało na to, że szatyn nie traktował swojej obecności tu, jakby była ona czymś niedorzecznym, czego nie można było powiedzieć o Woolfe. Może zaskoczenie było wywołane tym, że zwyczajnie mu przeszkodził? Szarookiemu wydawało się dość oczywiste, że przyszedł tu, żeby dowiedzieć się, co stało się w łazience i dowiedzieć się, dlaczego w ogóle dotykał jego rzeczy.
Nieprawda. Wiedziałeś, że nic ci nie powie.
I najwyraźniej robił też wszystko, żeby tam nie wracać.
Nie wiedziałem, że będziesz miał inne plany ― mruknął, sprowadzając współpracownika do dość bezosobowej formy, jakby wyrażenie się o nim po imieniu miało świadczyć o jakimś szacunku. A tak się składało, że nie miał go wcale.




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Riley 'Woolfe' Winchester

avatar
1456
#Student Robotyki
Introwertyk
1456


   
Pon Wrz 25, 2017 5:39 pm
       
"Byłem w okolicy i uznałem, że cię odbiorę."
Ściągnął nieznacznie brwi. Zupełnie z automatu zakładał w podobnych sytuacjach najgorsze scenariusze, lecz Grimshaw nie wyglądał na w jakikolwiek sposób poruszonego na tyle, by przykładowo mogło chodzić o Deana. Wychodziło więc na to, że rzeczywiście po prostu tu przyszedł. Albo postanowił to ukrywać w towarzystwie Jaspera.
Blondyn natomiast na widok spojrzenia srebrnookiego, choć poczuł narastający w nim niepokój, nie rezygnował. Zupełnie jakby ta walka na spojrzenia była jedyną pewną rzeczą w jego życiu. Gdy jednak usłyszał pierwsze słowa ze strony ciemnowłosego, wyprostował się i spojrzał na Rileya z niezrozumieniem.
Mieszkacie niedaleko siebie? — zapytał cicho wodząc wzrokiem pomiędzy jednym, a drugim zupełnie jakby w ten sposób chciał otrzymać odpowiedź jeszcze przed faktycznym potwierdzeniem informacji przez Woolfe'a.
Mieszkamy razem. To znaczy, ja póki co mieszkam u niego, choć niedługo pewnie wrócimy do akademika, w którym dzielimy razem pokój — rzucił pytające spojrzenie Grimshawowi, zupełnie jakby spodziewał się że ten potwierdzi bądź zaprzeczy. Wyglądało na to, że nie zdawał sobie do końca sprawy z panującego w powietrzu napięcia, a może raczej - jego źródła. Przyzwyczaił się do tego, że ludzie albo kleili się do Jaya niczym rzepy, albo traktowali go z odpowiednim ich zdaniem dystansem. Jaspera - który spuścił nagle nieznacznie głowę i spojrzał gdzieś w bok - zdecydowanie przypisał do drugiej grupy.
Gdy jednak pojawiały się podobne sytuacje, nie było najmniejszych wątpliwości co zaraz się wydarzy. W końcu było tak za każdym pojedynczym razem. Bez wyjątku.
Sorry Jasper. Innym razem — zmierzwił blondynowi włosy, by zmusić go tym samym do spojrzenia na niego. Uniósł kącik ust w przepraszającym uśmiechu, otrzymując w odpowiedzi jedynie markotne:
Jasne. Następnym razem — gdy chłopak pożegnał się z nimi przyciszonym głosem i odszedł w swoją stronę ze spuszczoną głową i rękami w kieszeniach. Patrzył za nim przez chwilę, wzdychając cicho pod nosem. Nie żeby jakoś szczególnie zależało mu na tej kawie, lecz widząc chłopaka w podobnym stanie nie czuł się z tym zbyt dobrze. Może przynajmniej wyniesie z tego jakąś lekcję i następnym razem umówi się z nim na wypad nieco wcześniej.
Choć nie chciał przyznać się przed samym sobą, że nawet gdyby planowali to od tygodni, wraz z pojawieniem się Jaya odwołałby wszystko w ciągu minuty.
Więc? Co teraz, wracamy do domu? — zapytał poprawiając bandanę na ręce, jednocześnie wyraźnie czekając aż ciemnowłosy wstanie ze swojego miejsca. Grzebał przez chwilę w kieszeniach kurtki, nim sam nie wyciągnął z niej opakowania papierosów, momentalnie umieszczając jednego pomiędzy wargami. Ostatnimi czasy starał się ograniczyć palenie, co trzeba było przyznać, szło mu całkiem nieźle. Nie zrezygnował jednak całkowicie, pozwalając sobie dwa razy dziennie na odrobinę tej morderczej przyjemności o czym dobitnie przypominały mu makabryczne obrazki.
Zaciągnął się dymem nadal nie ruszając z miejsca nawet o krok. Może i Grimshaw zadeklarował powód swojego pojawienia się, ale nie chciało mu się wierzyć, że przychodził tu bez większego powodu.
Jednocześnie pustka w jego głowie cały czas dawała o sobie znać w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Wziął leki niemalże trzy godziny temu, miał więc względny spokój do rana, choć początkowo rozważał odstawienie dawki, by spróbować odnaleźć białą marę.
Wilku?
Lecz rozsądek wygrał, a jemu nieustannie odpowiadała ta sama cisza, do której od dziecka nie miał dostępu. I właśnie ta nagła różnica sprawiała, że czuł się zagubiony. Zupełnie jakby wyrzucono go na oddalonej miliardy kilometrów od Vancouver wyspie, na której nie było nikogo poza nim.
Był sam.



Powrót do góry
 
Go down
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Pon Wrz 25, 2017 7:37 pm
       
„Mieszkacie niedaleko siebie?”
Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo niedaleko.
Grimshaw postanowił zachować milczenie, pozostawiając wyjaśnienia właśnie Winchesterowi. W odpowiedzi na jego pytające spojrzenie zaledwie wzruszył barkami, jakby ta wersja wydarzeń nie tyle co mu odpowiadała, ale była do zaakceptowania. No i to on był tutaj tym bardziej rozgadanym i tym, który starał się nie ignorować innych. Ciemnowłosy nie miał ochoty wdawać się w jakiekolwiek konwersacje z Jasperem, który jeszcze przed chwilą dał mu do zrozumienia, że nie zamierzał się poddawać, nawet jeśli nie do końca rozumiał, o co toczyła się ta walka, a raczej nie rozumiał, dlaczego to Thatcher stał się jej centrum.
Bez słowa podążył wzrokiem za dłonią Starra, która właśnie dosięgnęła głowy drugiego chłopaka i to z własnej, nieprzymuszonej woli. To znaczyło, że jasnowłosy był już trzecią osobą, przy której prefekt nie odczuwał podobnego dyskomfortu. A to spostrzeżenie i tak postanowił zachować dla siebie, choć do ostatniej chwili nie przypuszczał, że Riley postanowi mu odmówić.
Kretyn. Nie powinien go dotykać. Ten dzieciak jest jakiś dziwny, Jay.
Głos momentalnie zmienił zdanie, gdy oczami Ryana wychwycił tę nagłą zmianę nastawienia. Wcześniejsza zaciętość blondyna jakby nagle wyparowała, ustępując miejsca niezadowoleniu, którego źródła nie potrafił rozszyfrować. Ludzie na ogół cieszyli się, gdy ich nocka dobiegała końca i gdy od razu mogli wrócić do domu i w spokoju odespać te kilka – a czasem i kilkanaście – godzin pracy, dlatego w zastanowieniu zaczął odprowadzać chłopaka wzrokiem, w pierwszej chwili ignorując pytanie, które zadał mu Woolfe i nie ruszając się z miejsca.
Nie dotykaj go ― rzucił niespodziewanie, nie wiadomo czy kierując te słowa do jasnowłosego kelnera, który zdążył już oddalić się na taką odległość, że nie było nawet cienia szansy, by go usłyszał, czy może do stojącego obok Thatchera, który mimo że stał obok i mógł wyraźnie oddzielić od siebie każde słowo, równie dobrze mógł uznać, że się przesłyszał. Zresztą już po chwili szarooki podniósł się z murka, jakby podobny przekaz w ogóle nie miał miejsca. Nie próbował wytłumaczyć mu, dlaczego miał tego nie robić, skupiając się wyłącznie na tym, że z tym chłopakiem było coś nie tak. I pewnie tylko on tak uważał.
Nie ma szans, żeby wziął to do siebie, Ryan.
Możemy wracać ― stwierdził, zerkając z ukosa na Rila. Mimowolnie przesunął wzrokiem wzdłuż jego sylwetki, choć próba doszukiwania się na nim jakichkolwiek zmian, gdy miał na sobie wszystkie ubrania – a nawet większą ich ilość niż potrzebował – była bezcelowa. Nic dziwnego, że już po chwili ruszył przed siebie niespiesznym krokiem. ― Jeśli nie chcesz iść całą drogę pieszo, pójdziemy na przystanek. To i tak wystarczająco dużo czasu, żebyś wyjaśnił mi, co ten cholerny nóż robił na podłodze. Nie powiesz przecież, że byłeś tak sfrustrowany faktem, że ktoś prawie przedziurawił mi rękę ― mruknął zadziwiająco spokojnym tonem, zatrzymując się tuż przed przejściem dla pieszych. Wspomniana wcześniej ręka – teraz zabezpieczona opatrunkiem – stuknęła o przycisk na słupie. Nie brzmiał jak ktoś, kto podejrzewał cokolwiek, a jednocześnie wolał wykluczyć wszelkie możliwości, które mógłby podejrzewać.
I to tylko dlatego, że wybiegając z łazienki wyglądał na winnego.
Miał nadzieję, że ciężar tej winy – czy cokolwiek to było – nie miał sprawić, że złotooki zerwie się do ucieczki, nawet jeśli ulica nie była odpowiednim miejscem na poruszanie podobnych kwestii. Jednak wczesnym rankiem było tak cicho, że równie dobrze mogli poczuć się ostatnimi osobami na tej planecie.
Upewniałem się, że wracasz do domu ― dodał zaraz, stawiając pierwszą nogę na pasach i zwracając spojrzenie przed siebie, gdy kątem oka dostrzegł zielone światło.




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Riley 'Woolfe' Winchester

avatar
1456
#Student Robotyki
Introwertyk
1456


   
Pon Wrz 25, 2017 9:16 pm
       
"Nie dotykaj go."
Zamarł.
Nie był pewien czy gwar ulicy nie zagłuszył jego słów. Z drugiej strony jeśli był na tym świecie jakikolwiek głos, który docierał do niego dużo wyraźniej niż inne to należał właśnie do Jaya. Ewentualnie do obu Wilków, choć ciężko było uznawać je za prawdziwe byty i stawiać na równi z ludźmi. Po tylu latach i sesjach z psychiatrą odkrył jednak jeden fakt. Nie powinien ufać sobie w stu procentach. Jego słuch, wzrok, a nawet dotyk zwodziły go już zbyt wiele razy, by mógł z pełnym przekonaniem stwierdzić, że coś faktycznie miało miejsce. W końcu jaki cel mógłby mieć Grimshaw w wypowiadaniu podobnych słów? Jasper nie stanowił dla Rileya absolutnie żadnego zagrożenia. Był nie tylko niższy od niego, ale i dużo słabszy. Z tego co wiedział nie przenosił też żadnej choroby, która mogłaby na niego jakkolwiek wpłynąć. W końcu w podobnym wypadku nie pracowałby w eksluzywnej restauracji, gdzie podawał jedzenie jednym z bogatszych mieszkańców miasta.
Jedynym "sensownym" argumentem w podobnej sytuacji byłaby... nie. Niemożliwe. Jay nigdy nie okazałby zazdrości w jakimkolwiek stopniu. Zwłaszcza w jego przypadku. Zaśmiał się cicho z jakąś ponurą nutą, wyśmiewając tym samym własne przypuszczenia.
Jasne — powiedział krótko w powietrze. Słowa miały w sobie jakąś specyficzną nutę, która przywodziła na myśl ten sam sarkazm, jakim darzył Czarnego Wilka za każdym razem, gdy próbował prowadzić swoje brudne gierki. Lecz tym razem nie słyszał go już od kilkunastu godzin. Odsunął od siebie wszystkie myśli, dając im spokój. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej zaczynał wariować, co zdecydowanie nie służyło mu w podobnej sytuacji. Gdyby Biały Wilk był obok niego, pomógłby odróżnić mu rzeczywistość od złudzeń.
Choć fakt, że pokładał swoją wiarę w jednym z nich był niesamowicie ironiczny.
Kiwnął głową na pierwszą część zdania. Dopiero przy kolejnej jego wzrok zaczął się zmieniać. Początkowo nie wyrażał kompletnie nic, nim przed oczami nie stanęła mu na nowo sytuacja z poranka. W złotych oczach pojawił się chłód tak głęboki, że niejedna osoba znająca go jedynie powierzchownie, cofnęłaby się już kilka kroków w tył, zupełnie jakby miał zaraz targnąć się na ich życie.
To samo co robił wcześniej w zlewie. Leżał i gnił — odparł beznamiętnym tonem, z którego ciężko było cokolwiek wyczytać. Nie zamierzał się z niczego tłumaczyć. Nie wyrządził nikomu (za wyjątkiem samego siebie) żadnych szkód, ani nie zniszczył żadnego przedmiotu, choć przyszło mu to z niesamowitym trudem. Nawet płytki naścienne wyszły z całego starcia bez szwanku.
Przygryzł filtr papierosa zębami, szukając jednocześnie po kieszeniach telefonu. Wyraźnie był to jeden z gestów, które sugerowały że temat nie jest ani mile widziany, ani sam Woolfe nie zamierzał go kontynuować. Zdążył on już jednak odbić swoje piętno na Winchesterze.
"Upewniałem się, że wracasz do domu."
Usta złotookiego otworzyły się nieznacznie, gdy połowa papierosa dosłownie wypadła mu na jezdnię. Przydeptał ją pospiesznie butem, obracając głowę w jego kierunku.
Jezu Jay, mówisz poważnie? Powinienem być raczej zaskoczony, że to ty pojawiłeś się przed północą. Nie ja włóczę się całymi nocami po mieście. Poza tym póki co to mój jedyny dom. Zawsze do ci... was wrócę — nie rozumiał jego zachowania. Nie mógł wiedzieć co działo się w łazience, nawet jeśli rzeczywiście zaaferowany całym wydarzeniem, zapomniał usunąć go z miejsca wypadku. Ale to on go tam zostawił do cholery. To wszystko nie miało najmniejszego sensu. Potarł skronie zmęczony zarówno myśleniem, jak i całym dzisiejszym dniem. W końcu gdy przeszli przez pasy, złapał nagle Ryana za nadgarstek, odciągając go w kierunku przeciwnym niż początkowo planowali.
Vancouver miało w sobie całe mnóstwo zaułków, które mimo wszystko oferowały jakiś fałszywy rodzaj prywatności, której nie mieli doświadczyć ani jadąc autobusem, ani nawet w domu, gdzie jakby nie patrzeć znajdywali się pod obserwacją Deana. Poza tym nie miał zamiaru czekać, aż wszystko nagromadzi się jeszcze bardziej. Zatrzymał się w końcu w miejscu i wypuścił go z uścisku, mierząc go uważnym spojrzeniem.
Jay, co się dzieje?



Powrót do góry
 
Go down
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Pon Wrz 25, 2017 11:10 pm
       
„Jasne.”
Mówiłem poważnie.
Mimo że Winchester wyraźnie zbagatelizował jego słowa, nie widział powodu, by dodatkowo przypominać mu, że nie żartował. Ciężko było stwierdzić, jak wielkim trzeba było być idiotą, by wierzyć, że Grimshaw przejawiał jakieś resztki dobrego humoru, z którego własne przeżycia go ograbiły, ale Riley najwyraźniej o tym zapomniał, pozwalając sobie na ten krótki – nieważne, że pozbawiony życia – śmiech. Najwidoczniej nie zamierzał brać sobie do serca tego ostrzeżenia, nawet jeśli aparycja Jaspera miała tu najmniej do rzeczy. Nie chodziło o to, że był mniejszy, słabszy, a jeśli to nie Thatcher zaplanowałby pokazanie mu jego miejsca, Jay z pewnością bez większego trudu przetrąciłby mu szczękę. Tak, zdecydowanie nie w tym rzecz. Nie podobało mu się jego spojrzenie, ale Woolfe widocznie nie potrafił tego zrozumieć albo odpowiadał mu sposób, w jaki patrzył.
Mogłeś to przewidzieć.
Wyciągnął z kieszeni kolejnego papierosa, nie zwracając uwagi na to, że skończył poprzedniego jakieś trzy minuty temu. Sprawnie odpalił zapalniczkę, by przystawić jej płomień do końcówki. Kompletnie zignorował przy tym podszepty, nakazujące mu przyhamować, bo paradoksalnie właśnie ta czynność zajmowała jego ręce na tyle, by nie posunął się za daleko.
I całe szczęście, że dym rozszedł się po jego płucach odpowiednio wcześnie, bo – jak zdążył zauważyć – Starr postanowił posunąć się o krok dalej, zapominając o tym, że Jay nie był jedną z tych osób, którą dało się wystraszyć chłodnym spojrzeniem. Sam niejednokrotnie obserwował innych w ten sam sposób, nie miał więc większego problemu ze zniesieniem niewidzialnego naporu, który próbował sprowadzić go do parteru i od tak zniechęcić do kontynuowania tematu. Strzepnął popiół na ziemię, jakby co najmniej rzucał mu nieme wyzwanie. Miał mu coś do powiedzenia? Proszę bardzo. Chciał się na niego rzucić z pięściami? Śmiało.
No dalej, Winchester. Dawno tak świetnie się nie bawiłem.
Pomruk, który przemknął przez jego głowę był przesiąknięty sarkazmem. Nic dziwnego, skoro nie widział niczego zabawnego w defensywnej postawie złotookiego.
Zła odpowiedź. ― W tle zabrakło już tylko drażniącego dźwięku rodem z teleturniejów, który obwieszczał uczestnikom, że właśnie stracili swoją szansę na wygraną. A co stracił Thatcher? Najpewniej nic, bo nie wyglądało na to, by przejął się tym, że Ryanowi nie spodobało się, że ruszył z miejsca coś, co należało do niego. ― Miał robić to w zlewie. Po to go tam położyłem – żeby leżał i gnił ― wyjaśnił, starannie oddzielając od siebie wszystkie słowa, jakby musiał tłumaczyć dziecku, że nie powinno wkładać palców do kontaktu. Przykład prefekta nie różnił się aż tak bardzo w zaistniałej sytuacji. Sam fakt, że zachowywał się, jak się zachowywał, świadczył o tym, że coś się wydarzyło. Coś przed nim ukrywał. ― Nie do innych celów.
Nie potrafił sprecyzować, jakie cele miał na myśli, jednak znaczący ton wskazywał na to, że szarooki o czymś na pewno wiedział, nawet jeśli jego wiedza ograniczała się do dźwięków, które słyszał. Jego rozmówca nie musiał jednak wiedzieć, że przez większość czasu stał pod drzwiami i jedynie oczami wyobraźni śledził obrazy, które powstawały za sprawą tych tonów, jakby w tym czasie stał nie za drzwiami, a na samym środku znanego mu dobrze pomieszczenia.
Na szczęście szatyn doskonale wiedział, w którym momencie należało skończyć temat. I nie zrobił tego ze względu na Rila. Tym razem to on musiał dołożyć wszelkich starań, żeby siłą nie zetrzeć mu z gęby tego obrzydliwego wyrazu. Dobrze się stało, że koniec końców przestał na niego patrzeć. Nawet kiedy ten zdążył już ochłonąć i wyjaśnić mu, że jego teoria nie miała sensu, ciemnowłosy zaledwie kiwnął głową, wypuszczając przy tym kolejną porcję dymu, gdy przechodzili na drugą stronę ulicy.
Dopiero uścisk na nadgarstku na nowo przyciągnął jego uwagę. Z początku gwałtownie napiął mięśnie ramienia, jakby odruchowo chciał stawić opór Thatcherowi, co ten niemalże na pewno był w stanie odczuć, biorąc pod uwagę różnice w ich budowie. Obrzucił go dość zdawkowym spojrzeniem, zanim pozwolił mu poprowadzić się w przeciwnym kierunku, choć nie widział większego sensu w przedłużaniu sobie drogi do mieszkania.
Może zdążył rozważyć wyzwanie.
Gdy wreszcie się zatrzymali, przemknął wzrokiem po zaułku, jakby liczył, że znajdzie w nim powód, dla którego trafili akurat tutaj. Rzecz jasna, nie było w nim nic nadzwyczajnego – kontenery ze śmieciami, sterty kartonów, porozrzucane gazety i...
„Jay, co się dzieje?”
... no tak, Riley.
Wypuścił z rąk papieros i zdusił go podeszwą buta, przyglądając się chłopakowi pytającym wzrokiem. W końcu to nie z nim było coś nie tak, a co miał do powiedzenia już powiedział. Nie było najmniejszego sensu w zaciąganiu go w ustronne miejsce, chyba że miał nadzieję na ciekawsze wrażenia, choć Grimshaw wątpił, żeby chodziło mu właśnie o to.
Nic. Wszystko mi wyjaśniłeś ― odparł, jakby rzeczywiście tak właśnie było i jakby przyjął do siebie wersję wydarzeń, w której stwierdził, że i tak zamierzał wrócić do domu. ― Rzuciłeś nożem, żeby „leżał i gnił” gdzieś indziej, później wybiegłeś z łazienki, jakbyś przed czymś uciekał. Przebiegłeś mi tuż przed nosem. Jak mogłem nie poczuć zapachu codzienności o poranku? Następnym razem uprzedź, że masz dziwne hobby – może to oszczędzi mi widoku gęby twojego zazdrosnego chłopaka ― jego głos nie zawahał się ani na chwilę i przez cały czas towarzyszył mu niezmiennie spokojny ton, nawet jeśli nie pasował do wypowiadanych słów. Cały problem tkwił w tym, że kiedy wreszcie zamilkł, stał już na tyle blisko, że niemalże stykał się nosem ze złotookim, zachowując pozbawiony jakiegokolwiek skrępowania kontakt wzrokowy.




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Riley 'Woolfe' Winchester

avatar
1456
#Student Robotyki
Introwertyk
1456


   
Pon Wrz 25, 2017 11:57 pm
       
Właśnie w tym konkretnym momencie ton Jaya go drażnił.
Nie dawał tego po sobie poznać, lecz za każdym razem, gdy go używał, Winchester zaczynał mieć problemy z powstrzymaniem się przed zareagowaniem w bardziej agresywny sposób. Nawet jeśli większość łudziła się, że chłopak przez całe życie pozostawał ostoją spokoju, wystarczyło nastąpić na złą część jego umysłu, by rozbudzić głęboko skrywaną w nim nienawiść. Nic dziwnego, że jego oczy zamigotały w niebezpieczny sposób, zupełnie jakby walczył właśnie sam ze sobą. Nie byłby to pierwszy raz, gdy ich rozmowa skończyłaby się w sposób zupełnie odwrotny do tego, który planował.
Widząc Jaya czekającego na niego pod budynkiem, nie chciał przyznać się sam przed sobą, że czuł się... szczęśliwy. Gdzieś głęboko - na tyle, by nie zdawał sobie z tego sprawy - liczył na to, że się pojawi, choć zakopana nadzieja jak zwykle została przydeptana butem, by oszczędzić samemu sobie rozczarowań.
Lecz ostatecznie dostał jedynie w ryj porcją oskarżeń na temat, którego nie chciał wyciągać na światło dzienne. Jeśli przyszedł tu tylko po to, mógł nie pokazywać się wcale.
Było zbyt późno, by obrócić wszystko w żart. Jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że sytuacja była jego winą. Problem polegał na tym, że jego umysł niezwykle mocno skupiał się na słowie 'JEGO'. Obronne mury, które momentalnie wzniósł wokół siebie, chciały by Jay zwyczajnie się od niego odpierdolił i nie zagłębiał w to wszystko bardziej, niż było to konieczne.
Lecz jego część w dokładnie tym samym momencie, uparcie nie chciała go wypuścić.
Mętlik który odczuwał, sprawiał że zaczynała boleć go głowa. Wystarczyło jednak tych kilka zdań z ust srebrnookiego, by całkowicie o nim zapomniał, gdy przeszył go zupełnie inny ból.
Klatka piersiowa chłopaka zacisnęła się tak mocno, że miał wrażenie, jakby miał przestać oddychać. Ledwo udało mu się utrzymać tę samą pozycję co wcześniej, powstrzymując dłonie przed powędrowaniem w stronę zranionego po raz tysięczny serca, które wyraźnie nie chciało się poddać. Zdawało się, że chwilowo kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością. Mimo że Ryan znajdował się tuż przed nim, zdawał się patrzeć gdzieś przez niego, jakby nie do końca docierało do niego to co właśnie się działo.
Wszystkie dźwięki docierały gdzieś z daleka, a ciało które do tej pory odczuwał tak wyraźnie, zmieniło się jedynie w stojącą nadal na chodniku masę. Zdawał się odgrodzić od odczuwanego bólu ścianą, której nie chciał, ani nawet nie próbował w tym momencie obejść. Gdy w końcu podniósł nieznacznie głowę, a jego spojrzenie zrównało się z tym należącym do Grimshawa, nie czuł już prawie niczego.
Czuł, że powinien mu wszystko wytłumaczyć. Wytłumaczyć cały poranek, podzielić się z nim wszystkim co przeżywał, być może pokazać nawet ranę na gardle (!), a przede wszystkim zaprzeczyć ostatniemu zwrotowi. Powiedzieć, że cała ta sytuacja była przecież jakimś cholernym nieporozumieniem, skoro nigdy wcześniej nie przejawiał nawet jakiegokolwiek zainteresowania własną płcią.
Ale z drugiej strony, czy nie byłoby to największe z jego kłamstw?
Nawet jeśli to nie na Jasperze skupiały się wszystkie jego uczucia, którymi już od dawna nie obdarzył nikogo innego. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej tracił pewność siebie. Przekonania, że powinien mu o czymkolwiek powiedzieć. Gdzie, w jednym momencie, wyparowała cała jego wściekłość?
Jedna z dłoni Starra uniosła się ku górze, a końcówki jego palców zadrżały nieznacznie. Przez chwilę wyglądał jakby miał zamiar ułożyć ją na jego policzku. Może właśnie taki początkowo był jego plan.
Ręka zacisnęła się na jego barku, gdy odsunął go w tył, samemu cofając się o krok.
Wracaj do domu, Jay — powiedział przerywając po raz kolejny ich kontakt fizyczny. Nie był w stanie dłużej na niego patrzeć. Grimshaw był jedyną osobą, która w tak krótkim czasie potrafiła podkopać całą jego ciężko zebraną pewność siebie i wgnieść ją w ziemię jak nic niewarty piach. Być może popełniał błąd, gdy cofnął się jeszcze bardziej i odwrócił do niego plecami. Palce nasunęły kaptur na głowę, gdy ruszył w kompletnie przeciwnym kierunku.
I wtedy przystanął w miejscu. Jego głowa obróciła się nieznacznie w lewo, choć nadal nie na tyle, by Ryan był w stanie dostrzec jego twarz.
Swoją drogą, Jasper nie jest moim chłopakiem. Myślałem, że kto jak kto, ale ty będziesz o tym wiedzieć najlepiej — dodał przyciszonym tonem, nie ufając już dłużej własnemu głosowi. Słowa te wyraźnie były ostatnią rzeczą, którą miał mu do powiedzenia, bo zaraz na nowo ruszył do przodu, by opuścić to przeklęte miejsce.



Powrót do góry
 
Go down
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Wto Wrz 26, 2017 1:21 am
       
Jego spojrzenie było nieruchome. Skupienie z jakim wpatrywał się w złotookiego było na tyle duże, że równie dobrze mogło przeszyć go na wylot i przytwierdzić do ziemi. Czekał na cokolwiek, a sekundy, które ciągnęły się powoli uświadamiały mu, że za długo trzymał się za blisko niego, bo z tak niewielkiej odległości dokładnie wyczuwał zapach zarówno wypalonego wcześniej papierosa, jak i ciepłych potraw z restauracji, przemieszany z delikatną wonią żelu pod prysznic, choć równie dobrze jego umysł mógł zwyczajnie połączyć ze sobą wszystkie elementy rutyny chłopaka i sprawić, że w jego odczuciu ten zmieszany zapach należał właśnie do niego.
Ale nie ruszył się i stał w miejscu nawet w chwili, gdy dłoń Thatchera spoczęła na jego barku. Nie pozwolił się odsunąć, jakby nadal nie zrezygnował z tej niezrozumiałej walki. Rzecz w tym, że trwała ona tak długo aż ktoś nie zamierzał się poddać, a Riley wyraźnie nie zamierzał brać w niej udziału ani chwili dłużej.
„Wracaj do domu, Jay.”
I to wszystko? Prawie poczuł ukłucie rozczarowania, gdy uświadomił sobie, że wszystkie uniki były czymś na kształt przyznawania mu racji. Przeważnie skrupulatnie pilnował tego, by ją mieć lub udawało mu się przekonać innych, że ją ma, ale tym razem nie zależało mu na niej w najmniejszym stopniu. Teraz potrzebował prawdy, która w jego odczuciu wydawała się dość niewielką ceną za...
Za co właściwie?
Nie chciał, żebyś przychodził. Chciał wyjść z Jasperem. Ale nie poszedł z nim.
Polecenie prefekta wleciało jednym uchem i wyleciało drugim – Grimshaw bynajmniej nie zamierzał się do tego zastosować. A moment, w którym Starr odwrócił się do niego plecami, zadecydował o podjętej decyzji. Przyszedł tu, żeby wrócili tam razem i tak miało pozostać, choć z jakiegoś powodu nie wypowiedział tego na głos, jakby ten fakt był na tyle oczywisty, że obranie przez Winchestera zupełnie innego kierunku, nie stanowiło żadnego problemu.
Nie słyszałeś?
„Jasper nie jest moim chłopakiem.”
W końcu dowiedział się czegokolwiek. Ale nadal milczał, wpatrując się w plecy złotookiego, jakby zdawał sobie sprawę, że to nie wszystko, co miał mu do powiedzenia. Ale może znacznie lepiej byłoby, gdyby opuścił go jedynie z pierwszym zdaniem na ustach? Drugie obudziło w nim coś, czego zdecydowanie nie chciał odczuwać w tej sytuacji. To coś było wściekłe i uparcie chciało przypomnieć mu o tym, że jeszcze kilka godzin temu prefekt nadawał na zupełnie innych falach, a teraz próbował wmówić mu, że powinien wiedzieć najlepiej. Czy to nie jebana ironia losu? Niby na jakiej zasadzie miałby to wiedzieć, skoro tak wiele jeszcze nie wiedział?
Minęła chwila, zanim ruszył się z miejsca, choć nie na tyle długa, by zupełnie stracił go z oczu, a na prawie opustoszałej ulicy ciężko było mówić o zakamuflowaniu się. Nawet jeśli ukrył swoją głowę pod kapturem – najpewniej licząc, że tym samym przypieczętuje swoją ucieczkę zabawą w chowanego – był teraz całkowicie odkryty, a Grimshaw odpowiednio dostosował prędkość swoich kroków tak, by udało mu się go dogonić bez konieczności biegu.
Na jakiej zasadzie miałbym wiedzieć najlepiej, Winchester? ― rzucił, gdy jego ręka ciężko opadła na ramię złotookiego, a palce mocno wbiły się w jego bark i jedynie materiał bluzy był w stanie załagodzić bolesne doznanie, które temu towarzyszyło. Musiał zrobić wszystko, by utrudnić mu wyrwanie się, a to wszystko wiązało się również z mocnym szarpnięciem, którym wymusił na nim odwrócenie się w jego stronę. ― Cały czas uciekasz, nie chcesz odpowiadać, trzęsiesz się za każdym razem, gdy się zbliżam i łudzisz się, że wystarczy jedno spojrzenie, żebym się wycofał. Ale nie jestem Alexem. Wiem wszystko czy nie wiem nic? Zdecyduj się. Co jeszcze powinienem wiedzieć najlepiej? ― Jego palce drgnęły, ale nawet nie zerknął w stronę zabandażowanej ręki, która uparcie zaciskała się na jego ramieniu, jakby kompletnie zapomniał o wcześniejszych zaleceniach. ― Nie uciekaj ― ton szatyna jakby zelżał, choć nadal nie brzmiał jak prośba.




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Riley 'Woolfe' Winchester

avatar
1456
#Student Robotyki
Introwertyk
1456


   
Wto Wrz 26, 2017 2:07 am
       
Jakaś część niego naprawdę sądziła, że uda mu się wyjść stąd bez dalszej rozmowy.
Po wszystkich słowach, które wymienili - choć wbrew pozorom nie było ich aż tak wiele - i czynach, których dokonali, był w stanie z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jego wycofanie się było wyłącznie odpowiedzią na niechęć, którą dojrzał w oczach Grimshawa. Gdyby ktoś go o to zapytał, odpowiedziałby z pełnym przekonaniem, nie wahając się nawet przez sekundę.
Kroki, które rozległy się za jego plecami mogły być albo potwierdzeniem, albo wybitnym ukazaniem błędu który popełnił. Palce zacisnęły się na jego ramieniu na tyle mocno, by nie miał najmniejszych wątpliwości, że pomimo dwóch warstw ubrania i tak pozostaną po nich sine ślady. Lecz to nie nimi przejmował się w tym momencie najbardziej. Wystarczyło, że kątem oka dostrzegł której ręki używał Jay, by skrzywił się w geście, który z niezwykłą łatwością można było pomylić z bólem.
Mówiłem ci, żebyś nie używał tej ręki, pierdolony kretynie.
Przeklął w myślach, nie zapierając się gdy szarooki szarpnął nim, obracając go w swoją stronę. Kaptur zsunął się nieznacznie, lecz nadal pozostawał na trzykolorowych włosach, gdy spojrzenie złotych oczu znów skrzyżowało się ze srebrnym.
Nie, masz rację. To że przez tyle lat powinieneś był mnie poznać, nie znaczy że musisz cokolwiek wiedzieć. Bo nie wiesz nic. Czasem jedynie zadaję sobie pytanie czy faktycznie nie wiesz czy też może po prostu | n i e | c h c e s z | wiedzieć? — obrócił się w jego stronę, ponownie kładąc swoją dłoń na jego, by poluźnić jego uścisk. Jego palce pozostawały jednak na tyle delikatne, że bez wyraźnej zgody ze strony Jaya, nie było szans by faktycznie wypuścił jego bark. Nawet w tym stanie nieustannie myślał o ranie na jego dłoni, która przy podobnym wysiłku mogła zacząć krwawić w każdej chwili, jeśli szwy zaprotestowałyby pod nagłym, zbyt mocnym uciskiem.
Gdybyś chciał, mógłbyś wiedzieć wszystko. Wystarczyło byś po prostu spojrzał przed siebie. Naprawdę spojrzał. Nie potrzebujesz do tego moich słów, czego zażądałeś dzisiejszego poranka. Nigdy nie byłeś osobą, która wymagała słów od innych. Więc skoro potrafisz mnie przejrzeć z taką łatwością, nawet gdy nie mówię, dlaczego przez tyle lat nie dostrzegłeś najważniejszej rzeczy? — w jego głosie pojawiło się coś innego. Rozgoryczenie. Zachowywał się jakby wiedział wszystko, gdy sam zamykał się na prawdę i jedynie żądał od niego odpowiedzi. Takich których w tym momencie zwyczajnie nie był w stanie mu udzielić i to nie ze względu na coraz mocniej zaciskające się gardło.
Wyrzucał mu sprzeczność, jednocześnie samemu robiąc dokładnie to samo. Rano był przekonany, że Grimshaw cierpliwie poczeka, aż Woolfe ze wszystkim sam się upora i poczeka aż postanowi się przed nim otworzyć. Po czym ze względu na jeden pierdolony nóż, porzucił wszystkie wcześniejsze założenia, przyszedł do niego atakując go różnymi oskarżeniami i próbować wejść w jego wnętrze siłą?
Nie uciekaj?
Tylko na tyle było go stać?
Czy tak dobitnie odcinając się od własnych emocji i wszystkiego co się z nimi wiązało, nie robił dokładnie tego samego? Uciekał od samego siebie, nawet jeśli nigdy nie zamierzał się do tego przyznać.
Tym razem uniósł obie dłonie. Nie zatrzymał ich w powietrzu, nie zrezygnował, ani nie ułożył ich na jego barkach. Położył je na jego policzkach, zupełnie jakby w ten sposób chciał go zmusić do patrzenia wprost na niego, mimo że srebrnooki pozornie robił to cały czas. Pozwolił by pozostała pomiędzy nimi ta niewielka odległość, której nijak nie zwiększał, ani nie zmniejszał. Światło odbijające się od pobliskiej latarni zatańczyło w jego wyraźnie zmęczonych złotych oczach, jednocześnie podkreślając głębokie cienie pod oczami, których nabawił się w ciągu dnia. Z takiej odległości, gdyby chciał, bez problemu mógłby nie tylko policzyć wszystkie jego piegi, ale i ocenić fakturę jego ust, choć bez wątpienia był tylko jeden sposób by przekonać się czy domysły były prawdziwe.
Zapytam jeszcze raz. Naprawdę tego nie widzisz czy nie chcesz widzieć? — nie poruszył się, trwając w bezruchu. Nie chciał dojść do tego momentu, gdy musiał postawić wszystko na jedną kartę, która nie miała wprowadzić zamieszania wyłącznie na jeden wieczór. Nie była to rozmowa, o której każdy z nich miał zapomnieć przez noc i zachowywać się następnego dnia jakby nigdy nic się nie stało. Być może Ryan byłby w stanie posunąć się do czegoś podobnego, lecz nie Riley.
Riley, któremu już od dawna brakowało optymizmu, po tym jak przysłoniło czarnowidztwo. Jedyny element, który pomagał mu zachować odpowiednią równowagę, zniknął - prawdopodobnie bezpowrotnie - tego poranka. Gdyby Biały Wilk tu był, zapewne w życiu nie pozwoliłby mu na podobną głupotę.



Powrót do góry
 
Go down
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Wto Wrz 26, 2017 3:15 pm
       
Zawsze zachowywał się, jakby wiedział wszystko. Wiedział też, że ludzie nie byli dla niego zagadką, nawet jeśli znał się wyłącznie na błędach, które popełniali. Tak samo dobrze wiedział, kiedy się bali – niepokój był tym, co w głównej mierze w nich wzbudzał. Nikt nie był do końca pewien, czego mógł spodziewać się po chłodnym, opanowanym nastolatku o postawie, która wskazywała na to, że nie miałby większych problemów ze sprowadzeniem kogoś na ziemię i to w dosłownym sensie. Wyizolowany, małomówny, ale na pewno nie pozbawiony pewności siebie – daleko było mu do typu ofiary, która chowała się w kącie, by uniknąć uwagi potencjalnych drapieżników.
Zawsze sam.
Przynajmniej takim go widzieli, mimo że u jego boku niezmiennie znajdował się Winchester, należący bardziej do tamtego świata. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że mógł mieć lepsze towarzystwo i może wtedy oszczędziłby sobie części z „wszystkich popierdolonych, wyjątkowo żałosnych rzeczy, które przydarzyły mu się w życiu”. Żadnych bójek, żadnego wychodzenia z domu, gdy usłyszał, coś co go zabolało wkurwiło, żadnych wiecznie nieuśmiechniętych mord. Żadnych noży w łazience.
Ale przecież nigdy nie widział tego w taki sposób – teraz też nie. Miał przed sobą Thatchera – tego cholernego złotego chłopca, jak kiedyś sam powiedział – i choć wiedział, że się nie znali, zaczynał zdawać sobie sprawę, że nie trzymał go u boku tylko dla zabawy. On po prostu patrzył inaczej, nawet jeśli w większości przypadków, tak jak dziś, próbował zastosować na nim te same sztuczki, które działały na innych, jakby wszystko to, co zauważył wcześniej – i czego nie potrafił do końca rozszyfrować – nigdy nie istniało. Drażnił się z nim i koniec końców musiał nastąpić moment wyłożenia kart na stół.
Miałeś dać mu czas.
„Bo nie wiesz nic.”
Palce ciemnowłosego wyprostowały się pod wpływem dotyku złotookiego, wypuszczając jego ramię z uścisku, gdy upewnił się, że chłopak nie zamierza się z nim szarpać. Nie zamierzał też poprzestać na udzieleniu mu dłuższej odpowiedzi, która – choć miała wyjaśniać tak wiele – w gruncie rzeczy nie wyjaśniała nic. Ale słuchał. Przyglądał mu się uważniej niż zwykle i – co najważniejsze – cały czas słuchał, próbując zrozumieć to, co pominął.
Może to litość, Jay?
Był pod drzwiami, gdy wychodził z domu, który tego dnia wypełniony był krzykiem. Nie było mowy, by nie usłyszał wszystkich zarzutów, które padały w jego stronę, ale ciemnowłosy nie odezwał się ani słowem, a na jego twarzy, na której widniał świeży, czerwony ślad, nie było już żadnych emocji. Nie płakał. Nie zależało mu. Wtedy po prostu ruszył za nim. Wtedy złożył tę cholerną obietnicę i choć on sam wydawał się nie słuchać, pamiętał o tym, nie licząc się z tym, że będzie dotrzymywał jej przez tyle lat, które teraz mogły pójść na marne. Tak po prostu.
„Wystarczyło byś po prostu spojrzał przed siebie. Naprawdę spojrzał.”
Fakt. Nie potrzebuję słów ― przyznał, co kłóciło się z wszystkimi pytaniami, które zdążył już zadać. Pozwolił, by ręce Starra ułożyły się na jego policzkach. Mimo chłodu poranka, były zaskakująco ciepłe. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że jedna z nich jeszcze parę minut temu spoczywała na głowie Jaspera. Z jakiegoś powodu ta świadomość budziła w nim odrazę, nawet jeśli ta nie wymalowała się ani w wyrazie jego twarzy, ani w szarych tęczówkach. Co prawda, nie odtrącił jej gwałtownie, ale ująwszy jego nadgarstek palcami, odsunął ją od swojej twarzy. Nie rozluźnił uścisku. ― Powiem ci co widzę, a ty możesz do woli poprawiać mnie, jeśli się mylę. ― Zgodnie z jego wolą, patrzył prosto na niego, choć tym razem wyraźnie mógł zauważyć, jak spojrzenie Ryana zsuwa się z jego oczu, podążając wzdłuż pokrytego piegami nosa i policzków aż do warg, które na pierwszy rzut oka rzeczywiście wydawały się takie, jak je sobie wyobrażał. Zaraz jednak powrócił do walki, którą toczył ze spojrzeniem złotych tęczówek. ― Ciągłe ukrywanie czegoś, czego albo się boisz albo wywołuje to u ciebie wstyd – ciężko stwierdzić. Za każdym razem zupełnie odruchowo starasz się to ukryć albo tym beznadziejnie sztucznym uśmiechem albo agresją. Oczy ― stwierdził nagle ― często je zasłaniasz. Odwracasz się plecami, gdy zmienia ci się ton głosu. Dlatego nie zawsze jestem pewien, czy faktycznie widzisz mnie inaczej. Mówisz „jasne”, chociaż brzmisz, jakbyś wolał nie mówić nic, ale wydaje ci się, że nie masz innego wyboru. Dlatego moja odpowiedź brzmi: nie wiem co widzę. Widzę, że nie chcesz, żebym o czymś wiedział i to prawdopodobnie jedna z tych spierdolonych rzeczy. I wreszcie to. ― Poruszył jego ręką, jakby chciał zwrócić na nią uwagę. ― Zachowujesz się, jakbym miał się rozpaść, gdy w gruncie rzeczy mam wrażenie, że mógłbym ci złamać tę jebaną rękę. Może nawet powinienem to zrobić? ― Palce jakby mocniej zacisnęły się na ciele Starra, jednak szybko rozluźniły się wypuszczając go całkowicie. ― Bo to nie jest zabawne, Winchester. I mam już dość szanowania twojej przestrzeni tylko dlatego, że wydaje ci się, że nie robisz nic złego.
Nie.
Jak na potwierdzenie swoich słów, przechylił nieznacznie głowę na bok. O ile wcześniej dzieliły ich od siebie centymetry, teraz były to milimetry, wystarczające, by ciepło jego oddechu padło na jego wargi. Ciekawość była coraz silniejsza, a tym samym nie żądał już słów.
Mogę?
Cóż za zaszczyt go kopnął. Sam Grimshaw pyta o zdanie.




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Riley 'Woolfe' Winchester

avatar
1456
#Student Robotyki
Introwertyk
1456


   
Wto Wrz 26, 2017 4:29 pm
       
Na tym właśnie polegał cały paradoks Winchestera.
Ci, których się trzymał uważali go za kogoś, kto mógłby mieć dużo lepsze towarzystwo, gdyby tylko tego zechciał. Takie, przez które nie ładowałby się w żadne kłopoty i mógłby być prawdziwie idealnym chłopcem. Ci, którzy chcieli się z nim trzymać, twierdzili że się marnuje. Że gdyby był ich częścią z pewnością cierpiałby dużo mniej, więc jakby nie patrzeć zgadzali się z tymi pierwszymi.
Były jeszcze dwie inne grupy tych, którzy znali go w różnych odsłonach. Jako sumiennego, spokojnego prefekta, który zawsze służył innym pomocą zapytany o cokolwiek, był gotów wstawić się za każdym z uczniów, wykonywał swoje obowiązki zawsze na czas, brał udział w konkursach i ciężko pracował. Wymarzone dziecko rodziców których nie było mu dane mieć. Jedyną osobą, która do osiemnastego roku życia pełniła niejako rolę jego opiekuna z czystego współczucia był Dean. I choć wiele osób na jego miejscu w odpowiedzi na podobne zachowanie mogłoby zareagować nienawiścią związaną z tym, że ktoś ich zdaniem 'patrzył na nich z góry', Woolfe był mu szczerze wdzięczny.
Dalej była druga grupa. Tych, których spotykał na ulicy, gdy po raz kolejny zareagował agresją na zwykłe trącenie go ramieniem i bezczelne słowa zamiast przeprosin. Z którymi jedyne porozumienie jakie był w stanie odnaleźć, leżało w napierdalaniu ich tak długo, aż żaden z nich nie był w stanie podnieść się z ziemi. Gdy jego kostki zdarte do krwi piekły w ten sam irytujący sposób co zawsze, podobnie jak rosnące na całym ciele pulsujące siniaki i rozcięcia. Dla nich nie był złotym chłopcem. Nie obracał się w dobrych kręgach, ani nie miał przed sobą światłej przyszłości. Był jedynie gówniarzem, który wdawał się w byle gówniane bójki, często bez większego powodu, czerpiąc przyjemność z samej możliwości obicia komuś mordy i widoku, gdy rozpłaszczali się przed nim na ziemi.
Lecz nawet jeśli w każdej z tych grup mógł być otoczony ludźmi - czy to do nauki, czy do wspólnej bójki - zawsze czuł się sam. Nieustannie zmieniające się wokół niego postacie, przemijające postacie. Gdy wszyscy robili krok do przodu, on nadal stał w miejscu opadając coraz niżej i niżej w kierunku dna. Jedynie dwie osoby były całkowicie stałe w jego życiu i nie miały opuścić go niezależnie od żadnej sytuacji.
Jay nie był ani jedną, ani drugą. Gdyby nie wytrwałość ze strony złotookiego i jego nieustanne podążanie za jego osobą, zapewne ich drogi rozeszłyby się już dawno temu, a srebrnooki nawet nie zauważyłby jego braku.
Biały i Czarny Wilk, niezależnie od własnej odmienności zawsze zajmowały miejsce u jego boku. Ich obecność, dla innych kompletnie niewykrywalna, dla niego była równie naturalna co fakt, że oddychał. Nie potrafili tego zrozumieć. Dlatego nie próbował im tego tłumaczyć. Doskonale widział jakie oskarżenia wysuwali inni, gdy przypadkowo potknął się o ogon, którego w rzeczywistości wcale tam nie było. Schizofrenicy nie byli traktowani jak normalna część społeczeństwa. Bo nie byli normalni. Byli c h o r z y. W przyrodzie natomiast chore jednostki zawsze były oddzielane od tych zdrowych wedle selekcji naturalnej. Dlatego był w tym wszystkim sam. Im dłużej łgał i sztucznie się uśmiechał, tym bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu.
Problem polegał na tym, że w którymś momencie zamiast dojść do wniosku, że powinien walczyć o powrót do społeczeństwa i stać się częścią życia innych, sam zaakceptował siebie jako kogoś, kogo inni powinni unikać. Utworzył mur między prawdziwym sobą, a otaczającymi go ludźmi, rzucając im jedynie spełniający ich oczekiwania (mniej lub bardziej) ochłap.
Teraz zdawał się z tego wszystkiego zrezygnować. Tylko pozornie. Mimo że odsłaniał przed Grimshawem być może swoją najbardziej wstydliwą część, tę którą sprawiała mu najwięcej bólu i wymagała od niego największej ilości wytrwałości - nadal pozostawało jeszcze całe mnóstwo innych warstw, których nie miał poznać przez długi czas. Być może przez miesiące. A może przez lata.
Słuchał go w milczeniu, nie odzywając się ani słowem. Jego oczy nie drgnęły nawet odrobinę. Ani wtedy gdy słuchał jego oskarżeń, ani wtedy gdy groził mu złamaniem ręki. Poruszyły się dopiero wtedy, gdy wypowiedział jedno pojedyncze słowo.
"Mogę?"
Przymknął nieznacznie powieki, nie zamknął ich jednak. Gdyby zapytał go o to jeszcze kilka godzin temu, prawdopodobnie zgodziłby się bez wahania. Kierowany zarówno dobrym humorem, jak i euforią po zażyciu skutecznych leków. Lecz teraz nie był już taki pewien.
Składało się na to całe mnóstwo czynników. Fakt, że niezależnie od tego jak by na to nie patrzył, Grimshaw był obecnie wkurwiony. Że nie była to sytuacja, która wynikła naturalnie lecz w wyniku idiotycznej kłótni. Że wymusił na nim konkretne przemyślenia, do których powinien dojść sam.
I że to wszystko mogło być jedynie wynikiem czystej ciekawości z jego strony, czego nigdy nie byłby w stanie mu wybaczyć.
Nie — słowo, które w końcu wypowiedział nie miało w sobie niczego z wcześniejszej subtelnej i delikatnej postawy. Stanowczość odbijała się w nim echem, doprowadzając do sytuacji, w której w końcu zdawał się podjąć decyzję. Opuścił rękę z jego twarzy zaczepiając ją na lewym boku jego szyi. Tym samym, na którym znajdowała się jedna z wielu blizn. A jednocześnie jedna z ważniejszych.
Nie odsunął się jednak, układając stopniowo w głowie wszystkie słowa, choć mętlik który obecnie w niej panował za sprawą tak niewielkiej odległości pomiędzy nimi i jego ciepłego oddechu, sprawiał że miał wrażenie jakby wariował.
Nie masz móc. Masz chcieć. Lecz ostrzegam cię Jay, spróbuj potraktować mnie jako ciekawostkę w swoim życiu. Zabawkę którą zostawisz po kilku nocach, gdy ci się znudzi, tak jak robiłeś to ze swoimi dotychczasowymi dziwkami. A obiecuję ci — paznokcie jego lewej dłoni wbiły się w jego bliznę, gdy kciuk przysunął się do jego tchawicy. Nie miał jak przysunąć się do niego jeszcze bardziej — że własnoręcznie poderżnę ci gardło dokańczając czyjegoś dzieła.
Palce rozluźniły się, gdy opuścił obie dłonie wzdłuż własnego ciała, w żaden spobób go w tym momencie nie dotykając.
Zastanów się.



Powrót do góry
 
Go down
Ryan Jay Grimshaw

avatar
1554
#Student Prawa
Zbuntowany
1554


   
Wto Wrz 26, 2017 6:21 pm
       
Nie zaprzeczasz.
Prawdę mówiąc oczekiwał tego, że gdzieś w trakcie Winchester postanowi mu przerwać. Że nadal będzie twierdził, że nie zauważył czegoś istotnego, pomimo jego ciągłych ucieczek. Gdyby się mylił, być może odkrycie prawdy przyszłoby mu znacznie łatwiej, a tymczasem – mimo tych wszystkich teorii – zostawał z samą świadomością tego, że milczenie mogło oznaczać tylko zgodę. Że było coś, co nieustannie ukrywał i się tego wstydził. Że było to na tyle bolesne, by trwał w bezruchu i nie uraczył go nawet kiwnięciem głowy. Grimshaw z kolei nie mógł wiedzieć, co mogło być aż tak trudne i co nie pozwalało mu odpowiedzieć, mimo że gdyby nie chciał odpowiedzi, nie stałby tu teraz. Nie czekałby ani pod restauracją, a co za tym idzie – nie zatrzymałby go na środku chodnika, gdy znów chciał ukryć się przed jego spojrzeniem.
„Nie.”
Jakaś jego część nie chciała przyjąć do siebie tej odpowiedzi, a wszystko za sprawą niezrozumienia Thatcher nie chciał mu odpowiadać. Nie chciał go całować. Ciężko było zrozumieć, czego w ogóle chciał. Gdy jakaś nowa myśl i nowa opcja zaczynała przychodzić ciemnowłosemu na myśl, zaraz ginęła miażdżona głazem sprzeczności złotookiego, który mimo stanowczej odmowy, nie odsunął się ani nie próbował go odepchnąć, co już samo w sobie wywoływało pewien zgrzyt. Szarookiemu przez moment wydawało się, że słyszy ten dźwięk tuż przy swoim uchu, choć w rzeczywistości było to tylko niewidzialne ostrze, które wkradło się w ton Riley'a.
Nie cofnął się, ale oddalił twarz o wcześniejsze centymetry, skąd łatwiej było mu obserwować spojrzenie chłopaka. Blizna na szyi Jay'a, którą chłopak dosięgnął swoimi palcami, zamrowiła lekko, przypominając o swoim istnieniu. Zazwyczaj kiedy ktoś pozwalał sobie na podobne gesty, szatyn błyskawicznie odtrącał jego dłoń, jednak tym razem nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów i nie tylko dlatego, że nie chciał go spłoszyć, czy zmusić do wycofania się. Z jakiegoś bliżej niewyjaśnionego powodu ten dotyk mu nie przeszkadzał – Thatcher zdawał się być ostatnią osobą, która mu zagrażała.
Ale mając cię najbliżej, ma ku temu utorowaną drogę.
Ten paradoks był zarazem idealnym argumentem ku temu, by wycofał się, póki miał ku temu czas, jendak ciało jakby zastygło w miejscu, choć to nie strach go paraliżował.
„Nie masz móc. Masz chcieć.”
Co to ma znaczyć?
Nie odsunął jego ręki nawet, gdy poczuł, że paznokcie niebezpiecznie wbijają się we wrażliwą na dotyk szramę. Pamiątkę po tym, gdy ktoś faktycznie planował dokończyć swoje dzieło jego śmiercią. Wtedy niewiele brakowało, a resztę swojego życia Woolfe już niemalże na pewno spędziłby w towarzystwie kogoś innego. Może tej osobie nie powiedziałby „nie” i nie kazałby się jej zastanawiać, bo byłoby wręcz oczywistym, że właśnie tego chciała. I było pewnym, że nie próbowałby jej grozić.
Czyżby prawdziwa natura prefekta wreszcie wychodziła na jaw?
Nie pytam dziwek o zdanie. Czego nie rozumiesz?
Mówisz? ― mruknął, jakby nie go końca wierzył w wiarygodność jego obietnicy. Tym razem to jego ręka uniosła się,  a opuszki przesunęły się po piegowatym policzku, zanim palce w pewniejszym geście pochwyciły jego podbródek. ― Będę miał to na uwadze ― rzucił, przemykając kciukiem wzdłuż jego dolnej wargi, na której teraz skupiło się jego spojrzenie. Wydawało się, że faktura jego warg była dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażał, choć rzeczywiście istniał tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. ― I rozumiem, że ty chcesz, żebym robił to każdej nocy?
Uniósł brew w pytającym wyrazie, jednak nie zamierzał dać mu czasu na odpowiedź, gdy odsuwający się kciuk, lekko zaczepił o nieco szorstką skórę na jego ustach. Niegroźne zadrapanie szybko zostało załagodzone ciepłym oddechem, po którym musnął jego wargi swoimi, najpierw badając je ostrożnie i upewniając się, że faktycznie były znajome, choć teraz wydawały się jeszcze cieplejsze. Dłoń, która wcześniej przytrzymywała jego podbródek, zsunęła się leniwie na bok jego szyi, jakby teraz nie było powodu ku temu, by utrudniać Winchesterowi wycofanie się. Teraz i tak było na to za późno, a mimo tego pocałunek nie był ani trochę nachalny, choć z każdą chwilą czuł, że chce czerpać z niego jeszcze więcej, gdyby nie to, że nie chodziło jedynie o to, by on tego chciał.
Bo to Winchester, Jay?




{ I'M NOT AN ASSHOLE I'M A TELLER OF UNFORTUNATE TRUTHS }
Powrót do góry
 
Go down
Sponsored content

#


   
       
Powrót do góry
 
Go down
 
Chambar Restaurant
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
     Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Balthazar restaurant
» Panna Garden Restaurant

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: