IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

 :: 

Riverdale City

 :: 

Zachód

 :: 

Parki

Share | 
 

 Park Queen Elizabeth [SW]

Zobacz poprzedni temat
 
Zobacz następny temat
 
Go down
 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 9, 10, 11  Next
Gość

avatar
#Gość


   
Wto Kwi 12, 2016 10:56 pm
       
Plastry? Jakie plastry? Czemu znów czułem się jak idiota? Wiecie, dwójka znajomych wymienia się tylko dla siebie zrozumiałymi żarcikami, a trzeci siedzi z boku i tępo się temu przygląda ani jednego z nich nie rozumiejąc. O tyle lepiej, że w tym przypadku skończyło się na jednym żarciku, a i sytuacja wymagała by skupić się na czymś zgoła innym. Np. na tym jak przywrócić Sketcha do stanu normalnej funkcjonalności. Miałem nawet ochotę ryknąć na Lyncha, że się głupio ociąga, ale w tej samej chwili dał za wygraną i po prostu się wycofał. A raczej spróbował. Cichy, niewytłumaczalny pisk, a potem huk upadającego ciała. Spojrzenie z zapowietrzonego Sketcha przeniosłem na Ezekiela marszcząc przy tym lekko czoło.
- Co do chuja jest z wami nie tak? - ojej, Buzz. Gdzie się podziała twoje empatia? Co za dużo to niezdrowo, nie? Wbrew pozorom byłem bardzo podatny na stres. Źle też na niego jak widać reagowałem. Wróciłem spojrzeniem do Morningstara by skontrolować jego stan. Chyba mu się trochę polepszyło? Przyglądałem mu się chwilę, by się o tym upewnić, a następnie podniosłem się z ławki i zbliżyłem o te dwa, trzy kroki do Ezekiela. Wyciągnąłem w jego stronę dłoń najwyraźniej mając zamiar pomóc mu się podnieść. Prawdopodobnie zrobiłem to tylko i wyłącznie ze względu na stan jego nogi. Co prawda nie wiedziałem jak bardzo jest poważny, ale skoro chodził o kuli... To chyba wystarczająco.
- Już? Odpocząłeś sobie? - zapytałem z wyczuwalną w głosie, drobną złośliwością.
- To teraz wstawaj. - nie, wbrew pozorom nie zamierzałem niczego w szkole rozpowiadać.
Powrót do góry
 
Go down
Solaire

avatar
262
#Introwertyk
262


   
Wto Kwi 12, 2016 11:25 pm
       
Usłyszawszy niezbyt subtelną uwagę Bastiena na - między innymi - mój temat, uniosłem minimalnie głowę i wlepiłem w niego bardzo wymowne spojrzenie. -Hmmm, no cóż! Tak sobie pomyślałem, że zademonstruję ci, co konkretnie jest ze mną "nie tak". Kurwa.- Ostatnie słowo wypowiedziałem cieniutkim głosem, zupełnie, jakby ktoś groził mi kopnięciem w jajka. Trochę się bowiem w tym momencie zląkłem, boo.. nie mogłem poruszyć protezą. Chujjedenwie jak to ustrojstwo działa. Hm, hmm... może sprawdzę na telefonie? Albo zadzwonię do ojca, w końcu to on załatwiał mi to "cudeńko".
Znudzona Śnieżka wykorzystała chwilę mojej nieuwagi i zsunęła się z mojej piersi na ziemię, w następstwie siadając nieopodal i obwąchując jakiś kamień (najprawdopodobniej obszczany, bo jakżeby inaczej). Przynajmniej nigdzie nie zwiała.
-Nie.- Mlasnąłem soczyście, łypiąc na rudzielca spode łba. -Daj mi jeszcze pięć minutek.- Zupełnie jak gdyby nigdy nic podłożyłem sobie jedną rękę pod głowę, a drugą sięgnąłem do kieszeni. Gdzie ten telefon.. psia mać... Mimo, iż bardzo się starałem zgrywać obojętnego wobec zaistniałej sytuacji, to moja czerwona twarz bardzo wyraźnie zdradzała moje wewnętrzne zażenowanie.
Wydobywszy w końcu komórkę wklepałem nerwowo hasło, a następnie wybrałem kontakt do ojca. -Hej, cześć tato. Nie przeszkadzam?... Mhm, mhm... tak, tak, w porządku...- Przymknąłem oczy. -Słuchaj no, ale sprawa jest... mhm... no wyjebałem się. I proteza pisnęła. To źle?... Och. Że mam ją wygiąć? Ale czekaj, co...- Z każdym kolejnym słowem mój głos starał się coraz mniej wyraźny. -A, a jak nie będzie się ruszać, to zdjąć? Coooo? Nie, nie mam laski. Jestem w parku..- Bla, bla. -Dobra, to się doczołgam z psem na plecach. ... nie, nie będę dzwonić po karetkę. Cześć.- W końcu podniosłem się do wpół siadu. Odłożyłem też telefon do kieszeni, a po chwili tępego wpatrywania się w ziemię delikatnie puknąłem palcem w swoje "stalowe kolano". -Znajdź mi jakiś... kijek?..- Zwróciłem się do Bastiena, chociaż nie ośmieliłem się na niego spojrzeć.
Powrót do góry
 
Go down
Sketch

avatar
375
#Służby Specjalne
Portrecista Policyjny
375


   
Wto Kwi 12, 2016 11:36 pm
       
Pora nadchodzącego wieczora zaczynała robić swoje, drażniąc chłodną temperaturą skórę ludzi, którzy postanowili obejść się bez kurtek. Na przykład takiego Sketcha. Zignorował to jednak, bo skoro i tak miał zimne ręce przez całe życie, to co mu przeszkadzał dodatkowy spadek temperatury? W końcu potrząsnął głową, zaciskając palce na kłakach przy skroniach. Krótkie, niezadowolone "kurwa" wymsknęło się z jego ust. Było jednak na tyle ciche, że prawdopodobnie ani Bastien ani Ezekiel tego nie usłyszeli. Pochylił się do przodu, wspierając łokcie na kolanach. Najchętniej zostawiłby to wszystko i poszedł do domu. Niestety kończyny akurat teraz postanowiły odmówić posłuszeństwa. Wciąż zaciskał powieki, oraz palce na włosach. Pies ku jego wielkiemu szczęściesię odsunął. Obawiał się tylko, że świadomość nagle zacznie mu się rozmywać a iluzja znów przeniknie w rzeczywistość. Tylko tego by brakowało...
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Wto Kwi 12, 2016 11:50 pm
       
Lynch się oburzył. Ale to mnie do cholery ciągle jeden przez drugiego narażali na ten cholerny stres. Sketch już dziś dwukrotnie swoją drogą. Różnica między nimi była taka, że on chociaż potrafił docenić troskę i przyjąć oferowaną pomoc. Ten drugi oczywiście unosił się dumą. Zaraz... Czy on nawiązywał właśnie do naszej ostatniej rozmowy w szkole? Ewidentnie. Punkt dla mnie za spostrzegawczość. Ale dlaczego Ezekiel brzmiał jak kastrat? Zmarszczyłem lekko nos spoglądając na niego z góry.
- Co masz na myśli? - bąknąłem głupio wciąż nad nim stercząc z lekko pochylonym ciałem i wyciągniętą dłonią. Zaraz się jednak cofnąłem nie zamierzając się widocznie ze swoją pomocą narzucać. - A leż tu sobie choćby do jutra skoro taka twoja wola. - skrzywiłem się lekko wyraźnie zażenowany jego zachowaniem. Odstąpiłem też od niego o krok jeszcze przez chwilę przyglądając się z miejsca jego poczerwieniałej twarzy. Ze wstydu, czy ze złości? Jeden grzyb. Nigdy nie proszę o coś dwa razy i w tym przypadku nie było wcale inaczej. W czasie, gdy ten zaczął wystukiwać coś w telefonie obejrzałem się przez ramię na Sketcha. Ciągle był taki jakiś... Niemrawy? Zerknąłem kontrolnie na plączącego się nieopodal psa... Wydawało mi się, że był dość daleko by nie niepokoić Morningstara, a jednak ewidentnie coś było z nim nie tak.
- Sketch? - 'zawołałem' kontrolnie chcąc prawdopodobnie jedynie sprawdzić jego reakcję. Czy w ogóle jakaś nastąpi. Nie, serio. Czemu ja? Bóg mnie nienawidzi. Wtedy też mą uwagę rozproszył Lynch. Rozmawiał z kimś przez telefon. Z ojcem jak wynikało z treści. Nie to, że robiłem to celowo, ale trochę sobie tę rozmowę podsłuchałem. Na bogów, stałem przecież obok. Nie mógł mieć mi tego za złe, nie? W reakcji na słowo 'proteza' lekko nawet drgnąłem. Że co takiego? Popatrzyłem nawet w jego stronę przez krótką chwilę przyglądając się jednej z jego dolnych kończyn, choć spodnie w zasadzie uniemożliwiały dostrzeżenie czegokolwiek. Gapiłem się tak przez dłuższą chwilę i pewnie gapiłbym się dalej, gdyby z tego transu nie wyrwał mnie głos samego Ezekiela. Ocknąwszy się odnalazłem spojrzeniem jego twarz. Chwilę to co prawda trwało, ale wreszcie jako tako do siebie doszedłem. I tak, znów się lekko skrzywiłem.
- Jeszcze chwilę temu nie potrzebowałeś mojej pomocy. - stwierdziłem gorzko, absolutnie bezlitosnym tonem. - Poproś psa, w bieganiu za kijkami nie mają sobie równych. - teraz to ja uniosłem się dumą bo kto mi zabroni? I znów zerknąłem w stronę Morningstara.
Powrót do góry
 
Go down
Solaire

avatar
262
#Introwertyk
262


   
Sro Kwi 13, 2016 12:08 am
       
P... prych. Sam był kastrat.
Oho. Zabolało, że nie przyjąłem jego ręki? No ale.. przecież to by nie miało sensu! Bo zaraz na powrót wylądowałbym na glebie; z tym pieprzonym sztywnym kijem, a nie nogą. Ekhm. -O.. ejże. Ale pięć minut już minęło... ... Teraz bardzo chętnie przyjmę każdą pomoc.- Uniosłem w końcu spojrzenie na twarz Bastiena, wymuszając nawet na swojej gębie "promienny" uśmiech. -Jak taki monsieur dumny, że rąk sobie brudzić od patyków nie chce, to zawsze pozostaje opcja wzięcia mnie na barana.- O, i to brzmiało jak sensowny plan. Ja bym mu siedział na barkach, Sketcha by się upchnęło pod pachę i możemy podbijać świat!... Pls, Seba, zgódź się.
Czułem, jak robi mi się coraz cieplej - i to bynajmniej nie w pozytywnym sensie. Jeśli mi ta żmija nie pomoże, to chyba faktycznie będę zmuszony zadzwonić po karetkę.. Jezu, jaki wstyd! Nawet Pani Dulska mogłaby mi pozazdrościć mojej moralności (hehesuchyżartogłupiejlekturze). -Błagam cię.- Jęknąłem jeszcze, bo a nuż zmiękczy to, choć odrobinę, jego rude, bezduszne serce. -Daj mi tego kijka, byle długiego, i jakoś doczłapię do domu. Psa zabiorę, to Sketch się lepiej poczuje. Chyba?..- Hm. Jak tak teraz o tym myślę, to może faktycznie ambulans nie był tak głupim pomysłem?
Powrót do góry
 
Go down
Sketch

avatar
375
#Służby Specjalne
Portrecista Policyjny
375


   
Sro Kwi 13, 2016 12:16 am
       
Nie wytrzyma, nie da rady. Dźwięki psów stały się zbyt głośne i wyraźne jak na taką odległość a świat zbyt... Nietrwały, by mógł być prawdziwy. Zacisnął mocniej powieki, chcąc pozbyć się nadciągających obrazów.
Sketch, nie dasz rady, nie tutaj. Chodźmy stąd.
Dobra rada jelenia najwyraźniej wpłynęła na portrecistę, gdyż odsunął ręce od włosów i zerwał się z ławki jak oparzony.
- Wybaczcie... Nie potrafię. - Słowa ledwo co przeszły przez ściśnięte gardło, o czym też świadczył załamany głos. Nie spojrzał na nich, po prostu szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia z parku. Gdyby mógł, to by pobiegł. Co też uczynił po kilkunastu metrach.

z/t
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Kwi 13, 2016 12:40 am
       
To fakt. Nie miałem wtedy jeszcze bladego pojęcia o jego protezie więc rzeczywiście puściłbym go zaraz po tym jak tylko stanąłby na nogi. Możliwe, że poskutkowałoby to ponownym wyrżnięciem na ziemię. Nie to, żebym jakkolwiek miał się tym przejąć.
Czy mnie to zabolało? Nie, raczej zirytowało. I tak, musiałem to okazać. Taki już po prostu jestem. Rudy i bez duszy. Uniosłem tylko lekko łuki brwiowe w reakcji na jego słowa ostatecznie parskając tylko krótko pod nosem. To są chyba jakieś kpiny. I tak jak nie ruszył mnie wcale jego promienny uśmiech tak to błaganie (nawet jeśli wymuszone) doczekało się jakiejś reakcji. Westchnąłem bowiem bezgłośnie pod nosem i rozejrzałem się wokół za czymś co mogłoby posłużyć mu za laskę. Niczego jednak nie dostrzegłem. Pochyliłem się więc w stronę Ezekiela i bezapelacyjnie sięgnąłem po jego dłoń z zamiarem dźwignięcia go z ziemi.
- Wstawaj. - rzuciłem lakonicznie. O ile współpracował - wkrótce stał na nogach. Wówczas jego rękę od strony protezy przerzuciłem sobie przez kark i w ten sposób zaprowadziłem go do ławki sadzając nań jak człowieka. Lepiej tu jak na ziemi, racja? Wtedy też jak na komendę zerwał się Sketch. Spojrzałem w jego stronę lekko skołowany. Nie radził sobie i było to widać. Właśnie dlatego proponowałem mu wcześniej aby zmienić lokum...
- W porządku. Dasz sobie radę? - zapytałem tylko choć odpowiedzi i tak już nie otrzymałem. Odprowadziłem go spojrzeniem, jak gdyby chcąc się upewnić, że nie padnie jak kłoda na środku alejki, a gdy tylko znikł mi z oczu wróciłem spojrzeniem do Ezekiela (nad którym notabene wciąż byłem lekko pochylony).  - Wygląda na to, że nie musisz już nigdzie zabierać swego psa. - uśmiechnąłem się perfidnie i cofnąłem o krok by zaraz paść dupskiem na ławkę. Tuż obok niego. - Wiesz... Mógłbym poszukać ci tego nieszczęsnego kija, czy nawet osobiście odprowadzić do domu, ale... Ja wiem? Zmarnować taką okazję do tego by znów cię trochę podręczyć? To prawie jak wygrać na loterii i nie zgłosić się po wygraną. - tak słowem nawiązania do naszej rozmowy przy szkolnych stolikach. Jestem okropny. Pochyliłem się do przodu by łokciem prawej ręki wesprzeć się o kolano, a lewą sięgnąć gdzieś do ziemi. Zacmokałem cicho do Śnieżki chcąc ją zwyczajnie do siebie przywołać.
- Jak się wabi? - zapytałem jak gdyby nigdy nic.
Powrót do góry
 
Go down
Solaire

avatar
262
#Introwertyk
262


   
Sro Kwi 13, 2016 12:40 pm
       
Widząc, że znowu wyciąga w moją stronę rękę, fuknąłem bezgłośnie. Przez chwilę nawet miałem ochotę rzucić uwagę w stylu "mógłbyś się trochę bardziej wysilić", ale nie chcąc po raz kolejny przeginać pały, posłusznie chwyciłem jego za dłoń i dałem się podnieść.
Gdy zostałem posadzony na ławce, moją uwagę automatycznie przyciągnął Sketch.
 -Ej no...- Wymamrotałem z lekkim opóźnieniem, kiedy ten wystrzelił w stronę wyjścia. Och, kuźwa. Mam nadzieję, że nie będzie na mnie zły. W końcu to poniekąd moja wina, że podlazłem do niego ze Śnieżką, prawda? Pozostała gromada psów spacerująca po okolicy również miała w tym jakiś swój udział, ale przecież przed moim nadejściem Sketch wydawał się być... bardziej rozluźniony? Normalny? Whatever. Gdy portrecista tylko zniknął mi z oczu, odruchowo wręcz sięgnąłem po swoją komórkę i wysłałem mu krótką wiadomość tekstową. Oj, szkoda by jednak było tracić z nim kontakt w tak.. głupi sposób. Musiałem sam przed sobą przyznać, że Sketch był obecnie jedyną osobą, którą darzyłem choć znikomą sympatią; a ja, jako osoba, która niekoniecznie lubowała się w nawiązywaniu nowych kontaktów, musiałem pielęgnować tę garstkę znajomości, którą miałem. Cóż, początkowo w ogóle nie chciałem się z nikim zaprzyjaźniać czy chociaż zakumplować, ale im dłużej byłem od domu rodzinnego - tym mocniej doskwierała mi samotność. Śnieżka, choćbym bardzo tego chciał, nie mogła mi zastąpić tego.. czegoś, co określić można niezbędnymi interakcjami międzyludzkimi. Bo, jakby nie patrzeć, człowiek był zwierzęciem stadnym. Potrzebował mieć wokół siebie "swoich", żeby móc normalnie funkcjonować. Kij, że ta potrzeba bywała dla mnie bardzo upierdliwa w realizacji.
-Nie powinieneś może za nim pójść?..- Co z tego, że Sketch był dorosły? W przeciwieństwie do filozofii wyznawanej przez przewnego zombiaka imieniem Czesio, dorośli nie zawsze byli dzielni. Jeszcze sobie jaką krzywdę zrobi, czy co...
Na jego wzmiankę o moim psie parsknąłem głośno. "No shit, Sherlock. Faktycznieś bystry". Kiedy natomiast usiadł tuż obok mnie, zupełnie odruchowo odsunąłem się - co prawda o stosunkowo małą odległość, ale w bardzo sugestywnym geście z mojej strony. W następstwie, uświadomiwszy sobie, że chłopak mógł źle to odebrać; w speszeniu nieco zbyt gwałtownie odwróciłem głowę i zawiesiłem wzrok na pobliskim drzewie. Heh, ładną masz korę, maleńka.
-Och.- Zmieszałem się trochę. -Nie wiem, czy traktować to jako komplement, czy raczej powinienem przestać się oszukiwać i uznać to za kpinę.- Odwróciłem minimalnie głowę w jego stronę, tak, że spoglądałem na niego tylko jednym okiem. Po chwili niezręcznego milczenia z mojej strony parsknąłem w końcu śmiechem (albo raczej jego parodią) i przeniosłem spojrzenie na swoją gówniarkę. -Bruce Lee.- Charknąłem w końcu, niby to w odpowiedzi na jego pytanie. 
W międzyczasie znudzona Śnieżka położyła się na ziemi i zaczęła lizać swoją przednią łapkę. Usłyszawszy jednak cmokanie, gwałtownie uniosła łeb i wbiła pytające spojrzenie w Bastiena. Grzeczna bestia, nie podejdzie do obcego bez mojego "błogosławieństwa". Tylu ludzi w dzisiejszych czasach czerpało przyjemność z trucia obcych zwierząt, że nauka tej postawy była dla mnie sprawą priorytetową. I najwyraźniej młoda bardzo szybko pojęła tę lekcję.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Kwi 13, 2016 1:49 pm
       
- Dlaczego bym miał? - zapytałem w odpowiedzi spoglądając na niego spod delikatnie uniesionych łuków brwiowych. Jak sam zauważył - Sketch był dorosły. Mało tego widziałem go na oczy ledwie ze dwa razy... Naprawdę mnie to do czegokolwiek zobowiązuje? Jasne, udzieliłbym mu pomocy gdyby był na miejscu, prawdopodobnie z czystego obowiązku, ale nie uśmiechało mi się ciągnąć za nim w tym celu jak przysłowiowy smród po gaciach. Chociaż... Całkiem możliwe, że tak bym właśnie uczynił (z samej nudy i chęci przedłużenia rozmowy) gdyby nie Lynch. Przecież nie wypadało go tu tak teraz zostawić. Znaczy... On jak on, kimnie się na ławce i jakoś to będzie, ale CO ZE ŚNIEŻKĄ? Biedna psina. Noce takie zimne... Co z tego, że to husky.
Tak czy owak siadając widziałem doskonale, że ten się odsunął. Może nie jakoś specjalnie daleko, ale sam gest dał mi sporo do myślenia. Zinterpretowałem sobie to w najbardziej oczywisty sposób - zwyczajnie się mną brzydził. Nie chciał bym siedział obok, a jeśli już to możliwie najdalej. Typowe zachowanie dla nadzianych dzieciaków z bogatych osiedli. Z jakiegoś powodu myślałem, że jest inny. Tak czy owak wzrok wciąż miałem wlepiony w psa, który jednakowoż ani myślał się do mnie zbliżać.
- Mądra psina. - uśmiechnąłem się nawet pod nosem, a następnie wyprostowałem i usiadłem głębiej na ławce lekko się nawet odsuwając od Ezekiela. Pewno poczuje się lepiej. Nie opowiedziałem za to nic na jego słowa, ani te dotyczące mej poprzedniej wypowiedzi o rzekomym dręczeniu, ani w sumie te, w których przedstawiał mi imię swego psa. Siedziałem przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie podźwignąłem się na nogi i sprawnym gestem dłoni zaciągnąłem na głowę szary kaptur. - Wiesz... Poszukam ci jednak tego kija. - bąknąłem tylko wcisnąwszy zaraz dłonie głęboko w kieszenie bluzy. - ... tylko nie odchodź za daleko. - zaszydziłem na koniec dla niepoznaki nawet jednak na niego nie spoglądając i wreszcie podążyłem niespiesznie przed siebie w stronę obszernego, porośniętego zieloną, miękką trawą pola gdzie ludzie najczęściej bawili się ze swoimi pupilami. Zarówno tymi małymi, jak i tymi całkiem dużymi. Prawdę mówiąc same poszukiwania nie trwały długo bo wkrótce znalazłem to po co tu przyszedłem. Lekko nadgryziony w kilku miejscach, obdarty z kory, stosunkowo gruby kij. Chyba dość długi by Lyncha podczas podróży do domu nie rozbolały za bardzo plecy. Podniosłem go nawet z ziemi i sam się przymierzyłem lekko naciskając nań ciężarem swego ciała by sprawdzić jego wytrzymałość. Test zdany na 4+, ostre krańce wbijały się przy nacisku w dłoń powodując lekki hm... dyskomfort? Tak czy owak chwyciłem ów kijek pewniej w rękę i wolnym marszem wróciłem do ławki, na której siedział Ezekiel pokazałem mu z bliska znalezisko. - Nada się? -
Powrót do góry
 
Go down
Solaire

avatar
262
#Introwertyk
262


   
Sro Kwi 13, 2016 2:20 pm
       
"Bo tak wypada". W sumie to nie wiedziałem na ile są blisko, więc zachowawczo przyjąłem że przynajmniej się przyjaźnią - a przyjaciele zwykli się troszczyć o siebie w takich chwilach, prawda? Sam Sketch zdawał się być osobą, która nie stroniła od towarzystwa młodszego od siebie; toć mnie, na ten przykład, nie traktował jak gówniarza. Ba, a gdy zwracałem się do niego per "pan" to zdawał się być wręcz urażony tak formalnym nazewnictwem.  -Jak tam uważasz.- Wzruszyłem ramionami. Miałem jednak nadzieję, że portrecista w miarę szybko mi odpisze, cobym nie musiał znosić ciężaru jakim było poczucie winy. I w pewnym stopniu też zwyczajna, ludzka troska, oczywiście.
Słysząc pochwałę na temat Śnieżki uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Oparłem się prawym łokciem o zdrowe kolano i delikatnie chwyciłem kosmyk swoich włosów, nakręcając go sobie w następstwie na palec. Zacmokałem na szczenię, a to potulnie podbiegło do mnie i oparło się przednimi łapkami o moją sztywnie wyprostowaną protezę.  -Nio, popsiuło się.- Wymamrotałem ledwo wyraźnie, przyglądając się z nieukrywaną czułością tej psotnej, białej puchatej kulce.
 -O.. okej.- Nadal czując niejaki wstyd z powodu mojego wcześniejszego odruchu, postanowiłem nie zwracać w jego stronę spojrzenia. Niby nic nie powiedział, ba, bardzo możliwe że nawet tego nie zauważył.. ale taka świadomość nijak mi nie pomogła.
Gdy tylko zdałem sobie sprawę, że rudzielec już nie siedzi obok mnie - mimochodem chwyciłem Śnieżkę pod boki i przygarnąłem ją do siebie, stosunkowo mocno przyciskając ją sobie do piersi. Szczenię po raz kolejny zdawało się być zdezorientowane, acz akurat tym razem nie próbowało mi się wyrywać. Mądre stworzenie, wyczuło, że potrzebuję jej wsparcia.
Dopiero po pewnej chwili zauważyłem powrót Bastiena. "O, nawet udało mu się znaleźć coś porządnego."  -Tak, dzięki.- Odetchnąłem głęboko, z ulgą. O Boże, byleby tylko teraz nie złamał tego patyka... a tym samym mojej ostatniej nadziei. Poniekąd.
-Nie wiesz, czy są gdzieś tutaj jakieś toalety? Albo.. czy ja wiem, bar? Coś, cokolwiek?- Postanowiłem jednak nie człapać przez pół miasta jak kretyn, z tą swoją sztywną protezą. A aby się do niej "dostać" i trochę pomajstrować przy tym nieszczęsnym kolanie, zmuszony byłem zdjąć spodnie. A przecież nie zrobiłbym czegoś takiego w publicznym parku. Hehe.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Kwi 13, 2016 3:00 pm
       
W tej samej chwili w kieszeni spodni zawibrował mi telefon. Wręczyłem więc ów nieszczęsny kij Lynchowi (czy też podparłem go o ławkę tuż przy jego boku) i czym prędzej sięgnąłem po komórkę wlepiając spojrzenie zielonych oczu w jasny wyświetlacz. Oh, to tylko Bex. Całe szczęście. Wystukałem też krótką, stosowną odpowiedź, a gdy tylko udało mi się ją wysłać - uniosłem swe spojrzenie na twarz Ezekiela.
- To... dobrze. - odparłem trochę poniewczasie. Zerknąłem nawet na siedzącą na jego kolanach Śnieżkę przez chwilę zastanawiając się czy wypada mi ją pogłaskać. Wolałbym raczej uniknąć sytuacji, w której chłopak znów się odsuwa jak poparzony.
- C-co? - zmarszczyłem w zdumieniu czoło wyraźnie zaskoczony i może trochę zmieszany jego dziwacznym pytaniem. Serio? W takiej sytuacji szczać mu się zachciało? Bo skąd mogłem wiedzieć, że chciał po prostu ściągnąć protezę? W ogóle dlaczego miałby to robić? Wydawało mi się, że z nią łatwiej byłoby mu się doczłapać do domu, akademika czy gdzie tam aktualnie mieszkał, nawet jeżeli była uszkodzona. W końcu miał jakieś oparcie nie? - Znaczy... - odchrząknąłem krótko. - Wydaje mi się, że najbliżej to dopiero gdzieś w centrum. Tu raczej nie ma publicznych toalet choć niewątpliwie jakaś by się przydała. - w końcu park oblegany przez ludzi, większość z nich spędza tu bardzo wiele czasu i być może spędzałaby go więcej, gdyby nie musiała za potrzebą udać się do domu? Chociaż... Osobiście wolałbym wyszczać się gdzieś w krzaki niż zapłacić 3 dolary za skorzystanie z kibelka w miejscu o wątpliwej czystości. Telefon w dłoni znów zawibrował więc zerknąłem w wyświetlacz wystukując zaraz kolejną, krótką odpowiedź.
Powrót do góry
 
Go down
Solaire

avatar
262
#Introwertyk
262


   
Sro Kwi 13, 2016 3:21 pm
       
-...Kurwa mać.- Zakląłem soczyście, bo czemu niby miałbym sobie odmówić takiej przyjemności? Nadal podtrzymując jedną dłonią Śnieżkę, drugą uniosłem na wysokość swojej twarzy i poprawiłem lekko przekrzywione okulary. I co ja niby mam teraz zrobić? Może poczekam, aż park opustoszeje, i wtedy ogarnę sprawę z protezą? Byłoby mi trochę zimno, ale przynajmniej nikt by mnie nie oskarżał o jakieś ekshibicjonistyczne skłonności.. Aż się skrzywiłem na tę myśl.
Nie, to był jednak arcydebilny pomysł. Nie będę tutaj przecież siedzieć Bóg-wie-ile-czasu, żeby potem się szlajać po nocy. Zwłaszcza, że nie miałem pewności, czy "wygięcie" protezy - tak, jak to polecił mi mój ojczym - faktycznie ją.. naprawi. Westchnąłem ze zrezygnowaniem, podpinając smycz do obroży szczeniaka. -Trudno.- Warknąłem pod nosem, bardziej do siebie niżeli rudzielca czy kogokolwiek innego.
-Ach, właśnie.- Zagadnąłem Bastiena, chwytając się kurczowo mojej nowej, prowizorycznej laski. -Mógłbyś... nie wspominać o tym nikomu w szkole? Byłbym wdzięczny.- Nadal jakoś uciekałem wzrokiem od jego twarzy. -Nie chciałbym zwracać na siebie za dużo uwagi. Ani w negatywnym, ani pozytywnym sensie.- Kaszlnąłem.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Kwi 13, 2016 4:03 pm
       
Gdy tak zaklął w głos w pierwszej chwili wzdrygnąłem się lekko zaskoczony jego gwałtownością. Skrzywiłem się nawet lekko na twarzy nie bardzo rozumiejąc o co mu właściwie chodzi. Domyślam się, że kalectwo to nieciekawa sprawa, ale musiał tak wszystkich wkoło stresować i parskać jakby miał touretta?
- Co jest? - zapytałem tylko. Patrzyłem z boku jak zapina psa na smycz, a następnie łapie za prowizoryczną laskę zamierzając chyba dźwignąć się na nogi. Odstąpiłem nawet instynktownie o krok by zrobić mu miejsce i... w sumie stałem jak ten słup nie wiedząc nawet właściwie jak się w tej sytuacji zachować. Właściwie... Mieszkałem niedaleko. Wątpiłem jednak szczerze by dobrym pomysłem było spraszać do tej rudery gości. Zwłaszcza teraz, gdy Bex poinformowała mnie smsem o zwłokach półprzytomnej matki w kuchni i ogólnie alkoholowym smrodzie w mieszkaniu. Znając ją - na pewno ogarnęła bałagan niemniej... Cóż, nadal wolałem się tym chyba nie chwalić. Z drugiej strony... Lynch wygladał na dość mocno zdesperowanego. I chyba nie chciałbym mieć go na sumieniu, jeżeli gdzieś się po drodze wykopyrtnie. Dopiero jego słowa wyrwały mnie z tej krótkiej zadumy, popatrzyłem na niego uważnie i lekko wzruszyłem ramionami.
- Wcale nie zamierzałem. - odparłem krótko. Sam właśnie w podobnej obawie bardzo rzadko komukolwiek i z czegokolwiek się zwierzam. Ludzie to żmije, nauczyłem się im nie ufać. - Dlaczego właściwie? Przez... protezę? - chciałem powiedzieć 'kalectwo', ale z jakiegoś powodu się powstrzymałem. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem, że taki zwrot mógłby mu ubliżyć. I dalej sterczałem w miejscu nie wiedząc totalnie czy mam mu jakoś pomóc czy obrócić się dupą i zwyczajnie sobie pójść.
- Daleko mieszkasz? O ile nie masz nic przeciwko mogę ci pomóc doczłapać się jakoś do domu. Czy tam do centrum, jak wolisz. - zaproponowałem w końcu. Widocznie doszedłem do wniosku, że jednak nie jestem jeszcze gotowy zaufać mu na tyle by zaprosić go do siebie. Zresztą... I tak wątpiłem, że by się na to zgodził. A nawet jeśli - pewnie szybko by tego pożałował.
Powrót do góry
 
Go down
Solaire

avatar
262
#Introwertyk
262


   
Sro Kwi 13, 2016 4:36 pm
       
Postanowiłem dla świętego spokoju zignorować jego pierwsze pytanie. Nie będę mu się przecież otwarcie zwierzał o tym, jak to bardzo wkurzony jestem, bo nie mogę zdjąć spodni. O Boże.
-Och.- Wymsknęło mi się. W sumie to dobrze wiedzieć, że Bastien nie jest jakąś plotkarą. Ano, bo zupełnie odrzuciłem możliwość, że mógłby mnie w tej chwili okłamać; nie miałem przecież żadnego powodu, aby mu nie wierzyć. Chociaż może powinienem bardziej się zdystansować? Zdawało mi się, że ostatnim czasy zbyt szybko pozwalałem sobie na zaufanie wobec, de facto, obcych ludzi. Natomiast w chwili, kiedy zdał mi to, zdawałoby się, że proste pytanie, lekko zadrżałem. -...przyjmijmy, że tak.- Po kolejnej chwili bezczynnego siedzenia, odłożyłem w końcu Śnieżkę na ziemię i sam, z niejakim trudem, dźwignąłem się z ławki. "Uf, w sumie to nie poszło aż tak źle." Gdyby moja proteza miała bardziej uproszczony kształt, np. prostej rurki, to pewnie chodzenie - nawet z uszkodzonym kolanem - nie sprawiałoby mi żadnego problemu. No ale cóż. Cholerstwo było ciężkie i niewygodne w obsłudze. Ale jakże "innowacyjne"! Napraaaawdę, czułem się, jakbym miał prawdziwą nogę! Ahio!
Szczenię zaczęło podskakiwać dookoła moich nóg, wyraźnie domagając się uwagi. No, ale niestety, musiałem ją chwilowo zignorować. -N.. nie, niedaleko.- Zaskoczony tak śmiałą (przynajmniej jak na moje standardy) propozycją Bastiena. wlepiłem w niego szeroko otwarte oczy. -J.. jeśli byś mógł, ale- Sketchowi nie chciał pomóc, a mi - a i owszem? Cóż.. może po prostu uznał moje kalectwo za większy problem niż histerię portrecisty? Uhhh... Szczerze nie wiedziałem, co o tym myśleć. -..jeśli proponujesz mi to z litości, to muszę odmówić.- Nie byłem przecież aż tak słaby i nieporadny, żeby nie dać sobie samemu rady. Zawsze sobie jakoś radziłem.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Kwi 13, 2016 5:05 pm
       
Fakt i całe szczęście, że tego nie zrobił bo teraz to dla odmiany ja prawie na pewno spaliłbym buraka. W każdym razie nie kontynuowałem póki co tematu jego protezy widząc, że i on podchodzi do tego raczej niechętnie. Widziałem jak zadrżał w reakcji na me pytanie, domyśliłem się wiec, że poruszyłem bardzo wrażliwy i z pewnością równie osobisty temat. Przyglądałem się z boku jak ten ostrożnie dźwiga się z ławki, a gdy stał już obok przeniosłem spojrzenie na prowizoryczną laskę, o którą właśnie się podpierał. Wciąż była cała! Nie to, żebym spodziewał się, że pod jego ciężarem pęknie. Nie mógł ważyć dużo więcej ode mnie.
Jego zdziwione spojrzenie prawdę mówiąc trochę mnie speszyło. Raz - od dłuższego czasu nawet na mnie nie spoglądał i dwa - tak naprawdę sam nie wiem dlaczego mu tę poco sam z siebie zaproponowałem. Tłumaczyłem sobie to w ten sposób, że problem Sketcha ograniczał się do kontaktu z psami, kiedy odbiegł na bezpieczną odległość na pewno poczuł się lepiej. Znaczy... Taką miałem nadzieję. Tak czy owak odchrząknąłem krótko zaraz wymownie wzruszając ramionami.
- Proponuję bo mam taki kaprys, nie doszukuj się w tym drugiego dna. - stwierdziłem w końcu bo tylko w ten sposób ani nie zaprzeczyłem, ani też nie potwierdziłem jego obaw.
- Będziesz szedł sam? - bo zawsze mógł wyrzucić ten niedorzeczny kij i w roli oparcia wykorzystać mnie - tak jak wcześniej, gdy prowadziłem go do ławki. Byłoby szybciej i zdecydowanie sprawniej. Ale mogłem też kroczyć u jego boku, by w razie czego powstrzymać go przed upadkiem. Przeniosłem spojrzenie na Śnieżkę. - Grzecznie chodzi na smyczy? Może lepiej będzie, jeżeli ja ją poprowadzę? - nie chciałem się z niczym narzucać każdą decyzję pozostawiając do podjęcia jemu.
Powrót do góry
 
Go down
Sponsored content

#


   
       
Powrót do góry
 
Go down
 
Park Queen Elizabeth [SW]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
     Strona 6 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 9, 10, 11  Next
 Similar topics
-
» Elizabeth Cook [duch]
» Elizabeth "Effy" Wilde
» Raphael Grant
» Miejski park
» Park Promnitz

 :: 

Riverdale City

 :: 

Zachód

 :: 

Parki

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: