IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Dom Lightwooda

Zobacz poprzedni temat
 
Zobacz następny temat
 
Go down
 
Anubis

avatar
#Mieszkaniec Riverdale City
Mieszkaniec
245


   
Nie Wrz 11, 2016 9:32 pm
       
Opis tu będzie. 


Ostatnio zmieniony przez Anubis dnia Pon Paź 30, 2017 11:14 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
 
Go down
[MG] Koss

avatar
#Postać Specjalna
Student / Zwiadowca
399


   
Nie Wrz 11, 2016 9:50 pm
       
Spacer faktycznie trochę trwał i zanim dotarli, zrobiło się całkiem chłodno, więc pomysł Bullet wcale nie był taki zły. Mimo to przeciągał ten spacer jak tylko mógł, często wybierając dłuższą drogę. W tej chwili sama możliwość wędrowania razem z Bullet i gadania z nią o zupełnych pierdołach, wydawała się tak kusząca, że aż nie mógł się temu oprzeć. Tym bardziej, kiedy przypomniał sobie, że przecież dom nie będzie pusty i pewnie Anubis postara się, aby przypadkiem nie nabroili za dużo. Mimo to, kiedy Koss zaczynał już odczuwać liźnięcia chłodu na skórze, co tylko potęgował fakt, że oddał Kylie swoją marynarkę, czym prędzej podprowadził ją do jednopiętrowego domku, w którym mieszkał.
- .. tutaj z Rafaelem Lightwoodem, ale woli jak mówi się na niego Anubis. Nie pytaj. Ja nie pytam i dobrze na tym wychodzę. A, i jest jeszcze Ammit, pies. Jest uroczy, w przeciwieństwie do swojego właściciela. W każdym razie nie powinien się rzucać... zresztą, płacę mu, więc nie ma się co rzucać. Właściciel, nie pies. - Właśnie opowiadał Bullet o tym gdzie i z kim mieszka.
Kiedy stanęli przed domem, Koss sięgnął do kieszeni i wyciągnął klucze, którymi chwilę później otworzył drzwi.
- Cześć Anubis! Mam nadzieję, że cię nie ma! - Krzyknął, nie łudząc się jednak zbytnio w tej kwestii.
Po kilku sekundach znalazł się przy nich labrador, który najpierw entuzjastycznie przywitał Kossa, którego już znał, a potem z ciekawością zaczął obwąchiwać Kylie. Nekke przyglądał się temu z nikłym uśmiechem, podczas ściągania butów. Zaraz jednak podszedł i zdjął z dziewczyny swoją marynarkę, a potem również kurtkę, aby powiesić ją na wieszaku koło drzwi. W końcu prawdziwy z niego dżentelmen i dobrze wychowany gospodarz, czyż nie?
- Napijesz się czegoś? Ja mam pokój u góry, po schodach, do końca korytarza i na lewo. Jak chcesz, to możesz tam iść, a ja tylko ogarnę parę rzeczy, przygotuję coś do picia i dołączę. Chyba, że chcesz posiedzieć w kuchni, mi to w zasadzie obojętne. - Paplał jak najęty, trochę poddenerwowany tą sytuacją, bo nie wiedział jak to wszystko rozegrać. W jego poczynania wkradł się pierwiastek chaosu, nad którym nie potrafił w tej chwili zapanować. Jak to zrobić tak, żeby był wilk syty i owca cała.
Anus, nie chcesz iść na jakąś imprezę albo coś? Albo... no nie wiem, pospacerować gdzieś. Przez całą noc.
Powrót do góry
 
Go down
Bullet

avatar
#Szkolna Dręczycielka
36


   
Nie Wrz 11, 2016 10:09 pm
       
Tylko mu słodko przytakiwała kiedy ten opowiadał o swoim wspóllokatorze i ogólnie o wszystkim, kicha, że nie będą sami, ale machnęła na to ręką, przecież.. NIE BĘDĄ ROBIĆ NIC ZŁEGO! Poza tym chętnie pozna Anubisa. Kij wie dlaczego nazwał się jak jakiś egipski bóg, a może zrobić mu trochę na złość.. Rafael, ta, dobrze.. Uuuu, mamy starą Kylie, wracaj do życia, Bullet! Badź szybka i nieprzewidywalna, przeszywaj na wskroś! Uspokój myśli. Przetarła o siebie łapki wchodząc za nim do domu, który z zewnątrz wyglądał całkiem ładnie, a może jej po prostu tęskno, mieszkała cały czas w mieszkaniu, mniejsza z tym, wróćmy do tego, że jakiś pies postanowił ją całą.. Obwąchać. Kopnęła tylko Kossa w dupe, kiedy ten wrzasnął z prośbą, żeby nie było Anubisa. -Następnym razem się przewrócisz. - Powiedziała, krótko, a w jej głosie było czuć tą powagę, że tak na serio mogłoby być. Uśmiechnęła się chwilę później. Czy jej sukienka przeszkadzała w takich akcjach? No coś ty! Zanim poszła za nim do kuchni, pomiziała się chwilę z psem, kiedy ten mógł się już do niej przyzwczaić. Kochała psy, a im większe i groźniejsze tym lepsze. Zarzuciła warkoczem za siebie i poczłapała w bosych stópkach do kuchni, wcześniej ściagając botki. -Nie obchodzi mnie gdzie masz pokój BĘDZIEMY TO ROBIĆ NA KANAPIE.. - Powiedziała oschle, ale podkreślając głośno ostatnie słowa, by każdy domownik na pewno usłyszał, moment później chichocząc pod nosem. Pacnęła go w głowę, widać było, że się stresuje, ale naprawdę nie miał czym. Cóż, Kylie jak Kylie zaczęła szperać w nieswoich szafkach kuchni, szukając kubka i kawy rozpuszczalnej. Wcześniej odsunęła go od blatu tyłkiem, by jej nie przeszkadzał, jeszcze wiedziała jak się posługiwać sprzętem kuchennym. Zmierzwiła jego włosy, kiedy postawiła wodę, by mogła się zagotować. Usiadła na blacie i grzecznie czekała aż piśnie gwizdek. -Może faktycznie go nie ma. Albo zaraz zrobi jakieś przypałowe wejście. - Przerwała ciszę, zalewając wodą kawę. Lodówka, mleko, boże Bullet ogarnij się a nie stój jak słup soli. Kiedy dokończyła swój napój bogów.. Uh, nie obeszło się bez dziwnej akcji. Stanęła prosto, unosząc kubek, jakby był jej bogiem. - Dziękuje Ci, że jesteś, że dajesz mi siły na kolejne dni, będę Cię chwalić i modlić się do Twojego smaku dzień i noc! - Wymawiając swoją dziwaczną modlitwę wzięła pierwszego łyka i usiadła na krześle. Cóż, typowa akcja, nic nowego. Po prostu była dziwna. Nic nie wyglądało normalnie u dziewczyny z niebieskimi warkoczami po kostki z różowymi soczewkami, naprawdę nic.
Powrót do góry
 
Go down
Anubis

avatar
#Mieszkaniec Riverdale City
Mieszkaniec
245


   
Nie Wrz 11, 2016 10:35 pm
       
Teoretycznie miał zamiar olać sprawę i fakt, że jego współlokator właśnie wrócił do domu. Nie obchodziło go to i miał w planie udawanie, że tak naprawdę go nie ma. Zwłaszcza że Koss nie wrócił do domu sam tylko z jakąś panną. No naprawdę.
Przewrócił się na drugi bok, nakrywając głowę poduszką. Niektórzy musieli iść za kilka godzin do pracy i chcieli chociaż trochę zaznać snu. Odliczał sekundy, by usłyszeć stukot stóp na schodach. Niestety jednak nie usłyszał tego upragnionego dźwięku. Zamiast tego hałasy przeniosły się do kuchni. Zaklął pod nosem, zerkając na zegarek, który stał na szafce nocnej obok łóżka. Przetarł dłonią twarz, a potem usiadł na łóżku. Zaczął szukać słuchawek, by móc podłączyć do nich telefon, ale zamiast tego usłyszał kobiecy głos, który mówił coś o robieniu tego na kanapie. Wcześniej im nogi z dupy powyrywa. Złapał za spodnie przewieszone przez krzesło i wciągnął je na siebie. Koszulkę sobie darował, świecąc wytatuowanym torsem.
Wyszedł boso ze swojego pokoju i skierował się niemal od razu do kuchni z miną świadczącą o porządnym wkurwieniu właściciela domu.
Zatrzymał się w progu akurat w momencie, w którym dziewczyna skończyła swoją modlitwę.
- Nie ma za co - powiedział, zupełnie nie przejmując się faktem, że słowa te nie były skierowane do niego. Ammit widząc swojego właściciela niemal od razu podeszła do jego nóg, by czubkiem nosa szturchnąć jego rękę. Podrapał psa za uchem i dopiero wtedy podniósł wzrok na dwójkę wyjątkowo głośnych ludzi. Podszedł do Bullet zabierając jej kubek z kawą, po czym usiadł przy stole. Skoro już wstał, to coś mu się należało. Spojrzał na Kossa. Zaraz, czy on wyglądał na zdenerwowanego? Ojej, ojej. Denerwowało go, to co miał zrobić, czy może fakt, że jednak nie byli w domu sami? Cóż, gdyby Nekke odezwał się wcześniej, to znalazłby sobie nocleg na dzisiejszą noc gdziekolwiek indziej. 
- No i czego się tak drzesz? - Zapytał, upijając łyk ciepłego naparu. Oderwał wzrok od chłopaka, by po raz pierwszy przyjrzeć się tak naprawdę jego towarzyszce. Koss może i udał dżentelmena, ale Rafael w sposób otwarty zmierzył dziewczynę od stóp do głów, nawet nie kryjąc się ze swoim taksującym spojrzeniem. Na koniec uśmiechnął się leniwie, ale gest ten zdążył ukryć za kubkiem, z którego to pociągnął kolejny łyk.
Powrót do góry
 
Go down
[MG] Koss

avatar
#Postać Specjalna
Student / Zwiadowca
399


   
Wto Wrz 13, 2016 8:21 pm
       
Jakoś tak zasadniczo coraz mniej podobała mu się ta cała sytuacja. Powinien to przewidzieć wcześniej, ale niestety uroki pewnej damy zablokowały jego zdolność trzeźwego myślenia i teraz prawdopodobnie doprowadzi to do jakiejś katastrofy. Dlatego właśnie wolał podejmować decyzje na spokojnie. Wtedy miał pewność, że nawet jeśli coś spierdolił, to na własną odpowiedzialność. Tymczasem dopiero w tej chwili zaczął się zastanawiać czy siedzenie z Bullet i Anubisem w jednym pomieszczeniu nie narazi go na uszczerbek zdrowia, fizyczny lub psychiczny. Ewentualnie oba na raz.
Najpierw jednak dostał kopala w dupala, za którego posłał Kylie chłodne spojrzenie. Zaczepki i żarciki swoją drogą, ale szanujmy się, tak?
- Następnym razem to ty na kopach wylecisz z tego mieszania - odpowiedział i oczywiście była to jedynie barwna metafora, nigdy bowiem nie posunąłby się to faktycznej przemocy fizycznej względem dziewczyny. Przede wszystkim miał wrażenie graniczące wręcz z pewnością, że tylko by się zbłaźnił, poza tym jego wewnętrzny kodeks mu tego zabraniał. A'propos wewnętrznego kodeksu. - N-na kanapie? - Spytał idiotycznie, zapominając oczywiście, że słowa dziewczyny należy najpierw przefiltrować prze sito o nazwie "sarkazm", a potem roztrząsać ich sens.
Kiedy tak dziewczyna rządziła się w jego kuchni, czuł się odrobinę nieswojo. Był przecież gospodarzem, więc to jego obowiązek, poza tym kiedy tak ktoś bez oporów zaczyna grzebać w twoich szafkach, to czujesz się, jakby właśnie wsadził ci łapę do kieszeni i sprawdzał co tam akurat się znajduje. Poza tym, skoro już się tak bawiła, to mogła też przygotować coś dla niego. Nie ma tu sensu ani logiki!
- Nie wiem czy powinnaś... - nim jednak zdążył dokończyć swoje zdanie, kawa już była gotowa, Bullet wznosiła jakieś modły, a Anubis postanowił zaszczycić ich swoją obecnością, którą właściwie Koss ściągnął na własne życzenie. Ech, gdyby jedna rzecz poszła w jego życiu tak jak powinna.
Kiedy obserwował, jak Rafael odbiera kawę jego znajomej, pojawiły się kolejne wątpliwości.
- Nie wiem czy powinieneś... - mleko się jednak rozlało, a jak znał Bullet nie pozostanie to bez odzewu.
Zastanawiał się, czy może jakoś zaradzić tej sytuacji. Podejdźmy do sprawy logicznie. Czy może zatrzymać jakoś Bullet przed odgryzieniem się? Nie. Czy może zmienić podejście Anubisa do ich gościa? Nie. Czy w związku z tym powinien w jakikolwiek sposób interweniować? Odpowiedź nasuwa się sama.
Koss postanowił więc zrobić jedyną rzecz, która wydawała się w tej chwili słuszna. Wyciągnął kubek, skorzystał z wody zagotowanej przez Kylie i zaczął sobie parzyć herbatę.
Powrót do góry
 
Go down
Anubis

avatar
#Mieszkaniec Riverdale City
Mieszkaniec
245


   
Pią Wrz 16, 2016 4:56 pm
       
Nie wiem czy powinieneś.. 
Spojrzał na Kossa pytająco. Dlaczego miałby czegoś nie robić? Zerknął jeszcze na Bullet, bo to chyba o nią chodziło chłopakowi. W ostateczności wzruszył ramionami, wypijając kawę w kilku łykach. Podniósł się z krzesła i stanął przy zlewie. 
- Masz farta, mam dziś nockę - mruknął, opłukując naczynie, a potem odstawiając je na suszarkę obok. 
Po tych słowach odwrócił się i wyszedł z kuchni, pozostawiając dwójkę samym sobie. Ubrał na siebie podkoszulek i skarpetki, zgarnął portfel i klucze z komody stojącej pod drzwiami. Zgasił światło i ruszył korytarzem do wyjścia. Z wieszaka zabrał swoją skórzaną kurtkę. 
- Będę nad ranem. Cześć - mruknął, wychodząc. Chwilę później dało się usłyszeć dźwięk zapalanego silnika, a gdy wyjechał z podjazdu, nastała względna cisza.


Ostatnio zmieniony przez Anubis dnia Pon Wrz 04, 2017 10:54 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
 
Go down
Bullet

avatar
#Szkolna Dręczycielka
36


   
Nie Wrz 25, 2016 9:31 am
       
-Zaraz następnego razu nie będzie, bo zakopię Cię w tym ogródku żywcem. - Zachichotała wyraźnie żartując sobie ze spiętego faceta. Cóż, po prostu uwielbiała ich gry słowne. Dziwiła mu się, w końcu był u siebie w domu, to ona raczej powinna być zdenerwowana i tym podobne, a nie Koss, który przebywa tutaj właściwie cały czas. -Już się tak nie jąkaj, pipo. Kanapy są niewygodne. - Mówiła tak pewnie, mimo, że nigdy ale to nigdy jeszcze nic nie robiła na kanapie. Właściwie ona nigdy nic z facetem, może tam jakieś podrywanko, przytulanko, ale nic więcej.
Nie do końca rozumiała dlaczego ten mógłby czuć się nieswojo, kiedy ta szperała w jego kuchni, rozumiem jakby przeszukiwała jego gacie razem z bielizną, ale to tylko kuchnia. Westchnęła tylko głęboko na swoje przemyślenia, chyba czasem była zbyt dosłowna, nawet jeśli mówiła sama do siebie i nie pozwalała słowom wyjść na zewnątrz. Ale.. Czy zamierzała się zmieniać? N i g d y. Wznosząc modły do kawy, usłyszała kroki bosych stóp na schodach, zmierzyła go wzrokiem i uniosła brew, kiedy ten zaś podziękował za jej słowa. Niespecjalnie się tym przejęła, tego wieczoru tylko Koss był w jej myślach i nie miała zamiaru zawracać sobie głowy jakiś modnisiem, który postanowił poświecić swoim.. Torsem, który cóż, mógł być lepszy, ale daje takie 8/10. Parsknęła kiedy ten wziął jej kawę, skrzyżowała dłonie na swojej płaskiej klacie i równie bezczelnie obdarowywała go wzrokiem od stóp do głów, jak on ją. Wypuściła głośno powietrze, zarazem uspokajając nerwy. W końcu zabrał jej napój bogów, jeszcze przygotowany z taką starannością! Usiadła sobie gdzieś na wolnym blacie w kuchni, krzesła były zbyt mainstreamowe. Po kilku zdaniach Kossa, jego współlokator niczym.. Poparzony wypił wszystko jednym ciurkiem i uciekł do pracy. Podniosła brwi w pytającym geście, odprowadzając go wzrokiem, aż nie znikł za jakimiś ścianami. Wzruszyła ramionami. -Naprawdę myślałeś, że coś mu zrobię w nieswoim domu? - Tak przynajmniej zinterpretowała jego słowa, jakby się bał, że Kylie dziwacznie zareaguje na jego kradzież kawy, ale w końcu był u siebie. Niebieskowłosa miała jeszcze resztki wychowania w sobie, serio. Zeskoczyła z blatu i usiadła na kolanach Kossa, który zapewne po zaparzeniu herbaty wróci na miejsce. Po prostu jak gdyby nigdy nic usiadła na nim bokiem i oparła się ciałem o jego tors. Zmęczona? Zapewne tak. Może gdyby nie miała jeszcze sukienki to usiadłaby w rozkroku, by jeszcze go nieco pomęczyć, ale nie dzisiaj. Kawa dałaby jej mocnego kopa, ale cóż, została jej zabrana. Więc skuliła się, siedząc na nim i zamknęła oczka, rozkoszując się jego zapachem, zaciskając łapkę na jego koszulce. Mała, bezbronna, nic nie przypominała Bullet sprzed kilku godzin. Jej zachowanie zmieniało się jak w kalejdoskopie. -Moglibyśmy to robić, aż do ranka. - Zachichotała, wciąż mówiąc z zamkniętymi różowymi oczkami. -Ale mje to się nie chce. - Powiedziała jak typowe dziecko, które jest zmęczone i powierciła się jeszcze chwilę na jego nogach. Nie zaśnie teraz, ale było wygodnie.
Powrót do góry
 
Go down
[MG] Koss

avatar
#Postać Specjalna
Student / Zwiadowca
399


   
Nie Wrz 25, 2016 1:33 pm
       
Eh. Jak zwykle dawał się łapać na te jej głupie gadki, przez co potem był chwytany w niezwykle głupiej, a może raczej niezręcznej sytuacji. Co było ciekawe, bo zazwyczaj nie miał problemu z tym, żeby wyłapać to, co jest mówione żartem i na poważne. W zasadzie, teraz też potrafił na to zwrócić uwagę. Problem w tym, że zawsze odzywał się ten głos z tyłu głowy, który podpowiadał coś w stylu: "hej, a może ona wcale nie żartuje?" Budziła się nadzieja, która następnie prowadziła do zadawania naiwnych pytań, na które odpowiedź mogła być tylko jednego rodzaju - upokarzająca. Tym razem jednak Koss postanowił, że nie będzie brnął dalej w takie bagno i spróbuje chociaż udawać, że to był właśnie jego plan. Tak to miał zabrzmieć.
- Widocznie nie leżałaś na mojej kanapie - odpowiedział, siląc się na rozbawienie i jakiś rodzaj podrywu graniczącego w ironią. To było całkiem wygodne, bo pozwalało traktować sytuację jako żart i udawać, że tak właśnie miało być albo podejść do sprawy zupełnie poważnie, gdyby dziewczynę faktycznie naszła ochota na baraszkowanie na wspomnianym meblu.
Tak czy inaczej teraz pozostawała sytuacja Anubisa i Bullet oraz ich nieuchronnego konfliktu. A przynajmniej wydawało się, że będzie on nieuchronny. Wtedy jednak Rafael postanowił się nagle ulotnić. Nocna zmiana niby miała sens, ale jakoś dziwnie późno sobie o tym przypomniał. Może miał romans na boku, którego się wstydził? Tylko właściwie przed kim? Przecież Koss nie był jego żoną czy matką, aby obchodziło go takie rzeczy. Postanowił jednak nie wnikać.
Powrócił spojrzeniem do Kylie i parsknął, słysząc jej pytanie. Serio?
- Tak, naprawdę tak myślałem - odpowiedział nadal rozbawiony. Nie żeby podejrzewał ją o wszczynanie jakiejś bójki czy coś w tym stylu, ale nie miał wątpliwości, że doszłoby do zaczepek, docinek, małej wojenki, która wreszcie mogłaby się zamienić w większą jeśli ktoś by tego nie zatrzymał. Zresztą, wszystko jeszcze przed nimi. To było dopiero pierwsze spotkanie, a wyglądało na to, że tych jeszcze nie zabraknie. A przynajmniej była na to duża szansa. Po tym pierwszym wrażeniu... cóż, kto wie jak to się potoczy.
Nie miał jednak czasu rozmyślać nad tym zbyt długo, ponieważ małe-łajzowate nagle pojawiło się na jego kolanach i postanowiło się wtulić. Jakoś tak automatycznie objął ją rękami i mocniej przycisnął do siebie. Teraz, po tym wszystkim co wydarzyło się wcześniej, jej bliskość nie robiła na nim aż takiego wrażenia. Była po prostu przyjemna.
Serce zabiło mu szybciej, kiedy usłyszał jej słowa, zaraz jednak się opanował. No tak, nie chce jej się. Właściwie czego innego mógł się spodziewać? Trudno, przytulanie nie było aż takie złe. Jedna z jego dłoni powędrowała na głowę dziewczyny i Koss zaczął ją leniwie głaskać. Jak kota, który ci się właśnie uwalił na nogach. Druga ręka posłużyła mu do trzymania kubka, bo chciał wypić herbatę, którą przygotował. I tak sobie siedzieli, on pił i głaskał, ona drzemała i była głaska. Dobry układ, niewiele się działo, ale chwila była przyjemna i miło się przeciągała.
Kubek jednak wreszcie stał się pusty, a Koss stwierdził, że siedzenie w kuchni nie ma większego sensu. Było w końcu dosyć późno.
- Wiesz co jeszcze możemy robić do ranka? - Zagadnął, a następnie ujął Kylie pod nogi, drugą rękę przesuwając na jej plecy. - Spać. - Wtedy też wstał, trzymając swoją wybrankę na rękach, niczym jakiś strażak ratujący bezbronną ofiarę z pożaru. A przynajmniej tak się trochę czuł. Nie miał jednak zamiaru rozpływać się nad swoim męstwem, zamiast tego ruszył w kierunku schodów. Dziewczyna nie należała do szczególnie ciężkich, więc nie miał większego problemu z wyniesieniem jej na górę, a następnie dotarciem do własnego pokoju. Tam ułożył ją na swoim łóżku i rozejrzał po pokoju. Warto by było się chociaż przebrać albo coś. Tylko strasznie mu się nie chciało. Zdjął więc tylko koszulkę i uwalił się obok niej. Fair enough.

***

Obudził się już następnego ranka. Kylie wciąż spała, więc nie miał zamiaru jej budzić, a było kilka ważnych spraw do załatwienia. Szybko się ubrał, umył, po czym wyszedł, mając nadzieję, że Anus poradzi sobie z gościem. Albo Bullet sama opuści ich progi, nic nie demolując przy okazji.

//zt
Powrót do góry
 
Go down
Willy

avatar
#Maskotka
160


   
Sob Paź 21, 2017 10:58 pm
       
Kupowanie gotowych dań na mieście zdecydowanie zaliczało się do najwygodniejszych metod zdobywania pożywienia, ale czasami człowiek czuł wewnętrzną ochotę, by coś zmienić i spróbować czegoś nowego. A przynajmniej coś takiego odczuwał od czasu do czasu Willy i, choć nigdy nie uważał się za szczególnie dobrego kucharza, nie zamierzał z tą chęcią walczyć. W końcu wyznawał zasadę, że trzeba w życiu próbować nowych rzeczy! Każda nowa potrawa wiązała się z nowym wyzwaniem i może na co dzień wolał nie tracić czasu na gotowanie, ale nie należał w końcu do ludzi leniwych. Zresztą danie, które chodziło za nim od rana, nie można było nazwać skomplikowanym.
Wystarczyło zaledwie kilkanaście minut, by wyszedł ze sklepu, dumnie niosąc dwie reklamówki w dłoniach. Nie zrobił nic wielkiego, ale czuł się naprawdę wspaniale – prawdopodobnie była to zasługa kilku paczek żelków i ciastek, które kupił, choć nie były mu potrzebne, ale zwyczajnie uznał, że dla pysznych łakoci ZAWSZE znajdzie się miejsce w jego życiu. Z uniesionymi kącikami ust zrobił kilka kroków w kierunku drogi powrotnej do akademika, ale zamiast iść dalej, przystanął w miejscu rozważając różne opcje. Bo jasne, mógł po prostu wrócić do siebie i skorzystać ze wspólnej kuchni, ale cichy głosik w jego głowie uparcie ciągnął go w zupełnie inną stronę. A kimże byłby Willy, gdyby go nie posłuchał? Dlatego zrobił kilka kroków w tył, odwrócił się na pięcie i skierował się w stronę przystanku autobusowego.
Dom jego przyjaciela znajdował się w innej części miasta i zupełnie nie było mu tam po drodze, a gwarancji, że go zastanie nie posiadał – mógł do niego zadzwonić, ale kto pamiętałby o tym, że w jednej z reklamówek leżał upchnięty telefon? (I kogo by interesowało, że woda z mrożonek może go zalać? Przecież to zupełnie nieistotne! A przynajmniej w życiu blondyna.) Dopiero siedząc już w autobusie zaczął się zastanawiać, co będzie, jeśli nie zastanie Rafaela w domu, bo wizja pocałowania klamki zupełnie się chłopcu nie podobała. Nie był jednak typem osoby, która długo mogłaby snuć czarne wizje. Od czasu do czasu jakaś przeleciała mu przez głowę, ale zaraz znikała, tłumiona przez optymizm, który nie opuszczał blondyna. W końcu z każdej sytuacji można było znaleźć wyjście!
Willy nie byłby sobą, gdyby podczas ponad półgodzinnej podróży nie uciął sobie pogawędki z jakąś starszą panią – starsi ludzie zdecydowanie uwielbiali blondyna, widząc w nim dobry materiał na słuchacza historii o ich pasjonującym życiu za młodu – i o mały włos nie przegapił odpowiedniego przystanku. W porę jednak zerwał się z miejsca, przepraszając swoją rozmówczynię i wyskoczył z pojazdu, gdy drzwi już miały się zamykać.
Kilka kolejnych minut później znalazł się pod drzwiami odpowiedniego domu i zadzwonił dzwonkiem stanowczo za dużo razy. Nie przejmował się tym jednak ani trochę. Jeśli Raffi jeszcze spał, to na pewno udało mu się go obudzić, a szczekająca Aleo za drzwiami skutecznie skupiała jego uwagę na sobie. Na twarzy chłopca momentalnie pojawił się szerszy uśmiech, a martwienie się tym, czy ktoś mu w ogóle otworzy odeszło na daalszy plan.
Powrót do góry
 
Go down
Anubis

avatar
#Mieszkaniec Riverdale City
Mieszkaniec
245


   
Pią Lis 03, 2017 3:17 pm
       
Wiedział, że nie powinien wychodzić wieczorem z domu. Wszystko, co miało pójść nie tak, poszło. Był przemęczony od kilku dni. Zbliżające się święta źle odbijały się na jego psychice. Nie sypiał zbyt dobrze, chodził wiecznie zirytowany, a przede wszystkim wrócił do zapominania o posiłkach. Przez cały dzień potrafił zjeść raptem jedno jabłko, które miało mu wystarczyć na pełną dobą. Już Ammit zdecydowanie lepiej się odżywiała. Zawsze pamiętał, aby suczka miała pełną miskę.
W każdym razie wracając do jego wyjątkowo nieudanych ostatnich dwudziestu czterech godzin, jak co dzień wyszedł na nocną zmianę, wieczory były coraz chłodniejsze, a on zapomniał wziąć cieplejszą bluzę. Stanie na zewnątrz miało okazać się dla niego prawdziwym wyzwaniem. Z tym sobie jeszcze radził. Radził sobie nawet ze wkurzającymi ludźmi, którzy próbowali dostać się do klubu, używając głupich wymówek, albo lewych dowodów. Normalnie może nawet, by ich przepuścił, ale dziś nie miał na to ochoty i przez to wysłuchiwał lamentów i wyzwisk. Albo jednych i drugich. Ręka aż go świerzbiła, aby wylądować na niejednej twarzy, ale potrzebował tej roboty, a już miał przechlapane u szefa za ostatnie dni, w których chodził jak pieprzone zombi. Gdzieś w połowie swojej zmiany, wymienił się jednym z kumpli. Stanął za barem i było to jak przypieczętowanie swojego losu. Pozostało mu raptem piętnaście minut do końca pracy, kiedy na środku klubu dwóch kolesi zaczęło prać się po mordach. Próbując ich rozdzielić Rafael, oberwał z łokcia w tułów. Sam wymierzył kilka ciosów, których nie powinien, a na jego nieszczęście widział to szef. Kiedy już wyprowadzono dwóch podżegaczy, właściciel oznajmił, że ma dość jego wybryków i go zwalnia. To był mocny cios dla chłopaka. Każdy pieniądz się liczył i mimo że nie lubił nawet tej roboty, to była mu potrzebna. Zabrał swoją skórzaną kurtkę i tyle go widzieli. Zamiast wrócić do domu, przez długi czas szlajał się po mieście, przyglądając się, jak miasto budzi się do życia. Ludzie wstawali do pracy, inni dopiero się do niej szykowali, część młodszej części społeczeństwa zmierzała ku murom szkolnym. Nawet trochę zaczynał za tym tęsknić.
Zatrzymał się na skrzyżowaniu, rozglądając się po znakach, sprawdzając, gdzie tak właściwie jest. Kilka przecznic dalej znajdował się cmentarz. Już dawno nie odwiedzał grobów swoich bliskich, dlatego stwierdził, że równie dobrze może zrobić to teraz. Kupił po drodze kilka zniczy. Najpierw odwiedził grób swoich rodziców, zapalił knot, ustawiając znicz na ziemi. Posprzątał dookoła zaschnięte liście, ale długo jednak tutaj nie zabawił. Zabierając reklamówkę, przeszedł kilka alejek dalej na grób dziadków. Tutaj również posprzątał, zapalił znicza, a potem usiadł na ławeczce, pogrążając się całkowicie w myślach. W którymś momencie dotknął dłonią, ukrytych pod koszulką zniszczonych nieśmiertelników. Nie był pewien, czy to normalne, ale bardziej tęsknił za swoimi dziadkami, niż za rodzicami. Dziadkowi byli tymi ludźmi, którzy go wychowali i zapewnili dach nad głową.
Nie zdawał sobie sprawy, dopóty tutaj siedział, dopóki nie zauważył, jak wysoko na niebie świeci słońce. Spojrzał na zegarek w telefonie, a dostrzegając, że minęło już południe, skrzywił się. Spojrzał ostatni raz na wyryte w kamieniu litery, a potem odszedł, wbijając dłonie w kieszenie spodni. Kiedy wychodził z cmentarza i zamierzał przejść na drugą stronę drogi, nie zauważył nadjeżdżającego samochodu, któremu wlazł pod koła. Kobieta, która prowadziła, zawiozła go od razu do szpitala, w którym zrobiono mu masę prześwietleń. Miał złamaną nogę i ogólnie był trochę poobijany, założyli mu kilka szwów na skroń, którą rozciął, uderzając w asfalt. Nie zamierzał zostawać w szpitalu, dlatego wypisał się na własne żądanie. Dostał recepty do wykupienia z lekami przeciwbólowymi, a w razie zawrotów głowy, bądź wymiotów miał się od razu stawić do szpitala. Pokiwał głową, jak grzeczne dziecko, a potem tak szybko, jak pozwalały mu na to kule, opuścił znienawidzony budynek. Pod dom podwiozła go ta sama kobieta, która przez cały czas czekała, aby dowiedzieć się, czy wszystko z nim w porządku. W czasie drogi przeprosił ją za swoją nieuwagę i obiecał pokryć wszelkie koszty. Kobieta machnęła tylko ręką, ciesząc się, że chłopakowi nic poważnego się nie stało. Zatrzymując się na podjeździe Rafael, zauważył przy drzwiach znajomą sylwetkę. No, to się teraz nasłucha. Podziękował nieznajomej, wysiadając z samochodu. Zamknął drzwi, a potem kuśtykając na kulach, podszedł pod ganek. Pokonanie kilku schodków okazało się wyzwaniem, ale poradził sobie z nimi.
- No i co się tak dobijasz? - rzucił w ramach powitania. Udając, że wszystko jest w porządku, zaczął szukać po kieszeniach kluczy. Kiedy znalazł je w wewnętrznej kieszonce kurtki, podskakując na jednej nodze, oparł się o drzwi, otwierając je. Pchnął je do środka, a z przedpokoju wybiegła ucieszona Ammit, która jak na prawdziwą zdrajczynię przystało, podleciała najpierw przywitać się z Willym.
Powrót do góry
 
Go down
Willy

avatar
#Maskotka
160


   
Czw Lis 09, 2017 1:05 pm
       
Spokojne czekanie na odzew gospodarza okazało się być dla Willy'ego zdecydowanie za trudne. Blondyn w pewnym momencie zaczął niecierpliwie przestępować z nogi na nogę, a, jakby tego było mało, zdecydował się na dodatkową salwę dzwonka, od razu przepraszając za to psiaka. W końcu suczka nie była tutaj niczemu winna, a jedynie jej właściciel! Przynajmniej tak chłopak myślał, dopóki nie usłyszał podjeżdżającego samochodu i nie obejrzał się w jego stronę. Widok wysiadającego Raffiego zupełnie zbił go z tropu, bo... czy to był gips?
Usta blondyna automatycznie ułożyły się w charakterystyczne o, kiedy obserwował poczynania przyjaciela. Zupełnie tego się nie spodziewał. Jak wiele go ominęło?
Co ty zrobiłeś? — zapytał, kiedy tylko Rafael znalazł się obok niego. — Kiedy? Gdzie? Dlaczego? — dodał natychmiast, chcąc zmusić chłopaka do szybszej reakcji na jego słowa. Nie chodziło oczywiście o to, że Willy był ciekawski i musiał znać każdy szczegół życia swoich znajomych. Po prostu się martwił. Nie widzieli się zaledwie tydzień, a powitał go taki widok...
Co jeśli Rafael potrzebował pomocy, ale był zbyt dumny, by do niego zadzwonić? Co jeśli jego współlokatora nie było i wszystko musiał robić sam? Co jeśli Willy zawalił jako przyjaciel?
To ostatnie pytanie, było czymś, czego znieść nie mógł. Nawet jeśli zawalił, zamierzał teraz wszystkim się zająć, czy starszy tego chciał czy nie.
Wszedł zaraz za chłopakiem do środka i od razu ukląkł przy suczce, żeby się z nią przywitać. Zdążył już się za nią stęsknić, więc odłożył siatki na bok, by móc ją do siebie przytulić. Była jego wymarzonym zwierzęcym przyjacielem, którego niestety nigdy nie mógł mieć. A przynajmniej nie na co dzień, bo widywał się z nią i tak dość często.
Cześć, śliczna Aleo. — pogłaskał ją po łbie. — Z dnia na dzień robisz się coraz piękniejsza.
Takie słowa zazwyczaj kierowało się do kobiet, ale dla Willy'ego wydały się być one niemalże idealne w tej sytuacji. I jasne, psiak nie miał pojęcia, o co chłopakowi chodzi, ale i tak wesoło zamachała ogonem, a to uszczęśliwiło chłopca.
Dopiero po tym krótkim powitaniu, kiedy blondyn nareszcie wypuścił suczkę ze objęć, ta ruszyła do swojego właściciela, by i z nim się przywitać i obwąchać dziwnie wyglądający gips, a Dolan mógł podnieść się z ziemi, ściągnąć buty i udać się do kuchni.
Robimy obiad, łamago — oznajmił, ale zaraz się poprawił: — To znaczy ja robię, a ty się kładziesz i czekasz. — Pogroził mu palcem.
Powrót do góry
 
Go down
Anubis

avatar
#Mieszkaniec Riverdale City
Mieszkaniec
245


   
Wto Lis 21, 2017 2:20 pm
       
Patrzył na Dolana i po prostu widział jego szok i jak powoli trybiki zaczynają mu się kręcić w głowie coraz szybciej. Przymykając oczy, czekał na jego reakcję, jak człowiek idący na ścięcie. Nie miał w zwyczaju spowiadać się komukolwiek ani ze swoich poczynań, ani z życia. Przynajmniej było tak do czasu, aż nie poznał Willego. Pod pewnymi względami przypominał mu Ammit. Oboje miewali momentami ADHD i tylko ich dwójce pozwalał wchodzić sobie na głowę, co czasami kończyło się dla niego dużo gorzej.
Tak, jak się spodziewał, został zasypany gradem pytań. Otworzył oczy, przesuwając spojrzenie na blondyna. Opierał się na kuli, unosząc przez cały czas zagipsowaną nogę. Wszystko pięknie i ładnie, ale zaczynało go to męczyć i z chęcią, wywaliłby swoje zwłoki na kanapę przed telewizorem.
- Wiem, że mam piękną werandę, ale możemy porozmawiać w środku? - zaczął marudnie. Ten dzień naprawdę nie należał do najlepszy i spodziewał się, że za chwilę może spaść kometa i pieprznąć prosto w niego. Tak dla zasady, aby udowodnić mu, że zawsze mogło być gorzej. Wczepił dłoń we własne włosy, szarpiąc trochę za końcówki. Spojrzał wręcz błagalnie na młodszego, żeby zgodził się odroczyć jego przesłuchanie o tyle czasu, ile potrzebował na doczołganie się do salonu.
Westchnął z ulgą, kiedy Willy wszedł do środka. Podążył za nim, zamykając za sobą drzwi. I kiedy młodszy witał się z suczką, Rafael zdążył zdjąć z siebie kurtkę i powiesić ją na wieszaku w szafie. Patrzył przez dłuższy czas na kule, zastanawiając się, czy jeśli wyrzuci je przez okno, to problem zniknie. Wzrokiem zatrzymał się na gipsie. Wciąż uważał, że był zbędny. Co prawda prześwietlenie rentgenowskie pokazywało coś zupełnie innego, ale Lightwood ze swoim ignorowaniem problemów, pozbyłby się gipsu i już jutro polazłby do pracy.
- Raczej robi się coraz grubsza - burknął, przysłuchując się, jak Willy grucha do samiczki. Ugryzł się w język, zanim zaczął marudzić, że do niego tak nie mówi. Co to w ogóle za dyskryminacja! Czasami podejrzewał, że blondyn przyjaźni się z nim tylko dla tego psa i możliwości odwiedzania go. A Ammit, jak to Ammit, za każdym razem łaziła krok w krok za Dolanem, łasząc się przy każdej możliwej okazji, żebrząc wzrokiem o jakieś smaczki.
Chciał już wejść głębiej do mieszkania, kiedy tuż obok pojawiła się psina. Pochylił się do niej, drapiąc ją za uchem. I choć często na nią narzekał, to i tak uwielbiał ją ponad życie i nikomu nigdy by jej nie oddał. Poczekał cierpliwie, aż przeprowadzona zostanie inspekcja ciała obcego na jego nodze. Zarówno właściciel, jak i pies, posłusznie poszli do kuchni za gościem.
- Nie jestem głodny, ale jeśli Ty tak, to mogę Ci pomóc. - Żegnaj kanapo. Żegnaj telewizorze. Czy jeszcze kiedyś zagra na skrzypcach..? Myślał marudnie, wszystkich dookoła czekały ciężkie dni z Rafaelem. Podszedł do szafki, wyjmując opakowanie leków przeciwbólowych, które łyknął, popijając wodą. Na lodówce magnesem przyczepił recepty, które później będzie musiał pójść i wykupić.
- To, co gotujemy? - zapytał, odwracając się do chłopaka, opierając się tyłem o blat. Zdawał się zupełnie niezrażony grożącym mu palcem.
Powrót do góry
 
Go down
Willy

avatar
#Maskotka
160


   
Sro Lis 22, 2017 1:03 am
       
Blondynowi nie spodobała się uwaga odnośnie grubości psa. Przyjrzał się nawet suczce nieco dokładniej, ale nie zauważył żadnych dodatkowych kilogramów, więc skrzywił się delikatnie.
Nie bądź wredny — mruknął, zakrywając Aleo uszy — a ty go nie słuchaj. Jesteś idealna.
Może jego uwaga była absurdalna, bo pies i tak niewiele rozumiał z tej wymiany zdań, ale czuł, że musi to powiedzieć. Wystarczyło zerknąć na Raffiego, by wiedzieć, że chwilowe bycie na drugim miejscu ani trochę mu nie pasowało. Willy'ego oczywiście to nie dziwiło, ale nie zamierzał też nic z tym robić, a przynajmniej nie na korzyść przyjaciela. W końcu jego ulubienica nie zasługiwała na tak niegodne uwagi pod swoim adresem! Właśnie dlatego po raz kolejny poświęcił całą uwagę suczce, głaszcząc ją pocieszająco po głowie. Oczywiście nie trwało to długo, ale wystarczająco, by delikatnie dokuczyć starszemu. Może i był dzisiaj w kiepskim stanie, ale skoro nie chciał nic mówić, to najwyraźniej chciał chwilowo udawać, że nic wielkiego się nie stało, a Willy był gotów na to mu pozwolić. Odrobinę irytowało go jego milczenie, ale też dla odmiany nie naciskał i nie próbował wyciągać z niego informacji. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Uznał, że może mu dać odsapnąć, skoro dopiero wrócił do domu, a i jego mina nie zachęcała do drążenia tematu. Sprawiała ona, że Willy martwił się jeszcze bardziej. Troska ta odbijała się jednak jedynie w jego oczach, ale zbyt szybko umknął w kierunku kuchni, by można było to zauważyć.
Na ladzie postawił siatki i wziął się za wyciąganie ich zawartości. Wciąż jednak oczami wodził za przyjacielem, który oczywiście był zbyt uparty, by po prostu spełnić jego prośbę. Nie skomentował jego słów – doskonale wiedział, że Raffi wcześniej czy później zmieni zdanie – zamiast tego uważnie śledził każdy jego ruch, zapamiętując, by zaproponować później pójście do apteki. W końcu dla starszego na pewno było to teraz bardzo uciążliwe. Gdyby w tamtym momencie Willy się zastanowił, na pewno przypomniałby sobie o tym, jak upartym i dumnym stworzeniem potrafił być Rafael. Doskonale powinien wiedzieć, że jego odpowiedź byłaby przecząca, ale w tym momencie był zbyt skupiony na tworzeniu w głowie historii, by w chwilowo odległej kwestii myśleć logicznie. Willy bowiem już był pewien, że gips na nodze był prawdopodobnie z dzisiejszego dnia, a poranek dla starszego był zdecydowanie parszywy. Wciąż nie wiedział jednak jak do tego doszło, ale w porę ugryzł się w język. Daj mu chwilę, Willy, daj chwilę.
Rzeczy w reklamówce się skończyły, więc blondyn nareszcie zaszczycił je spojrzeniem. Przeleciał po nich wzrokiem, po czym zatrzymał się na swoim telefonie. Zmarszczył delikatnie brwi i wziął go do ręki. Był zimny i wilgotny, więc przetarł go rękawem bluzy, ale nawet nie sprawdził, czy działał. Po prostu wzruszył bezwiednie ramionami i odłożył go dalej od siebie, żeby mu nie przeszkadzał. Następnie z przedmiotów przed sobą wybrał wszystkie żelki i ciastka i postawił je bliżej Raffiego.
Ty co najwyżej możesz się nimi zająć. — Posłał mu spojrzenie, które miało być stanowcze, ale – nie oszukujmy się – był Willym, więc trudno było tutaj mówić o jakiejś powadze czy groźbie. — A ja zrobię cudowne danie, którym są — zrobił krótką pauzę — naleśniki!
Był bardzo z siebie zadowolony. Zaraz jednak przypomniał sobie, że dla większości może być to danie co najmniej banalne, więc natychmiast dodał:
Ale nie takie zwyczajne naleśniki. — Pomachał dłonią na wysokości swojej klatki piersiowej, by podkreślić nie. — Mamy mrożone truskawki, maliny i jagody — wyliczał — świeże banany, czekoladowy i klonowy sos... Będzie fajnie.
Pokiwał energicznie głową, jakby sam siebie chciał zapewnić o prawdziwości tych słów.
Powrót do góry
 
Go down
Sponsored content

#


   
       
Powrót do góry
 
Go down
 
Dom Lightwooda
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
     Strona 1 z 1

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: