IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Obszar przy bramie

Zobacz poprzedni temat
 
Zobacz następny temat
 
Go down
 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
North 'Jackdaw' Callahan

avatar
311
#Łamacz Serc
311


   
Sob Sie 20, 2016 5:59 am
       
Przyglądał się całej scenie z rozbawieniem. No bo weźcie, chłopak właśnie klękał przed psami i powiedział im żeby poprowadziły inne do domu. Haha, zabawny chłopak. Jackdaw mimo ataku alergii, faktycznie się zaśmiał, wciągając nieco gwałtowniej powietrze, prawie dostając ataku kaszlu.
- Przecież nie ma szans żeb-- - nie zdążył dokończyć zdania, gdy psy szczeknęły jak całkowicie rozumne istoty i pobiegły w swoją stronę. Zaraz, co. Ale że one właśnie... one...
CO ALE TY TAK NA SERIO ONE POBIEGŁY?
Nie dowierzał w to co widział. Niedowierzanie i ekscytacja wzięły górę, przez co przez chwilę stał machając palcem wskazującym za psami, aż w końcu opuścił dłoń wzdłuż ciała. Dobrze, że przynajmniej usta miał cały czas zamknięte.
- Dobra. Dawno nic mnie nie zaskoczyło tak jak to. Chętnie zapytałbym jak ich tego nauczyłeś, ale na samą myśl o psach zaczynam ki-- APSIK! - kichnął raz jeszcze i pociągnął cicho nosem zmęczony. Mimo to ulga przychodziła dość szybko.
"Lepiej?"
Pokiwał głową twierdząco, patrząc jak Reitz przechodzi obok na murek, by na niego wskoczyć. Nawet na chwilę nie odrywał od niego wzroku, śledząc każdy krok. Jedynie jego usta wyginały się cały czas w nieznacznym uśmiechu.
"Biorę."
- Oczywiście, że tak. Kto by nie brał? - puścił mu oczko z rozbawieniem, układając rękę na brzuchu. Póki co dobry humor zdawał się mu jeszcze towarzyszyć, ale jeśli tak dalej pójdzie...
"Skocz sobie do stołówki (...)"
Westchnął ciężko, gdy tylko znowu usłyszał wspomnienie o jedzeniu. Jak tak dalej pójdzie, padnie mu humor z głodu, jak zawsze. Już zaczynał. Dopiero po parunastu sekundach z niejakim opóźnieniem wbił wzrok w banknoty, by zaraz przenieść go na twarz Reitza. Banknoty, Reitz, banknoty, Reitz.
- Ty tak na poważnie...? - zapytał ostrożnie, mimo to wyciągnął rękę biorąc od niego pieniądze. Na jego twarzy rozlał się rozanielony uśmiech, a ramiona zadrżały nieznacznie z tłumionej radości na myśl o posiłku.
- Zaraz wrócę. Odwdzięczę się. - z tą krótką obietnicą pognał poza teren szkoły w stronę wcześniej wspomnianych zapiekanek. Wierzcie lub nie, ale to były zdecydowanie najlepsze zapiekanki na świecie. Nie minęło zbyt dużo czasu, gdy stał przed budką wybierając przeróżne opcje i smaki na czterech różnych zapiekankach XXL. Lekką ręką wcisnął kobiecie jeden z banknotów, zaraz odbierając swoje jedzenie. Odpiął kolczyk z ust przeczepiając go na ucho, by nie utrudniać sobie posiłku. I tak wcinając jedną z zapiekanek już po drodze, wmaszerował ponownie na dziedziniec, z trzema dodatkowymi sztukami w dłoniach. Odnalazł Reitza wzrokiem i czym prędzej do niego podszedł, kładąc jedzenie w papierowym opakowaniu na murku. Nie czekając długo wskoczył, siadając obok niego.
- Nie wiem czy jadasz takie rzeczy, ale jakbyś chciał to się częstuj. - niezły tupet, częstować kogoś jedzeniem kupionym za jego pieniądze.
- Chyba się nie przedstawiłem? Jackdaw, jakby nie patrzeć jestem tu nowy. Zaczynam w tym roku naukę. - posłał mu przeszczęśliwe spojrzenie, wcinając radośnie swoją zapiekankę. Doskonały smak zaspokajał jego głód do tego stopnia, że żołądek w końcu przestał burczeć, skupiając się całkowicie na przetrawieniu dostarczonego mu cudownego jedzenia. A cała jego twarz zdecydowanie w tym momencie mówiła "Jesteś moim wybawcą, zaskarbiłeś sobie moją miłość i wdzięczność". A już za kilka miesięcy, Reitz byłby w stanie usłyszeć, że jego wdzięczność to nie byle co.
Jak widać los chciał inaczej i miał się o tym przekonać jako jeden z pierwszych.



Look so good I might die

All I know is everybody loves me

Powrót do góry
 
Go down
Frey Orion Clawerich

avatar
648
#Gwiazdy Showbiznesu
Model
648


   
Sob Sie 20, 2016 10:45 am
       
Rozbawienie, które dostarczał towarzyszowi nie było dla niego widoczne z racji poświęcania uwagi sprawdzaniu wiązań. Niemniej jednak nie poczuł by się urażony z racji tego, że każdy podobnie reagował gdy miał okazję zobaczyć jedną ze "sztuczek" jego psów. Tak, były inteligentne i tak, właśnie podreptały do domu.
Urwana wypowiedź w pełni wszystko mu zrekompensowała. Nawet zerknął kątem oka ku towarzyszowi, by posłać mu rozbawiony uśmiech. Nie ładnie nie doceniać innych. Mógłby pokazać mu więcej psich umiejętności, ale jakoś obudziły się w nim ludzkie uczucia (co trzeba było swoją drogą uczcić) i nie miał serca dłużej go męczyć obecnością kudłaczy. Zresztą sam dobrze rozumiał jak upierdliwy potrafi być katar i piekące oczy. Draaamaaat.
Gdy już mógł ponownie oglądać chłopaka w pełnej krasie, uśmiechnął się z ni to pobłażliwością, ni rozczuleniem, bo to był naprawdę cudowny obrazek. Coś w stylu "what just happened?"
- Wystarczyło trochę cierpliwości i odpowiedniego podejścia, nic wielkiego. - Wzruszył ramionami, podkreślając tym wypowiadane słowa.
Miał ogromną tolerancję na temperatury, owszem, niemniej jednak gdy było tak ciepło dookoła, chciało mu się po prostu spać. Zgarbił się nieco, skrywają dwukolorową tęczówkę za powieką.
- Nie zprzeczyłeś, uznam to za przyzwolenie. - Nie byłby sobą, gdyby nie przełożył tej wypowiedzi na swoje. No błagam.
Ręka wciąż wciąż wisiała w powietrzu, czekając aż Jackdaw odciąży ją z tego wielkiego balastu jakim było kilka banknotow. No już mu drętwiała, ej.
- A wyglądam, jakbym żartował? - Cofnął rękę, znów wspierając ją na murku. Zmiana mimiki rozmówcy go rozbawiła, czego jednak tym razem nie okazał. Po prostu czekał, odprowadzając go wzrokiem tak samo jak psy. Po dłuższej chwili przymknął też drugie oko, zmieniając pozycję na leżącą. Nogami, które zwisały luźno po bokach, zaczął powoli machać w przód i w tył. Zawsze to jakieś zajęcie pomagające w odpędzeniu senności. Tak leżąc pomyślał sobie, że można by dzisiaj pograć w Dragon Age, bo to była idealna pora. Jeszcze lepiej, gdyby mieszkanie było puste. Może współlokator pójdzie na panny czy coś, byłoby cudownie.
Dopiero dźwięk zbliżających się kroków otworzył mu oczy, kierując spojrzenie na wracającego chłopaka. I musiał zmarszczyć lekko brwi, widząc ilość jedzenia. Spodziewał się jednej zapiekanki, może dwóch, ale aż czterech? Gdzie on to mieścił i jak to robił?
- Dziękuje za propozycję, ale podaruje sobie, nie jestem głodny. - Powiedział człowiek z niedowagą. Ułożył wygodniej głowę, znaczy no, w miarę możliwości jak na beton.
- Frey, albo Orion, jak wolisz. Ty zaczynasz, mnie stuknie czwarty rok. - Przez chwilę obserwował jak Jackdaw wcina swoją zapiekankę, zaraz jednak znów przymykając ślepia. Dłoń powędrowała do ust, skrywając pod sobą głębokie ziewnięcie. Spać, tego potrzebował. I czegoś wygodnego. Pluszaka, tak.
Powrót do góry
 
Go down
North 'Jackdaw' Callahan

avatar
311
#Łamacz Serc
311


   
Wto Sie 23, 2016 4:41 am
       
Ciężko się dziwić. Nawet jeśli ktoś wierzył w inteligencję psów, zazwyczaj przerastała ona to. Co prawda widział już kilkanaście tysięcy filmików z nimi, gdzie szły po gazety, trzymały na łbie pranie, suszarkę w pysku, gdy ich właściciel suszył włosy, podawały zimne picie, włączały telewizor... może i robienie zaprzęgu nie było aż tak dziwne, gdy się o tym pomyśli.
Nie, było totalnie dziwne. I godne podziwu zarazem.
Ciekawostkę stanowił fakt, że chociaż North na zbliżenia z psami dostawał ataku kichania, nadal na potęgę oglądał filmiki z nimi. Natomiast koty... nie, nie, nie. Na samą myśl kręciło go w nosie, brr. To przez tę sierść. Sierść, która była wszędzie, gdy wskakiwały ci na blat w kuch-
APSIK!
Do diabła z tym.
- Nadmierna skromność to nic dobrego. Obaj wiemy, że na pewno poświęcałeś im sporo czasu. - uśmiechnął się łagodnie, choć w jego spojrzeniu była pewna stanowczość, która świadczyła, że niespecjalnie widzi mu się jakikolwiek sprzeciw ze strony chłopaku.
- Chyba, że oczekujesz komplementów. Jak to mówi pewien mądry cytat: "Modesty is the art of encouraging people to find out for themselves how wonderful they are". Możemy w takim razie pójść na prosty układ. Ja podkreślę jeszcze kilka razy twoje niesamowite oddanie i wspaniałe umiejętności nauczania psów, a ty będziesz udawał, że nie patrzysz na mnie z zachwytem. Lubię te nieśmiałe spojrzenia. - puścił mu oczko, pocierając bok dłonią. Od tego leżenia na ziemi miał wrażenie, że przenikał go chłód. Całe szczęście słońce przygrzewało na tyle mocno, by efekt miał niedługo zniknąć za jego sprawą.
- Żartuję, wolę otwarte komplementy. Skoro i tak wiem, że patrzą, równie dobrze mogą też mówić. - przewrócił nagle oczami, całkowicie zmieniając sens poprzedniej wypowiedzi. Mimo to nie dało się dostrzec do końca jego mimiki za prostą sprawą, że zaraz przysłonił ją uśmiech, gdy pognał po zapiekanki.
Widział mimikę Reitza, gdy dostrzegł ich ilość. Nie zareagował na odrzucenie zapiekanki z zawodem. Wręcz przeciwnie, jego niewidzialny ogon właśnie zamachał z radością na wieść, że więcej przyjdzie zjeść jemu.  
"Mnie stuknie czwarty rok."
Och, wiem.
- Naprawdę? W życiu bym nie powiedział. Bez urazy. - zaśmiał się cicho, kończąc swoją pierwszą zapiekankę. Zaraz odłożył opakowanie na bok przeciwny do jego towarzysza, biorąc się za drugą. Zaraz wlepił spojrzenie w twarz Reitza, przekrzywiając nieco głowę na bok.
- Mur raczej nie należy do najwygodniejszych miejsc na sen. - wyciągnął wolną rękę muskając palcami włosy Freya przez ułamek sekundy w zupełnie naturalnym geście. Zaraz po tym jakby nigdy nic wrócił do jedzenia wpatrując się w bramę.
- Zajęcia już niedługo, haa. Ciekaw jestem jacy sa tutejsi nauczyciele.



Look so good I might die

All I know is everybody loves me

Powrót do góry
 
Go down
Frey Orion Clawerich

avatar
648
#Gwiazdy Showbiznesu
Model
648


   
Wto Sie 23, 2016 5:44 am
       
Oj tak, youtube był przepełniony filmikami z super zdolnymi psami. Chociaż nie tak bardzo zdolnymi, jak się okazało. Owszem, pomaganie właścicielowi poprzez przytrzymanie mu czegoś czy podanie było godne uwagę, ale... Co jeśli te zwierzęta robiły to po prostu na komendę? Cała magia polega na tym, by potrafiły samodzielnie myśleć, a nie biec za gazetą gdy tylko padnie "przynieś"
Zastanawiał się od pewnego czasu, czy nie spróbować z kilkoma z nich Agility. Jego poprzednie psy to lubiły, więc może i tym razem byłoby podobnie? Wykluczając oczywiście szczeniaka i najstarsze psy. Niby nie tak dawno, ale czuł, jakby od ostatnich zawodów minęła masa czasu. Czt chciałby znów się w to bawić? Sam nie wiedział, a przynajmniej na obecną chwilę.
Kolejne kichnięcie.
Nadmierna skromność to nic dobrego.
Wzruszył krótko ramionami, nie widząc większej potrzeby komentowania tego. Obaj wiedzieli swoje i tyle wystarczyło. Jedynie nieco bardziej się wyprostował, co jednak określonego celu nie miało.
- Nawet bez komplementów jestem świadom swoich wyczynów, przeżyję, jeśli kilka z nich mnie ominie. - Nie prychnął ani nie tupnął nóżką jak paniczyk. Lico pozostawało spokojne, może nieco rozbawione. - Do nieśmiałych spojrzeń potrzebujesz nieśmiałych chłopców. - Nie uważał siebie za takiego, ale hej, rzeczą ludzką jest się mylić. Chociaż człowiek bez przestrzeni osobistej raczej nie mógł być nieśmiały.
Przesunął językiem po dolnej wardze, czysto automatycznie wygładzając podwinięte rękawy. Przytoczony cytat uznał za na tyle ciekawy, by zapisać go gdzieś w odmentach pamięci. Kiedyś sie do tego wróci.
- Musisz być dobrym obserwatorem, skoro to widzisz. Sztuką jest patrzeć i dostrzegać ukryte rzeczy, nie każdy to potrafi. - Wypowiedziane słowa mogły zakrawać o komplement dla co bardziej spostrzegawczych. Dla całej reszty zostały ubrane w jak najbardziej neutralny ton z którego nic nie szło wyczytać.
Gnający po jedzenie Jackdaw sprawił, że słowa "run for your life" zaczęły mieć dla Freya całkiem inne znaczenie niż dotychczas.
Pozwolił sobie na krótką obserwację pochłaniającego zapiekanki chłopaka, coby w jakikolwiek logiczny sposób wytłumaczyć sobie zamieszczenie w żołądku takiej ilości pożywienia. Niestety. Krotkie westchnięcie zakończyło czynność, bo żadne wyjaśnienie nie przyszło.
- You can fall from a wall, you can fall from a tree... but the best way is to fall in love with me. - Odparł z niejakim rozbawieniem, nadając słowom nieco bardziej melodyjny wydźwięk. Lekki dotyk nie został odebrany w negatywny sposób. Jedynie rozwarł jedną z powiek Reitza, kierując czerwone spojrzenie na twarz rozmówcy.
- Przeróżni. Jedni zabiją cię wzrokiem na korytarzu a z drugimi będziesz zamawiał pizzę na zajęcia. - Parsknął krótko pod nosem, przymykając oko.
Powrót do góry
 
Go down
North 'Jackdaw' Callahan

avatar
311
#Łamacz Serc
311


   
Wto Sie 23, 2016 6:23 am
       
Nauczenie zwierząt jak myśleć, zamiast ślepo podążać za komendami. Było to wyjątkowo ciekawe podejście... któremu Jackdaw prawdopodobnie nigdy się nie przyjrzy. Nawet jeśli mógłby wysłuchać o tym całego monologu ze strony drugiej osoby, nie interesowałoby go to w żadnym stopniu, choćby z tego względu, że nie chciał mieć żadnych zwierząt i zdecydowanie nie planował kupna jakiegokolwiek z nich w przyszłości. Ani bliskiej, ani dalekiej. Ponadto wychodził z założenia, że jeśli coś nie jest pod twoją absolutną kontrolą, nie jest nawet warte twojego zachodu. Dzięki bogu, że nie obnosił się ze swoimi wyjątkowo kontrowersyjnymi poglądami na forum publicznym.
Nieśmiałych chłopców?
- Ha. Zabrzmiało jak wyzwanie. - uniósł kącik ust w uśmiechu, jednocześnie notując w głowie coraz to kolejne fakty. Wraz z każdą minutą, Reitz sam zdawał się określać czego dokładnie oczekuje i na co jest gotów zezwolić. Mimo to granica między wyczuciem, a fatalnym błędem była tak cienka, że póki co nadal wolał zachować ostrożność. Pewnego rodzaju.
- Pod warunkiem, że ktoś potrafi się ukrywać. Nawet, gdy go sprawdzasz. W końcu dziewczyna obok ciebie może wyglądać jakby nie była zainteresowana i jedynie spogląda od czasu do czasu, lecz gdy nachylisz się nad nią niby przez przypadek, magicznie jej twarz przybiera kolor dojrzałego pomidora, a na twoje przeprosiny otwiera usta jak wyciągnięta z wody złota rybka. Niemniej potraktuję twoje słowa jako komplement. - lubił komplementy. Jeśli więc mógł coś obrócić właśnie w taki sposób... to dlaczego nie?
Druga zapiekanka zniknęła już w połowie, gdy usłyszał kolejny tekst na podryw ze strony chłopaka. Prychnął z rozbawieniem, przeżuwając kolejny kęs. Dawno nie trafił kogoś, kto operowałby cytatami ze stron z podrywami. Kto wie, może Reitz siedział po nocach i namiętnie je studiował? To by było całkiem zabawne.
- You breathe oxygen? We have so much in common. - odpowiedział jakby nigdy nic, biorąc kolejnego gryza zapiekanki. Zdawać by się mogło, że ciepłe jedzenie w ciepły dzień nie jest najlepszym pomysłem... tymczasem Jackdaw czuł się jakby wysłano go do raju i kazano tam zostać. Do tego stopnia, że zamknął oczy przeszczęśliwy z podobnej szansy. Machnął nawet jedną nogą dla podkreślenia swojego zadowolenia.
Nie dostał w twarz, jego ręka nie została odtrącona, a Reitz nie wstał z miejsca i nie oddalił się w przeciwnym kierunku. Wziął wcześniejszy dotyk za przypadek czy może podchodził swobodnie do podobnych rzeczy? Druga zapiekanka zniknęła bezpowrotnie w akompaniamencie podobnych rozmyślań. Otworzył oczy i spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- Pizzę? Wchodzę w to. Będę miał u nich stuprocentową frekwencję. Tych pierwszych pozostanie mi zignorować. Niejeden zazdrości mi urody★ - sparkle, sparkle. Widzieliście tę aurę gwiazd i błysków wokół niego? To ten moment, gdy uświadamiacie sobie jak ponadprzeciętny był na tle innych ludzi. HA! Nic dziwnego, że od czasu do czasu trafił się ktoś zazdrosny.
- Podobno od tego roku ruszyła piąta klasa. Zamierzasz do niej uczęszczać? A może masz inne plany? Jak dla mnie brzmi ciekawie. Szkolne lata są najlepsze, im więcej czasu spędzę w tym budynku, tym lepiej. - przeciągnął się uznając, że przerwa w jedzeniu właśnie dobiegła końca. Sięgnął po trzecią z zapiekanek, czując że pierwszy, silny głód już minął. Rzecz jasna nie było szans, by zostawił cokolwiek niedojedzonego. Miał jeszcze sporo miejsca, które potrzebowało miłości ze strony tej genialnej bułki z serem i rozmaitymi dodatkami.



Look so good I might die

All I know is everybody loves me

Powrót do góry
 
Go down
Frey Orion Clawerich

avatar
648
#Gwiazdy Showbiznesu
Model
648


   
Wto Sie 23, 2016 7:25 am
       
Gdyby Jackdaw nagle postanowił opowiedzieć o swoim podejściu do rożnych sytuacji i zdania na ich temat, prawdopodobnie nie spotkałoby się to z żadną negatywną reakcją. Frey miał swoje własne poglądy, których prawdopodobnie również nie powinien przedstawiać światu. Gdyby ktoś nagle zechciał opowiedzieć mu o swojej pasji czy wygłosić monolog na zaznajomiony temat (zakładając, że ani jedno ani drugie nie dotyczyłoby psów) prawdopodobnie szybko by się znudził i poszedł poszukać ciekawszego zajęcia. Ewentualnie zaczekał, gdyby rozmówca rzeczywiście miał coś interesującego do powiedzenia.
O ironio trafili na takie towarzystwo a nie inne, gdzie jeden kochał kontrolę absolutną a drugi nienawidził być kontrolowany.
- Każda interpretacja jest już działalnością twórczą. - Jeden z kącików powędrował wyżej dlugiego w asymetrycznym uśmiechu. Zawsze lubił bawić się w gry słowne, jedno z lepszych zajęć, któremu poświęcał masę czasu. Szkoda, że nie zawsze trafiał się dobry rozmówca. Byli przecież i tacy, którzy gubili się już po samym powitaniu. Zdawał sobie sprawę z tego, jaką aktualnie grę prowadził i stąpał ostrożnie.
- Jeśli ktoś jest zdolny i nie chce żebyś coś zauważył, to tego nie zobaczysz. Spryt nie jest cechą każdego, ale jeśli już, to można robić z nim cuda. Mogłaby się zapowietrzyć i zaczerwienić, ale równie dobrze mogłaby skwitować twoje postępowanie krótkimi, inteligentnymi słowami. A wtedy już nie miałbyś pewności co do swojej pierwszej obserwacji. I nie ma za co. - Wiedział w jakim temacie się wypowiadał i miał w tym doświadczenie. W końcu kiedy zamykasz się na ludzi, musisz znaleźć sobie źródło rozrywki.
Może studiował, może nie. Albo po prostu poszedł w ślady rodziców i też przeglądał z nieskrywanym zainteresowaniem tumblra. Nieznane są zakątki internetu. Cieszyło go niezmiernie, że zostało to odebrane z rozbawieniem. Lubił ludzi, którzy mielk poczucie humoru podobne do jego własnego a to niestety było rzadkością. A szkoda. Uśmiechnął się pod nosem, sięgając dłonią do własnej grzywki, by palcami zaczesać ją w tył.
- Potrafisz się bawić, doceniam. - Nie interesowało go w jak szybkim tempie znikaną zapiekanki. Miał ciepło, interesującego rozmówcę i obraną w miarę wygodną pozycję. Póki co brak powodu do zażaleń. Machnął leniwie nogą, splatając w tym czasie dłonie na brzuchu. Gdyby nie ten gest, wisiałyby bezwładnie i zdecydowanie niewygodnie po bokach.
Żeby znaleźć odpowiedź na niezadane pytania, musiałby sam się o to postarać. Blondyn nie odezwał się ani słowem jedynie przez krótką chwilę zerkając z zainteresowaniem na Jackdawa.
- Zajęcia artystyczne, sama radość. Ładnie maluj, sluchaj co mówią a dostaniesz jedzenie. - Sam nie wysyłał jakichś specjalnych uczuć do tej lekcji. Nie odziedziczył talentu po ojcu, jak również niezbyt interesowało go ciągle pożywianie. Miał inne priorytety, tyle w temacie. Nawet nie zauważył, że druga zapiekanka zdążyła już zniknąć w czarnej dziurze jaką był żołądek Jackdawa.
- Szkolne lata to ponoć najlepsze lata. Masa wspomnień i tak dalej. Czy zostanę? Nie wiem, wszystko zależy od tego, czy będę miał ku temu powód. - Odpowiedział całkiem szczerze, akurat w tym przypadku nie widząc sensu w wykrętach czy innych grach słownych. Nabrał nieco więcej powietrza w płuca, by zaraz powoli je wypuścić. Słońce wciąż przyjemnie grzało, choć czułby się zdecydowanie lepiej na własnym łóżku bądź kanapie. Byly wygodne, więc cóż. Towarzystwa by nie zmieniał, bo na chwilę obecną było idealne.
Powrót do góry
 
Go down
North 'Jackdaw' Callahan

avatar
311
#Łamacz Serc
311


   
Sro Wrz 21, 2016 7:22 pm
       
Niezależnie od potencjalnych reakcji, nie miał zamiaru się nimi dzielić. W sumie nie żeby było to coś nowego. Nie pamiętał kiedy ostatnim razem komuś udało się wdać z nim w głębszą dyskusję, w której faktycznie wyrażał własne zdanie. Obserwator, słuchacz? Jak najbardziej. Doskonale sprawdzał się w obu rolach, które miały na celu zbieranie informacji na temat innych. Praktycznie nigdy jednak nie doradzał. Nie lubił tego robić i nie rwał się do pomocy. Bywały momenty, gdy ktoś tego od niego oczekiwał, rzadko kiedy odpowiadał jednak na podobne oczekiwania, uznając to za zbyt duże nagięcie własnego charakteru. W ostateczności ktoś mógł usłyszeć poradę rodem z Bravo czy innej tandetnej gazety. Była ona jednak z reguły na tyle użyteczna, by następnym razem ludzie odpuszczali sobie na zbytnie dręczenie go.
"Każda interpretacja jest już działalnością twórczą."
Skoro tak twierdzisz.
Nie odpowiedział w żaden sposób, skupiając się na swojej zapiekance, jednocześnie robiąc z niej powód, dla którego nie mógł odpowiedzieć.
Tą samą taktykę zastosował zresztą przy jego kolejnej kwestii, w której chłopak wypowiadał się jakoby miał duże doświadczenie. Postanowił więc zostawić temat w spokoju mrucząc coś co mogło zostać odebrane jako 'masz rację', niespecjalnie przywiązując do tego uwagę. Gorzej odebrał fakt, że wszystkie zapiekanki właśnie mu się skończyły, choć jednocześnie szczerze mógł przyznać, że się najadł i nie odczuwał w tym momencie większego głodu.
- Potrafisz mnie docenić, to też doceniam. - odpowiedział z olbrzymim trudem zmuszając się do wytarcia palców w chusteczkę. Tyle marnotrawstwa. Ledwo udało mu się powstrzymać, przed oblizaniem ich, wiedział jednak że musi zachować odpowiedni wizerunek. Nawet jeśli chłopakowi mogłoby to całkowicie nie przeszkadzać, takie drobne elementy dość mocno wpływały na ostateczną ocenę.
- Zajęcia artystyczne... obawiam się, że moja zdolność rysunku ogranicza się do patyczaków. Jak podchodzą do wynajmowania innych, by robili to za ciebie? - zapytał żartobliwie. W rzeczywistości, nie było go stać na podobne usługi. Chyba, że zapłaciłby ewentualnym chętnym swoim towarzystwem, co biorąc pod uwagę fakt, kim był, było dość prawdopodobne.
- Masz już powód. - powiedział pokazując na siebie palcem. Młody, a bezczelny, co się dzieje z tym światem? Zamachał nogami w powietrzu i przeciągnął się ziewając. Szczęśliwy, najedzony. Teraz jeszcze drobna drzemka i będzie musiał udać się na miasto, by znaleźć kogoś od kogo wyciągnie pieniądze na ciuchy, na rozpoczęcie. Nie mógł się w końcu pojawić w byle czym.
- Chcesz mój numer telefonu? Mam też instagrama, jeśli cię to interesuje. - zapytał w końcu, dorzucając do puli własnej bezczelności. Zamiast zapytać o jego numer, oferował mu własny, tym samym pozostawiając decyzję Reitzowi. Sam nie będzie musiał się kłopotać dzwonieniem do kogoś, kto może nie odebrać od niego połączenia. Zrzuci to na drugą osobę. Jednocześnie, według biorących jego numer, mogło to uchodzić za gest dobrej woli, w której to im pozostawiał decyzję o dalszych kontaktach.
Dwie pieczenie na jednym ogniu?
Cały Jackdaw.



Look so good I might die

All I know is everybody loves me

Powrót do góry
 
Go down
Frey Orion Clawerich

avatar
648
#Gwiazdy Showbiznesu
Model
648


   
Czw Wrz 22, 2016 8:10 pm
       
Nie oceniał nikogo. W środowisku, w którym przebywał, rzadko zdarzało się, by ktoś zrobił coś wartego krytyki Reitza. Inaczej mówiąc, wszyscy ci ludzie z bogatego świata byli zwyczajnie nudni. Odnosiło się to również do atencyjnych panienek, które były gotowe podstawić nogę najlepszej przyjaciółce, byleby tylko spędzić z nim, choć odrobinę czasu. W pewnym stopniu było to zabawne, jednak nie na dłuższą metę. Gdyby wymyśliły nowe sposoby, może zwróciłby na to uwagę, na razie niestety nic na to nie wskazywało.
Cień niezadowolenia przez krótką sekundę zawitał na licu Reitza. Nigdy nie lubił niepotrzebnie się produkować, jeśli nie miało to uzyskać odpowiedzi ani zostać skomentowane w żaden sposób. Nie powiedział jednak niczego, uznając, że tym razem może sobie darować. Niezadowolenie zniknęło jeszcze szybciej, niż się pojawiło, ustępując miejsca neutralnemu wyrazowi. Zapamiętać, by następnym razem ograniczać się do krótszych wypowiedzi. Machnął pojedynczo nogą, zaraz wsuwając jedną z dłoni pod materiał bluzy, by chwycić własny bok. Kontrast temperatur pozwolił mu nieco odgonić senność, a przynajmniej na obecną chwilę.
"Potrafisz mnie docenić, to też doceniam"
Nie odpowiedział, nie widząc podobnej potrzeby. Ograniczył się jedynie do drobnego uniesienia kącika ust. W tym momencie nawet nie patrzył na rozmówcę, ze względu choćby na przymknięte oczy. No i obserwowanie kogoś podczas jedzenia też było ciut dziwne. W każdym razie Jackdaw mógł się spokojnie oblizywać, nikogo dookoła nie było.
- Próbowałem, raczej kiepski pomysł. Rysowanie po prostu nie jest dla każdego. - Sam był przypadkiem kompletnego braku talentu w tej kwestii. W przeciwieństwie do ojca, którego praca przecież polegała na ciągłym rysowaniu. Swego czasu próbował to robić, ale to zajęcie nie zaszczepiło w nim pasji ani nie sprawiało żadnej radości. Cóż, miał swoje gry, kartka i ołówek były zbędne.
"Masz już powód."
Uchylił powiekę, coby spojrzeć z zaciekawieniem na Jackdawa.
- Oh? Chyba nie czuję sie do końca przekonany. To dość trudny zabieg. - Odparł mrukliwym tonem, przyozdabiając wypowiedź w drobne wyzwanie. Wysunął rękę spod bluzy, przenosząc ją do kieszeni spodni i podobnie czyniąc z drugą. Ponownie przymknął oko, nie chcąc narażać wrażliwej tęczówki na światło słoneczne. Miał dobry wzrok, nawet pomimo nocnego grania, jednak przyzwyczajony do ciemniejszych miejsc, reagował bólem oczu na tak upierdliwe słońce.
- Chcę, ale właśnie podpisujesz umowę, nie zwracając uwagi na drobny druczek. - Wykrzywił usta w równie bezczelnym uśmiechu, bo Jackdaw jeszcze nie wiedział, na co się pisze, dając Reitzowi swój numer. Jeszcze będzie rzucał w jego kierunku życzenia nagłej i bolesnej śmierci. - I nie omieszkam zaobserwować. - Dodał po chwili, poprawiając się nieco na murku. Nie potrzebował wiele, jednak dłuższe leżenie w jednej pozycji na twardym betonie mimo wszystko wymagało ruchów poprawiających ułożenie.
I nagle przypomniało mu się, że miał umówioną wizytę u weterynarza ze swoim stadkiem. Od razu podniósł się z murka, przez chwilę rozglądając na boki z rozkojarzeniem.
- Wybacz, muszę się zbierać. - Mruknął tylko, wyciągając z kieszeni spięte gumką recepturką drobne karteczki, spośród których odszukał swój numer telefonu i podał rozmówcy. Machnął jeszcze ręką, pożegnał się kilkoma słowami i wolnym krokiem ruszył w stronę swojego apartamentu.

z/t
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Mar 22, 2017 5:30 pm
       
-Chłopaki proszę, nie dzisiaj.
Pogoda w Vancouver nie była dziś zbyt ciekawa, czarne chmury unoszące się nad miastem nie przepowiadały nic dobrego. W taki właśnie szary dzień pewien blondyn stał tuż obok bramy otoczony przez trójkę jego szkolnych kolegów i błagalnym tonem prosił ich o zostawienie go w spokoju.
Ów nastolatek to Yoahim Sørensen drugoklasista, który miał, krótko mówiąc, „przerąbane”. Nastolatek skończył właśnie swoje zajęcia i miał zamiar wrócić do swojego akademika, gdy został dość brutalnie zatrzymany. Jego oprawcy najwyraźniej nie zamierzali odpuścić piegusowi i jeden z nich szybkim ruchem przywarł go do muru. Siedemnastolatek schylił głowę, aby uniknąć kontaktu wzrokowego.
Błąd.
Najwyższy z całej trójki błyskawicznie chwycił go za twarz i uniósł ją tak, aby Yoahim był zmuszony do patrzenia na niego.
-Co ty? Próbujesz się chować? - chłopak zaśmiał się, po czym wymierzył w blondyna prawy sierpowy.
Piegus upadł pod wpływem ciosu. Czuł silny ból w uderzonym miejscu, na szczęście jego zęby nie ucierpiały. Spojrzał w górę. Trzy postacie zdecydowanie nie miały zamiaru poprzestać na jednym ciosie.
Powrót do góry
 
Go down
Alex Wright

avatar
193
#Mieszkaniec Riverdale City
Mieszkaniec
193


   
Pią Mar 24, 2017 10:56 pm
       
Dzień nie zapowiadał się jakoś zarąbiście. Wright miała wręcz wrażenie, że będzie on beznadziejnie nudny. Nawet pomimo jej planów. Tę myśl tylko potęgowała fatalna pogoda. Była ona zaskakująco paskudna. Ech, aż się z łóżka się nie chciało wstawać. Jednak każdy ma jakieś tam swoje sprawy do załatwienia, prawda? Alex też je miała, a to musiało spowodować, że w końcu zwlekła się z łóżka i ogarnęła. Nie zajęło jej to dużo czasu. Po tym zwyczajnie ruszyła ze Roverem na spacer. Oczywiście nie miał być to zwyczajny spacer. Amerykanka wzięła swój plecak z rzeczami na zmianę, kij baseballowy i kilka innych pierduł. I nie, nie miała zamiaru iść do szkoły. Ona jest dla frajerów, a nie typów pokroju Alex.
Pograła do popołudnia ze znajomymi, pomimo kiepskiej pogody. Ważne, że nie padało, bo w takim wypadku musiałaby zostawić psiaka w pokoju, a tego nie lubiła robić. W tym czasie, gdy ona grała, Rover zajmował się sobą. Biegał po okolicy, kopał dziury, węszył lub odpoczywał w bezpiecznej odległości, przyglądając się jak jego pani gra. Jednak przyszedł czas powrotu, a że Wright musiała przejść obok bramy do szkole to natrafiła na dość typową scenę znęcania się trzech debili nad Yoahimem. Przystanęła, przyglądając się z pewnej odległości całemu zajściu. Już na pierwszy rzut oka było widać to, że blondyn nie radzi sobie z dręczycielami. W sumie już miała sobie iść, w końcu nie jej sprawa, nie? Nie przepadała za tym chłopakiem. Niby nic wielkiego jej nie zrobił, ale cóż, wpadł na nią, gdy była nie w sosie. Ale, ale coś ją tknęło. Co to było? Może to było pełne wyrzutu spojrzenie Rovera? A może dźwięk upadającego ciała? A może jakaś myśl, która przebiegła jej przez myśli? Alex pewnie nie odpowiedziałaby co ją do tego skłoniło. Westchnęła cicho, a po chwili bluzgnęła tylko pod nosem. Splunęła na ziemie i z robiła z dwa kroki w stronę czwórki chłopaków. Mimo wszystko zachowała pewną odległość. Amerykanka nie była głupia i nie miała zamiaru się wystawiać od razu całej trójce.
- E, dupki, zostawcie go. To mój frajer do bicia. Nie lubię jak ktoś dotyka moich własności bez pytania i pozwolenia. Nie nauczono was, że nie swoich łamag się nie dotyka? To nieładnie... - zawołała, sięgając ręką do tyłu po kij baseballowego, który wystawał jej z plecaka. Cóż, miała go dziś tylko użyć do gry, ale jak widać może się jej jeszcze przydać do czego innego... Rover, który stał tuż obok niej stanął w pozycji obronnej, zwieszając lekko łeb, jeżąc się nieco, a z jego gardła wyrwał się ostrzegawczy warkot. Jego ślepia bacznie obserwowały młodziaków. Sama Amerykanka była spokojna. Nie było od niej czuć choćby odrobiny strachu. Ba, na jej obliczu malowała się pewna obojętność. Byle gnojką nie da się wystraszyć.
Powrót do góry
 
Go down
Mistrz Gry

avatar
132
#Mistrz Gry
Twój największy koszmar
132


   
Pon Wrz 25, 2017 8:35 pm
       
Trudno opisać zamęt, który zapanował po tym, jak Monica Tremblay popełniła samobójstwo. Ludzie dosłownie oszaleli. Wpadli w totalną panikę, głównie rodzice, matki obawiające się o życie swoich dzieci. Jak to się stało, jak mogło do tego dojść? Nikt nie wiedział. Albo wszyscy wiedzieli, tylko jakoś do tej pory nikt nie zdawali sobie z tego sprawy. Albo nie chciał sobie zdawać sprawy. Tak czy inaczej szkoła miała poważny problem. Od momentu, kiedy straszna prawda wyszła na jaw, przed dziedzińcem zaczęły się ustawiać tłumy ludzi. Modlili się, płakali, krzyczeli, skandowali hasła. Powstrzymywał ich kordon policyjny, niedopuszczający do tego, aby doszło do większych zamieszek. Dyrektor Cadogan próbował raz porozmawiać z tymi ludźmi, jednak ich reakcja była jednoznaczna. Nie chcieli go widzieć na oczy, a jeśli już, to tylko po to, aby dokonać linczu. Szkoła i tak miała sporo swoich problemów. Miejsce miało postępowanie, mające wyjaśnić jak doszło do tego, że Monica Tremblay została zmuszona do ostateczności i skoczyła z dachu szkoły. Jak w ogóle mogła się tam dostać? Czemu nikt jej nie zatrzymał?
Wyszło już na jaw, że Robert Myhall, chłopiec wymieniony w liście Moniki chodził do czwartej klasy A i miał tendencję do gnębienia uczniów klasy B. Okazuje się, że nie on jedyny. Wielu uczniów, przestraszonych tym co się wydarzyło, zaczęło przyznawać, że podobne zdarzenia często mają miejsce. To sprawiło, że wiele organizacji zwalczających gnębienie w szkole zwróciło swoją uwagę na Riverdale i dokonują swego rodzaju bojkotu. Gazety również szumnie się o tym rozpisują, a szkoła walczy o to, aby zachować twarz. Trudno powiedzieć, kto wygrywa w tym sporze.
Jedno jest pewne, dostęp do szkoły jest znacznie utrudniony. Przed wejściem codziennie stoją tłumy: rodzice, policja i dziennikarze. Najbardziej tracą chyba uczniowie, którzy muszą uczyć się w takich warunkach, kiedy ledwo mogą wejść do budynku. Marny to początek roku dla Riverdale.
Powrót do góry
 
Go down
[MG] Hurricane

avatar
2996
#Mieszkaniec Riverdale City
Korespondent Wojenny
2996


   
Sro Wrz 27, 2017 2:54 am
       
Ten wieczór, jak i wiele poprzednich, Harvey spędzał z jedną ze swoich kochanek. Elisabeth. Ktoś nowy. Ktoś, kogo fotograf nie zdążył się jeszcze nauczyć i kim jeszcze się nie znudzić. Ciemnoskóra piękność o idealnie zaokrąglonych biodrach i z burzą niesfornych loków na głowie. Choć tego dnia każde z nich wzięło już to, czego chciało, a mężczyzna zdążył już prawie całkiem się ubrać to zdecydował, że poczeka, aż jego nowa muza wróci spod prysznica. W tym czasie chciał dopić whisky, dopalić papierosa... Pożegna się i wróci do swojego apartamentu, zostawiając piękną Elisabeth samą w ciepłej, pachnącej orientalnymi perfumami pościeli. Ale jeszcze nie teraz. Stał opierając się biodrem o ścianę i wyglądał przez okno. Ktoś powiedziałby, że patrzył w dal z zamyśleniem albo ze spokojem, prawda jednak była inna. Harvey spoglądał na świat ze znudzeniem. Chwile uniesienia minęły, adrenalina również stała się odległym echem. Wodził wzrokiem po ulicach, przechodniach, próbował układać z zapalonych światłach w lokalach naprzeciwko znajome konstelacje gwiazd. Myślał o tym, że nic go nie zaskoczy. Nie w tym miejscu, nie w domu. Zapomniał, że to właśnie brak przygotowania jest najlepszym wabikiem na kłopoty.

Jego uwagę przykuł ruch w miejscu, w którym przed chwilą była jedynie ciemność. Dach. Co to było? Chyba jakaś szkoła... Mała jaśniejsza smuga na tle czerni. Czy to jakiś pyłek na okiennej szybie inaczej rozpraszał światło? Nie. Robotnicy? O tej godzinie? W pierwszej chwili sam uwierzył w tę wersję i pełna świadomość tego, co właśnie zobaczył dotarła do niego później niż instynktowny odruch. Dosłownie rzucił szklankę z alkoholem i wciąż żarzący się niedopałek na parapet i pobiegł w głąb pokoju. Telefon! Aparat! Poczuł, że serce znów uderza w jego piersi ze zdwojoną siłą.
Nie miał czasu do stracenia! Błogosławił przypadek, który sprawił, że tego dnia grą wstępną jego i Elisabeth było robienie zdjęć. Dzwonił na pogotowie drugą ręką włączając aparat. Wtedy pierwszy raz dotknęła go do żywego parząca myśl, którą natychmiast zmiażdżył raz za razem naciskając spust migawki: powinien spróbować tego kogoś uratować. Obiecał sobie, że zrobi trzy serie z różnymi kadrami i z różnym przybliżeniem i pobiegnie. Przecież zrobienie zdjęcia trwa ułamek sekundy. To tylko pięć ułamków sekundy pomnożone przez trzy. I właśnie łączył się z pogotowiem! Już pod koniec drugiej serii zaprzepaścił szansę. Jej szansę.
Zaklął i biegiem rzucił się do wyjścia, po drodze łapiąc kurtkę i buty.
Wrócę! – krzyknął i wypadł z mieszkania nawet nie zamykając za sobą drzwi. Zbiegając z piątego piętra i przeskakując po dwa schody i później, gdy pędził przez puste uliczki wciąż miał w głowie zapętlony jak na zdartej płycie dialog z samym sobą. Straciłeś za dużo czasu. Gdybyś nie brał aparatu... Nie. Nie zdążyłbyś. To nieważne. Miałeś tylko parę sekund. Nie miałeś czasu. Ale powinieneś spróbować. Nie zachowuj się jak nieczuły palant bez serca, który umywa ręce. Nie zdążyłbym, miałem tylko parę sekund. Poza tym to nie moja sprawa. Ja to tylko utrwalam. I tak powinienem spróbować. Powinienem się drzeć, to tylko parę przecznic, może by usłyszała. Nie, bez różnicy, za mało czasu.
Wydawało mu się, że na miejsce dotarł w parę sekund, ale po drodze zdążył podać dyspozytorowi adres i opisać zdarzenie. Chociaż poproszono go o pozostanie na linii do przyjazdu karetki, rozłączył się.
Przy budynku szkoły nie był pierwszy, bo kręciło się już tam ze trzech przechodniów, w tym jeden z nich wymiotował na trawnik parę metrów dalej. Fotograf zignorował obecność innych ludzi i robił zdjęcia, wciąż trzeźwo zachowując bezpieczną odległość paru metrów od ciała. I właśnie – ciała. Już od pierwszego spojrzenia mógł ocenić, że dziewczyna nie żyje.
Po paru momentach na miejsce zbiegło się więcej ludzi, w tym uczniów, więc dał spokój i odsunął się jeszcze dalej. Już i tak miał to, co było kluczowe, nie mógł narażać się na gniew kogoś, kto poczułby się obrażony brakiem poszanowania dla samobójcy i wyrazem rażącej brawury. Nie chciał mieć zniszczonego aparatu, nie chciał być zauważony.
Z czasem tłum rósł, a Harvey wycofywał się i znów wracał na przód, na fotografiach utrwalając reakcje młodzieży ze szkoły, personelu i przypadkowych gapiów. Pogotowie pojawiło się w przeciągu paru chwil, kazało odejść obserwującym na skraj trawnika, a policja, która przyjechała zaraz potem odgrodziła teren aż od bramy. Fotograf schował swoje narzędzie pracy do kieszeni kurtki tuż przed przyjazdem służb, ale nadal pozostawał na miejscu. Nie czuł zimna, chociaż wybiegł nie zabierając koszuli.
Słyszał wiele komentarzy, nawet zaczepił go jakiś podstarzały, kryjący strach pod wymuszoną pewnością siebie mężczyzna i kazał przyjść do dyrektora szkoły. Harvey mruknął 'jasne' i wyminął parę osób mieszając się z tłumem – z perspektywy zaczepiającego go intruza dosłownie znikając wśród ludzi. Domyślił się, że chodziło o zdjęcia... ale które? Kiedy go zobaczyli? Co chcieli? Uznał, że zostanie na miejscu jak najdłużej. trzymając rękę na pulsie wydarzeń, ale będzie uważniej się rozglądać, aby uniknąć ponownego spotkania z kimś, kto potencjalnie miał świadomość, jaką wiedzą Harvey dysponuje.
Obserwował i słuchał, jednocześnie stawiając czoła własnym myślom. Czy ci wszyscy ludzie staliby z nim ramię w ramię, gdyby wiedzieli, co widział i jakich wyborów dokonał? Szag. Nigdy nie sądził, że znajoma z frontów walka poczucia winy z przekonaniem o konieczności pozostania neutralnym dopadnie go tu, w jego mieście. Chociaż... nawet w takiej chwili udawało mu się zachować upiorny spokój – nie złościł się pomimo tego, że nie umiał trwale zagłuszyć niewygodnego poczuwania się do odpowiedzialności.
Powrót do góry
 
Go down
James Cadogan

avatar
53
#
Postać Specjalna
Dyrektor Riverdale
53


   
Nie Paź 01, 2017 1:53 pm
       
Z perspektywy czasu trudno byłoby mu zrekonstruować wydarzenia z tego dnia. Pamiętał tylko, że jak to miewał w zwyczaju, został do późna w pracy. Dom już dawno przestał być dla niego atrakcyjną przystanią, do której wracałby z utęsknieniem i poczuciem ulgi, że udało się odbębnić godziny robocze. Nie, dla niego domem było Riverdale i niewiele brakowało, żeby kazał do swojego gabinetu przynieść łóżko, na którym mógłby zmarnować kilka godzin na sen. Zawsze jednak dochodził do wniosku, że to byłoby bardziej szkodliwe dla niego i jego zdrowia, a on musiał pozostać w pełni sił, jeśli chciał odpowiednio zarządzać tą placówką.
W pewnym momencie zadzwoniła jego sekretarka. To nie było wielkie zaskoczenie. Nawet o tej godzinie była cała masa spraw do załatwienia, skonsultowania i umówienia.
- Dyrektorze, mamy problem - te słowa także nieszczególnie go poruszyły. Zawsze był jakiś problem i okazywało się, że jego pracownicy są bandą zdezorganizowanych pingwinów, które nie potrafią załatwić najprostszej sprawy bez jego udziału w tym. Czasem miał ochotę ich wszystkich zwolnić.
Kiedy jednak usłyszał informację o tym, że pod jego szkołę jadą pogotowie i policja, a coraz większy tłum zbiera się wokół zwłok zmarłej dziewczyny, która skoczyła z dachu, pierwszy raz od bardzo dawna zaniemówił. Zazwyczaj zawsze umiał coś odwarknąć, a potem ze złością sam załatwiał sprawę. Teraz jednak wszystkie konsekwencje tego zdarzenia pojawiły się w jego głowie i sprawiły, że nagle dopadło go ogromne zmęczenie. Szkoda, że nie ma tego łóżka w gabinecie, mógłby się położyć, odpocząć. Powieki wydawały się same zamykać.
W tym momencie cisnął słuchawką o biurko, a potem chwycił telefon, wyrwał go z kontaktu i z furią cisnął nim po podłogę.
- Obyś nie żyła mała suko, bo jak mi Bóg miły, sam cię dobiję - warknął tylko, a potem szybko się zebrał, założył marynarkę i wyszedł ze swojego biura. - Chodź - polecił sekretarce i ta poleciała za nim, jakby budynek się palił.
Po drodze zrelacjonowała mu wszystko, łącznie z trudnymi do zrozumienia wyjaśnieniami ochroniarza, który pozwolił samobójczyni wejść na teren szkoły i dostać się na dach. Cadogan kazał go zwolnić i zrujnować mu życie, tak jakby właśnie mówił, że ma mu zaparzyć podwójne espresso.
- Jest jeszcze coś - wydukała sekretarka. James zatrzymał się i wbił w nią mordercze spojrzenie, które jasno sugerowało, że jeśli zaraz nie otrzyma wyjaśnień, to szkołę opuszczą dwie pary zwłok. - F-fotograf. Ochroniarz mówił, że był fotograf. Zrobił zdjęcia... ciała - wytłumaczyła pośpiesznie.
Cadogan po raz kolejny tego wieczoru wpadł w furię.
- No to niech go łapie do kurwy nędzy, czy ja mam tu myśleć za was wszystkich?! - ryknął na nią, nie przejmując się w tej chwili tym, ze ktoś mógłby usłyszeć jak przeklina. I tak miał sporo problemów na głowie, jeden więcej mu nie zaszkodzi.
Sekretarka pobiegła, aby poinstruować ochroniarza, a Cadogan pewnym krokiem ruszył dalej. Przed samym wyjściem ze szkoły się zatrzymał. Zmierzwił sobie włosy, przekrzywił okulary, a następnie wybiegł przez drzwi zdyszany.
- Przepraszam! Przepraszam, jestem dyrektorem tej szkoły. Proszę mnie przepu... O Boże! O Jezu Chryste! Czy ona...? O Matko Boska - zasłonił usta, udając ciągnięcie na wymioty. Zaraz potem zaczęły się standardowe rozmowy z policją. Nie, nic o tym nie wiedzieliśmy. Tak, udzielimy wszelkiej niezbędnej pomocy. Oczywiście, rozumiemy że trzeba zamknąć ten teren. Tak, oczywiście, tak, biedne dziecko, nie, nic nie wiedziałem, tak, okropna sprawa.
Kiedy już wykonał perfekcyjnie swoją rolę, wrócił do budynku i wziął głęboki wdech. Wtedy podeszli ochroniarz z sekretarką. Fotografa nigdzie nie było widać. Cadogan wbił w mężczyznę nienawistne, ale pytające spojrzenie. Ochroniarz, imieniem Paul, przełknął głośno ślinę i zatrząsł się.
- J-ja... no... powiedziałem mu... powiedziałem, że ma przyjść. Ale on.... - spuścił wzrok.
Cadogan westchnął i stał chwilę z ciszy. Potem chwycił ochroniarza za fraki i wyciągnął go ze szkoły na zewnątrz.
- Gdzie on jest?
Paul rozglądał się bezradnie po tłumie. Nie umiał go zlokalizować.
- Posłuchaj mnie Paul - Cadogan mówił z lodowatym spokojem. - Wziąłeś ostatnio kredyt, prawda? Nowy samochód, remont mieszkania, wysłanie córki na studia. Byłoby przykro, gdyby twoje plany zostały zrujnowane przez... no nie wiem, zwolnienie z pracy i obarczenie winą za samobójstwo dziewczyny w szkole. A może znalazłoby się coś jeszcze. Pamiętasz, jak przed zatrudnieniem tutaj handlowałeś prochami? Bo ja pamiętam. Jakaś niewinna informacja mogłaby...
- WIDZĘ GO! Tam jest! Jest tam! Stoi! Stoi tam! To on, on tam stoi! - wył ochroniarz, cały spocony i niemal zapłakany. Cadogan go puścił, a ten upadł na ziemię.
Dyrektor przeciskał się przez tłum, który nie zwracał na niego uwagi, zaaferowany tym co się stało. Kiedy dotarł do mężczyzny wskazanego przez ochroniarza, stanął tuż przed nim, tak aby skupić na sobie całą jego uwagę.
- Witam, jestem James Cadogan, dyrektor Riverdale. Zechciałby pan udać się ze mną do mojego gabinetu? Jest pewna pilna sprawa, którą chciałbym z panem omówić - wskazał ręką kierunek, w którym mieli się udać. Głównym wejściem raczej się już nie dostaną, ale bokiem, tak żeby nikt ich nie zauważył, już owszem. Najlepiej szybko, zanim zjedzie się prasa.
Powrót do góry
 
Go down
[MG] Hurricane

avatar
2996
#Mieszkaniec Riverdale City
Korespondent Wojenny
2996


   
Nie Paź 01, 2017 3:23 pm
       
Obiecał sobie, że ulotni się jak tylko przyjadą ekipy gównojadów z mediów. Jego obsesja co do pozostania anonimowym już dawno niewygodnie zaczęła uwierać, wiedział, że musiał w porę się zmyć. I oto przegapił tę odpowiednią porę. Cudownie. Kurwa.
Charles podniósł spojrzenie na mężczyznę i już wiedział, z kim ma do czynienia, pomimo tego starał się zapamiętać jego imię i nazwisko.
Pewna pilna sprawa? Sukinsynu. Jak zgrabnie to ująłeś. Nie na rękę ci ten wypadek, co? Z takim rozmysłem się ubezpieczasz. Gdyby zabiła się w szkole, zamiótłbyś sprawę pod dywan?
Kiwnięciem głowy wskazał, aby mężczyzna prowadził. Milczał, ale jego mimika jak zwykle w takich sytuacjach zdradzała myśli, oddając całą zimną pogardę, jaką w tej chwili czuł wobec dyrektora. Domyślił się, że chodzi o zdjęcia, że ten cały Cadogan chce się chronić. Pewnie w innych okolicznościach nie widziałby w tym nic złego, a nawet poparłby takie działanie, ale tym razem fotografa uderzył sposób, w jaki mężczyzna zaprosił go na rozmowę.
Chociaż brał pod uwagę zerwanie się dobiegu i ucieczkę, ale ciekawość i fakt, że wyczuł możliwość dobicia interesu na razie zatrzymywały go na miejscu. Włożył aparat głębiej do kieszeni jakby to mogło pomóc w zabezpieczeniu karty pamięci przed utratą zawartości. Szedł z lekko zaciśniętymi ustami, w myślach przepracowywał możliwe wersje rozmowy, która ma nastąpić.
Powrót do góry
 
Go down
James Cadogan

avatar
53
#
Postać Specjalna
Dyrektor Riverdale
53


   
Nie Paź 01, 2017 7:29 pm
       
Trudno było nie zauważyć niezbyt przychylnego podejścia do jego osoby ze strony fotografa. Cóż, James żywił podobne uczucia w drugą stronę, ale na szczęście on miał wypracowaną mimikę, do czego zmuszał do zawód. Zawsze musiał umiejętnie kontrolować swoje emocje, a i tak dwa razy już dał się dzisiaj ponieść.
Zaprowadził gościa do budynku, potem schodami w górę, jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz, długi korytarz, skręt w prawo i już jesteśmy na miejscu. Sekretarka spojrzała na nich z lekkim przerażeniem. Uśmiechnął się do niej lekko. Wiedziała, że to zły znak.
- Napije się pan czegoś? Dla mnie kawa, mocna jeśli łaska. Zapraszam do gabinetu - otworzył drzwi i poczekał aż gość wejdzie.
Na podłodze wciąż leżał zniszczony telefon. Może to i lepiej, bo pewnie miliony osób chciały się z nim teraz skontaktować. A tak mógł spokojnie usiąść, oprzeć ręce na blacie biurka i westchnąć głośno.
- To ciężki dzień, a czeka mnie jeszcze wiele cięższych rozmów, więc nie będę owijał w bawełnę. Chodzi o zdjęcia, które pan wykonał. Wiem, ze sfotografował pan tę biedną dziewczynę. Cóż za tragedia. Nie wiem czy miał pan styczność z mediami, ale ja owszem i wiem jak to się skończy. Dla tych hien nie ma świętości, zbezczeszczą każdą sprawę, byle wywołać sensację, zwłaszcza jeśli będą mogli mi się dobrać do dupy, wybaczy pan słownictwo. Chodzi mi o to, że wiele osób będzie chciało wykorzystać to przykre zdarzenie jako argument przeciwko mnie i mojej szkole. Pan ma dobrą amunicję do tego. Ja chciałbym, aby sprawa została rozwiązana sprawiedliwie z szacunkiem dla zmarłej oraz jej rodziny, bez niepotrzebnego robienia z tego sensacji. Biedacy i tak się nacierpią. Dlatego też jestem gotów odkupić od pana te zdjęcia.
Propozycja była jasna i klarowna. Jeśli gość był fotografem, otrzyma swoją zapłatę za pracę. Jeśli nie, to może i lepiej, bo potraktuje to jako dodatkowy bonus. Tak czy inaczej zyska na tym i to sporo.
James wbił w fotografa wyczekujące spojrzenie.

[z/t -> pokój dyrektora]
Powrót do góry
 
Go down
Sponsored content

#


   
       
Powrót do góry
 
Go down
 
Obszar przy bramie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
     Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Obszar przy bramie
» Północna część obozowiska przy Krwawej Bramie
» Płacząca wierzba przy stawie
» Stolik przy oknie
» Lvl up i ewolucje

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: