IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Dom dr Inghram

Zobacz poprzedni temat
 
Zobacz następny temat
 
Go down
 
Chester Ó Heachthinghearn

avatar
422
#Plotkarz
422


   
Sob Mar 05, 2016 12:13 am
       
Parter (najważniejsze):
 

Ja tutaj dodam jakiś pinkny opis, ale na razie mi się nie chce.


Ostatnio zmieniony przez Chester dnia Wto Lip 12, 2016 11:44 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sob Mar 05, 2016 1:16 am
       
Trudno powiedzieć, dlaczego Shane zgodził na coś tak abstrakcyjnego i jednocześnie, a może przede wszystkim ekstremalnego, jak dotrzymywanie towarzystwa Chesterowi przez weekend. Jakby znoszenie go na szkolnych korytarzach nie było wystarczającym powodem do rozpaczy. Unikanie go szerokim łukiem powoli wchodziło indywidualiście w nawyk bo zdarzało się coraz częściej. Miał dosyć głupich zaczepek i tanich prowokacji, a plotkarz, na jego nieszczęście, był królem takich zagrywek, ciosów poniżej pasy, etc.
Opieka nad nim przyjęła formę żmudnego akceptowania jego kaprysów i radzenia sobie z fochami, a raczej ich ignorowaniu. Umówmy się, Littenbergowi pokłady cierpliwości kończyły się zaskakująco szybko w stosunku do tego konkretnego człowieka, dlatego zamiast go prosić i błagać, żeby zmienił swoje nastawienie i w końcu zachowywał się jak przystało na ich wiek, po prostu zamykał się w swoim świecie, ucząc się, co nie raz mu utrudniano, czy to puszczeniem muzyki na cały regulator, czy absurdalnie wręcz nachalnymi próbami zwrócenia na siebie uwagi. Shane musiał przyznać Chesterowi jedno, wszystko co robił, było efektywne i teatralne, a granie na nerwach opanował do perfekcji, niestety albo stety wąska tolerancja bruneta była iście ograniczona. Po jednej godzinie spędzonej z tym osobnikiem miał dość reszty dnia. Wrażenie, że wszystkie siły witalne go opuściły i najchętniej przewróciłby się, zasypiając, pogłębiało się z minuty na minutę, a to przecież dopiero początek. Zaraz zacznie się narzekanie, rzucanie talerzami, udawanie niezależnego albo zgoła coś innego. Trudno było rozgryźć zachowanie Heachthinghearna. Był bombą atomową z opóźnionym zapłonem, która mogła w każdej chwili eksplodować. W najmniej oczekiwanym momencie, rzecz jasna. Jego nieprzewidywalne zachowanie dostarczało Shanowi rozrywki, choć nigdy nie przyznałby tego na głos. I to chyba był jedyny powód, dlaczego pojawiał się przed znajomymi drzwiami.
Chester. — Wypowiedział wyraźnie imię chłopaka, by nie zostać doszczętnie zignorowanym, choć wiedział, że to może nie wystarczyć. Miał do czynienia z wyjątkowo upartym osobnikiem. — Za dwie godziny masz rehabilitacje, więc miło by było, gdybyś zaczął w końcu ze mną współpracować. Nie gryzę. Jeszcze nie, ale mogę zacząć w każdej chwili, jeśli się nie ruszysz.
Zlustrował sylwetkę chłopaka pogrążoną w śnie. Jasne, że udawał. Przerabiali to już tyle razy, że Shane nie miał żadnych złudzeń. Pewnie trząsł się ze śmiechu, uważając, że testowanie czyjeś cierpliwości jest zabawne. Bardzo. Pod warunkiem, że ten ktoś znał się na żartach. Littenebrg nie zaliczał się do tego grona. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziły specyficzne dowcipy Chestera. On sam w sobie był w całości specyficzny i trudny w obyciu. Totalna katastrofa.

/ ulokowałem twojego bohatera, więc krzycz jak ci to nie pasuje. Zmienię.
Powrót do góry
 
Go down
Chester Ó Heachthinghearn

avatar
422
#Plotkarz
422


   
Sob Mar 05, 2016 11:46 pm
       
Czy to była dobra forma rozrywki? Tak. Czy pożyteczna? Niekoniecznie. Choć co Chestera to może obchodzić, jeżeli on ładuje się frustracją Littenberga?
- Jak mnie ugryziesz, to to nie będzie kara. - warknął cicho, udając, że jeszcze nie wyspał się, więc w związku z tym narzucił na głowę wielką poduszkę, choć w rzeczywistości zasnął w piątek o wiele wcześniej, żeby teraz Shane pozmagał się ciut z jego widzimisię. Teoretycznie się ruszył choćby o centymetr przy gimnastyce z wyciąganiem sobie poduchy spod głowy, toteż czuł się czysty, mogąc odhaczyć tę czynność z listy do zrobienia w sobotę rano. Znaczy, to było już-nie-bardzo-rano, gdyż była godzina 11:00 z groszami, natomiast panowie musieli się stawić na 13:00 w szpitalu w Vancouver, do którego jeszcze należy trafić.
I rzeczywiście, choć ton głosu miał co najmniej marudny, wskazywałby na rzekome zaspanie i wielce męczeńską niechęć do robienia czegokolwiek w ten weekend, już wiedział, że to będzie udany dzień przede wszystkim przez obecność jego, ekhem, opiekuna. Jakby wyczekując odpowiedni moment, po około minucie bardzo nudnego milczenia, które niemalże uśpiło go zaś, odrzucił na bok niebieską poszewkę z wyhaftowaną na środku foką, tym samym ukazując swój rozczochrany, tleniony łeb, który tego dnia nie miał jeszcze styczności z grzebieniem czy innym tego typu urządzeniem. Wziął za to do ręki z obdrapanym, czarnym lakierem na paznokciach tabliczkę czekolady mlecznej w opakowaniu, która dotąd mieszkała sobie we wnęce między ścianą a łóżkiem mężczyzny. Wziął kostkę w zęby, choć oczywiście lekarz zalecił mu ograniczenie spożycia cukru, po czym obrócił się wolno na plecy, gdyż jego nogi najwidoczniej tak samo jak on, nie chciały okazać minimum chęci do współpracy.
- Podaj mi jakieś trzy argumenty, dla których miałbym wstać. Tylko wybierz mądrze, bo mnie nie uniesiesz. - mówiąc i jednocześnie mieląc w ustach czekoladę, oblizał się, wzrokiem lustrując Littenberga, któremu ponownie zafundował łamigłówkę pt. “Jak go zmusić do zwleczenia dupy z łóżka?”. - I jestem głodny.. - poskarżył się, tym razem odstawiając na bok złośliwy, przyklejony do niego uśmieszek, za to zjawił się wielki grymas i oburzenie, jakby nigdy nie odczuwał zaspokojenia takiej potrzeby fizjologicznej. Aczkolwiek istotnie, rzadko kiedy go interesowało jakieś inne źródło pożywienia, poza szafką z cukierkami i ciastkami. - I boli mnie krzyż, daj mi tabletki.
Nałóg, ból, wieczne jęczenie, nieodpowiednie żywienie, nerwowość i złośliwość, ogólne granie na nerwach - to było to, co razem z innymi czynnikami tworzącymi Chestera było mieszkanką, która dla Shane’a była nie do strawienia, a ta zaraza, co właśnie rozciągała się na materacu, aż jej kościste ręce nie wyszły za drewnianą ramę łóżka, nie miała zamiaru mu pomagać. Za cel obrał sobie dziś jedno - dołoży wszelkich starań, aby nie musieć iść na te cholerne zajęcia rewalidacyjne dla ofiar i den życiowych.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Pon Mar 07, 2016 7:55 pm
       
Shane przewrócił demonstracyjnie oczami, mimo iż wiedział się, że ten gest nie przyniesie pożądanego rezultatu, ewentualnie wprawi rówieśnika w stan jeszcze większego zadowolenia. Brunet wierzył w nieograniczone możliwości Chestera, wiec nie wątpił to, że jego stan euforii był niewyczerpalny, podobnie jak pokłady energii, i mógł utrzymywać się przez długie godziny.
Jedynej osobie, której zależy na twojej sprawności, jest twoja ciotka — przypomniał mu cierpko. Nie tolerował jego zachowania. Rozpieszczony bachor, który zachowywał się tak, jakby robił wszystkim dookoła łaskę, że zwlecze tyłek z łóżka i łaskawie dla odmiany postanowi poudawać żywego.
Littenberg, choć mu szczerze współczuł braku zdolności do poruszania nogami, nigdy nie zademonstrowałby werbalnie swojego zaangażowania, czy nawet zmartwienia. Był tu, bo został zatrudniony przez  dr Ingram na prośbę swojego ojca i dopóki Chester nie raczył się przyznać do tego, że mu zależy, nie miał zamiaru wykrzesać z siebie ani odrobinę dobroci. Czasem miał wrażenie, że tylko w taki sposób dotrze do tego zblazowanego nastolatka. Przez kąśliwe uwagi i wachlarz złośliwości.  
Rehabilitacja jest konieczna, byś mógł zachować kondycje na znośnym poziome. Jesz tyle czekolady, że zaraz pojawi się konieczności zmienienia całej garderoby, ale nie bierz tego do siebie. Mnie właściwie byłoby na rękę, gdybyś stał się nieco mniej ruchliwy. Założyłbyś tym światu przysługę — powiedział spokojnie, acz ten stan rzeczy raczej był utrzymywany przez niego na pokaz. Miał serdecznie dość humorków kaleki i coraz częściej rozmyślał o zrezygnowaniu zaszczytnej roli opiekunki, jednak nauczył się ukrywać swoją złość w zaciśniętych pięściach.
Jak się ubierzesz, to dostaniesz i śniadanie, i leki. Nie wiem czy dokładnie w tej kolejności. To zależy od twojej zaangażowania. Gdy uznam, że nie mamy czasu na to pierwsze, przepijesz prochy wodą i pojedziemy do szpitala. Mogę ewentualnie zaoferować ci jabłko na zachętę. Rehabilitant na ciebie nie poczeka, Chester. No niestety, nie jesteś jego jedynym pacjentem — odparł, infantylizując swoją wypowiedź, by ta w czytelny sposób trafiła do adresata.
Littenberg miał plan awaryjny w charakterze taksówki, choć zdecydowanie wolał pójść do szpitala na piechotę. Po pierwsze lubił spacer, a po drugie, ważniejsze, zapewnił prawną opiekunkę Heachthinghearna, że dopilnuje, by ten zażywał kąpieli słonecznej. Co prawda dziś niebo było zdominowane przez chmury, ale w prognozie pogody nie zapowiadali deszczu, choć wiara w nią była wątpliwa.
Czterdzieści minut. Tyle potrzebowali, by dotrzeć do szpitala o własnych siłach. Nawet jeśli miał przez całą drogą pchać wózek obrażonego na cały świat Chestera.
To w co chcesz się dziś ubrać? — zapytał. — Jakieś specjalne życzenia? — Jego spojrzenie zatrzymało się na stercie wyprasowanej garderoby chłopaka, która leżała na biurku.
Niby przerabiali to nie raz i nie raz był podpuszczany, ale dziś na własnej skórze przekonał się, że jego odporność psychiczna na zagrywki plotkarza dogorywała. Miał ochotę wyjść i nie wracać. Inwalida potrzebował fachowej pomocy specjalisty, a nie amatora, który udawał, że pojawia się w progu domu dr Ingram kierowany dobrocią serca.
Powrót do góry
 
Go down
Chester Ó Heachthinghearn

avatar
422
#Plotkarz
422


   
Wto Mar 08, 2016 3:41 am
       
- Jaki ty jesteś cholernie nietroszczący się! Taki nietaktowny i nieempatyczny. Nieuczuciowy i bezwzględny! - zarzucił Littenbergowi, unosząc się na łokciach z materaca, rzucając swojemu opiekunowi wyzywający wzrok o treści: “1:1.”. - Jak psychopatyczny zabójca. A to ci. - wycedził, celując tą wypowiedzią nieopodal splotu słonecznego chłopaka, w ten główny narząd pompujący krew.
Czy odgryzał się? Oj, tak. Nie czuł się specjalnie urażony po wzmiance o jego powiązaniach rodzinnych oraz tym, że właściwie ich nie ma. Jedynie ciotka wykazywała jakiekolwiek zainteresowanie jego stanem zdrowia, jego matka aktualnie nawet o jego inwalidztwie nie wiedziała. Pani Inghram w zbrojnym porozumieniu z Chesterem zawarli układ, że nie będą biedaczki stresować bardziej. Zapłakałaby się na śmierć, a przy tym zatopiła łzami całą Wielką Brytanię.
Aczkolwiek nie mógł sobie odpuścić odpowiedzenia złośliwością na złośliwość. Gdy tak co tydzień blondyn obserwował Shane’a, jego ruchy, mowę, jego wszystko, zaczynał stawiać pod znakiem zapytania twierdzenie, że plotki, które rozsiewa, mają jakikolwiek sens. Gdyby ciemnowłosy już był tym rzekomym mordercą, czy Heachthinghearn miał jeszcze prawo egzystować? Irlandczyk wiedział o tym, iż był jednostką nieco kłopotliwą, a przynajmniej za takiego go uważali inni, więc, idąc logiką, czy z impulsu nastolatek nie winien go zaatakować? Tyle mu krwi napsuto, tyle reputacji zniszczono, tyle czasu gnębiło, a teraz.. Teraz miał go jak na tacy. Przecież gdyby rzeczywiście facet był tak niestabilny, nie zawoziłby już Chestera do parku, żeby pooddychać świeżym powietrzem, a raczej po to, żeby go wyrzucić na środek jeziora, a przynajmniej zostawić jakiemuś sadystycznemu pedofilowi z wąsem.
A on robił mu śniadanie, od którego zjedzenia nie umierał przez parę godzin w konwulsjach, pomagał się ubrać, nie zachodząc go od tyłu z nożem, woził po chodniku, zamiast go popychać pod koła nadjeżdżających tirów.. Trzeba będzie zweryfikować tę informację, wziąć się za nią bez strojenia sobie żartów.
- Pfyh. - wydał z siebie dźwięk czystego niezadowolenia i wzgardy, podciągając się wyżej, też przesuwając się bardziej w górę łóżka, aby oprzeć się o poduszkę oraz o ścianę. - To nie moja wina, że mam ADHD. - mówiąc, wyraźnie naburmuszony skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, odwracając od stojącego nad nim bruneta głowę. Na odmianę teraz się obraził, jakby uznał, że postraszenie wizją otyłości, która jednak była dobrą uwagą, powinno być karalne.
Ściągnął nieco brwi, zacisnął usta i ani myśli odpowiadać na następne pytania, jedynie spomiędzy jego warg wyszedł szmer podobny do: “A mogę ubrać nic?”, co rzeczywiście było w jego stylu, więc Shane się nie przesłyszał. Czasem się irytował tym, że rówieśnik aż tak przykładał się do tego, co dyktowała mu Freya, a ta zaczęła opowiadać różne rzeczy. Typu: “Nie słuchaj jego docinków, znudzi się.”, “Jeżeli to pyskowanie Cię wyjątkowo zmęczy, ignoruj go jakiś czas, a zmieni nastawienie.”, “Nie dawaj mu sobą pomiatać, wtedy lepiej się dogadacie.”, “Nie emocjonuj się, bo tylko sobie tym zaszkodzisz.”. Może mądrze mówiła? W końcu miała większy staż pracy z tym dzieciakiem. Z drugiej strony zaś, z jej punktu widzenia może i było to łatwe, zaś Littenberg miał zgoła inną osobowość. Bardziej podatną na manipulację, to, czym Heachthinghearn władał nawet umiejętnie na niekorzyść niańki.
Wszystkie znaki, jakie wisiały w powietrzu ewidentnie rozmawiały o tym, jak to się poranny rytuał utrudnił, gdy jasnowłosy znów zaliczył huśtawkę nastrojową - założył ręce, ścisnął zęby, nie będzie negocjowania. Natomiast w szparze między drewnianymi, dębowymi drzwiami a futryną, wyjrzały wyliniałe, nietoperze uszy, a zaraz po nich przeogromne, zezowate oczy. Czyżby kot Ninny oferował pomoc?
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Mar 09, 2016 10:02 pm
       
Gdybyś wykazał się chęcią współpracy, może i wykrzesałbym z siebie odrobinę współczucia, ale przecież obaj wiemy, że wcale nie przygarniesz go z szeroko otwartymi ramionami. Kręci cię litość, Chester? Chciałbyś, żebym przychodził ci towarzyszyć z litości? — zerknął na niego z pewnym powątpiewaniem, ale mimowolnie na usta wkradł się cień sardonicznego uśmiechu. Zjadliwość była jedyną dostępna formą, która pozwalała znaleźć wspólny język z kaleką. Niby o tym wiedział, ale stosował ją z oporem, dziś jednak wszystkie hamulce się wyłączyły. Słabo spał w nocy, tak sobie tłumaczył przejawy złośliwości. Zresztą jego empatia i tak stała pod znakiem zapytania, a na image zimnokrwistego zbrodniarza trzeba sobie zapracować. — I zaraz faktycznie stanę się mordercą — mruknął tak cicho, że nie miał pewności, czy te słowa na pewno wydostały się z pomiędzy wąskich warg. Przetworzyły się raczej w ledwo słyszalny pomruk, porównywalny z trzepotem ubrań pod wpływem wiatru. Pomimo wiedzy, że Chester celowo zastosował ten chwyt, znając ten temat od podszewki, głównie dlatego, że sam był roznosicielem niektórych, niewygodnych i oczerniających Littenberga plotek, nie lubił być w ten sposób prowokowany, a każda wzmianka o tym sprawiała, że natychmiast brakowało mu tchu i w efekcie krztusił się powietrzem. Heachthinghearn do perfekcji opanował tą zagrywkę, wiedząc aż za dobrze jak nacisnąć brunetowi na odcisk. Kolejny z wielu powodów, dlaczego Shane go unikał.
2:1, gratulacje — sarknął, nim zdążył ugryźć się w język, jednocześnie nieświadomie akceptując zasady gry narzucone przez blondyna i tym samym popełniając błąd, który będzie kosztował go najprawdopodobniej stracenia kolejnych, będących już prawie na wyczerpaniu zasobów cierpliwości. Pogratulował sam sobie, gdy metoda liczenia do dziesięciu w myślach zawiodła go już kolejny raz i w ostateczności podszedł do stosu ubrań i wybrał mu garderobę, dbając o to, by kolory się ze sobą nie gryzły, bo Chester w trybie rozkapryszonej księżniczki był dwa razy gorszy niż w rzeczywistości.
Jasne, możesz nie mieć nic na sobie, ale sam pchasz swój wózek. Najlepiej dwa metry ode mnie. A jak zgarnie cię policja pod zarzutem ekshibicjonizmu, nie dzwoń do mnie i nie proś, bym stwierdził twoją niepoczytalność. Obawiam się, że zeznania niedoszłego mordercy mogą nie brzmieć wiarygodnie, a nawet jeśli, wolę udawać, że cię nie znam. — Skrzywił się, gdy słowa znów wyprzedziły myśli. Drżącymi delikatnie dłońmi złapał za spodnie i rzucił nimi w plotkarza. — Mam ci pomóc, czy poradzisz sobie sam? Cokolwiek wybierzesz – nie guzdraj się. Od tego zależy twoje dzisiejsze śniadanie albo jego brak, ale już ci to tłumaczyłem.
Wygrzebał spod sterty jedną z najbardziej lubianych przed rówieśnika bluz i również mu ją rzucił. Chyba wolał dziś nie zaburzać swojej przestrzeni osobistej. To skończy się tragicznie dla jego już i tak rozchwianego stanu emocjonalnego, który wymagał reanimacji. I prochów. Dobrze, że je ze sobą zabrał.
Powrót do góry
 
Go down
Chester Ó Heachthinghearn

avatar
422
#Plotkarz
422


   
Pon Mar 14, 2016 12:54 pm
       
Litość. Gardzi suką. Nie jest 5-letnią, wegetującą sierotą tuż przed grobem z wbitym, zeżartym przez korniki krzyżem, jest 18-letnim, niepełnosprawnym skurwysynem z uszkodzeniami układu nerwowego. I też był Chesterem - w dalszym ciągu mógł narobić od groma szkód, więc nie należał też to najbardziej nieporadnych inwalid. Umiał zaleźć za skórę, dawał się we znaki z pełną mocą i równie wielkim zapałem, jak na niego przystało.
- Shane, kochanie ty moje.. - sarknął z wyrazem twarzy, który eksponował jego jęczące o drut dentystyczny zęby. - A czy ty lubisz się ze swoimi narządami rozrodczymi, że tak szalejesz z rana? I co Ci się tak ręce trzęsą? Prochów się domagają? - zapytał, chwytając się pod kolanami, aby unieść nieco nogi i zaprzeć je ciut o materac, choć ta operacja wymagała trochę zszarganych nerwów z winy rozjeżdżających się, bezwładnych kończyn. - A gdyby mnie aresztowali, to tylko za ociekanie seksem. - sprostował.
Przecież znał wartość swojego ciała, które, mimo że w połowie było nieruchome, za kościste i z innymi mankamentami, wciąż miało w sobie jakieś pokłady naturalnego seksapilu, którym go obdarzono. Choć twierdził, że to wszystko zasługa matki, o wkładzie ojca nigdy nikomu nie opowiadał. Zresztą, ciężko wywnioskować, skoro nikt z otoczenia Heachthinghearna go nie widział. Nawet na zdjęciach ma wydrapaną twarz.
Gdy zaś na jego głowie zawisła jakaś część jego pokaźnych rozmiarów szafy, wydał z siebie niewyraźne mruknięcie irytacji, ściągając ją z siebie. Hm. Co on chciał dzisiaj na siebie wdziać? Punkt obowiązkowy, ramoneska, nie było innej opcji, więc to akurat było najoczywistszą oczywistością. Natomiast reszta była pod znakiem zapytania. On nieustannie zmagał się z naturalnymi problemami każdej, przeciętnej i stereotypowej nastolatki - nigdy nie miał, co na te chude pośladki włożyć. W pewnym procencie i tak zdany był na Shane’a, więc miał mało do dyskutowania, lecz zawsze mógł polemizować po swojemu, to znaczy obrazić się, obrócić dupą do niego i ewentualnie zawyć żałośnie, co się niejednokrotnie zdarzało.
- Oooo, moja bluza! Szukałem jej! Zrehabilitowałeś się. - mówiąc, wczepił się w wełniastego przyjaciela, jakby rzeczywiście taka pięcioletnia Marysia dostała swój prezent pod choinkę. Gdyby się rozejrzeć po pokoju, trudno mu się dziwić, że tej odzieży nie mógł odnaleźć wśród tego.. czegoś. Na podłodze było wszystko, co Chesterowi w szale zdarzyło się zrzucić, a potem rozjechać wózkiem. Taka była geneza makaronu z twarożkiem wtartego w dywan. Aczkolwiek potem wzrok właściciela wkuł się w spodnie dresowe, które leżały na kołdrze i szeptały do niego: “Kocham Cię!”. O nie, on ich nie kochał! Nienawidził dresów. - Tego nie ubiorę. - chwycił je i ciepnął klasycznie na panele z obrzydzeniem wymalowanym na bladym licu.
Wiedział, że nie może wciągnąć dzisiaj na zad ciasnych jeansów, bo do zajęć rehabilitacyjnych musiałby je zdjąć, żeby jego nogi mogły być swobodnie ruszane. Ale po co, jeżeli on nie miał w planach iść na te jebane wygibasy dla kalek?
Posłał Littenbergowi całusa, który mówił bardzo wulgarne rzeczy, jak, między innymi: “Daj mi tabsy, bo nie wyjdziesz z tego domu już nigdy.”. W tym czasie, gdy on dawał dziwaczne sygnały mężczyźnie, zgarnął do siebie prężącego się na łóżku kocura, miaucząc do niego: “Kiiiiiciaaa!”, więc nie było to zapowiedzią posłuszeństwa w stosunku do opiekuna. Źle dla umęczonego bruneta i biednego kota, który podjął rozpaczliwą próbę oswobodzenia się, drapiąc chłopaka srogo po przedramionach.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sro Mar 16, 2016 1:59 am
       
Heachthinghearn kolejny raz umiejętnie i zaskakująco precyzyjnie nacisnął mu na odcisk, mimo iż indywidualista szczerze wątpił w celowość doboru słów, ale to Chester, a z Chesterem nigdy nic nie wiadomo, wiec wolał się mieć na baczności, wiedząc, że ten typ z niewinnym uśmiechem opowie wszystkim, koloryzując, że nie dość, że Shane to początkujący morderca, to jeszcze rasowy ćpun.
W przeciwieństwie do ciebie, nie mam zamiaru tracić żadnych funkcji ruchowych i życiowych. Za bardzo je lubię— powiedział z słyszalną w głosie niechęcią, acz to stwierdzenie było czysto aluzyjne, by podnieść Chesterowi ciśnienie i możliwie jak najskuteczniej zmyć mu uśmiech z twarzy, choć pięść też sprawdziłaby się perfekcyjnie w tej roli. Wolał jednak nie prowokować sytuacji, która zmusiłaby go do wyeksponowania swojego szaleństwa, bo to, że mężczyzna był inwalidą, nie było wystarczającym powodem; sam prosił się o guza. Brunetowi zaprzątało coś innego myśli. Wychodzące na wierzch prywatne lęki z reguły były nie do zatrzymania, w porównywalnym stopniu, co demony przeszłości obnażające swoje przerażające zębiska w snach. Pakiet doświadczeń zaserwowany mu przez minione lata utwierdzał go w tym przekonaniu, a chęć by przetestować to po raz kolejny na skórze nie istniała. — A te drżenie rąk to reakcja na twoje pierdolenie — warknął, pierwszy raz od dawna korzystając ze słowa, które dawno zakurzyło się w jego słowniku. Nie lubił stosować przekleństw, nawet jeśli niejednokrotnie cisnęły się na wąskie usta. Traktował ich funkcjonowanie jako sygnał, że nie miało się szacunku do rozmówcy (nie żeby blondyn sobie na szacunek zasłużył), wszak, oprócz agresji, nie wnosiły nic do konwersacji, choć wielu uważało, że stanowiły dopełnienie i podkreślały charakter wypowiedzi.  
Spiorunował inwalidę chłodnym spojrzeniem. Uspokój się, uspokój, mruczał w myślach jak mantrę, ten typ tylko na to czeka. Mimo tej wiedzy, Shane wyjątkowo często pozwalał, by zaawansowana ruchliwość i sprawność języka Heachthinghearn, wyprowadzało go równowagi, z czego ten palant czerpał niemałą satysfakcje. Wątpliwość, że został spłodzony, by grać wszystkim na nerwach, przestawała istnieć.
Chester, mniej litość dla tego kota i puść go. Masz ważniejsze rzeczy na głowie niż spełnianie swoich erotycznych fetyszy na zwierzętach. Przynajmniej teraz — syknął niemal przez zaciśnięte zęby na widok futrzanego zwierzaka, który szamotał się w ramionach swojego właściciela, celując na oślep pazurami, by tylko natrafić na skórę i pozostawić widocznie odznaczający się na niej czerwone ślady. Swoje niezadowolenie wyrażał w pojedynczych, nieprzyjemnych dla ucha miauknięciach.  
Shane nie był zagorzałym miłośnikiem i wielbicielem kotów, toteż nie darzył tego stwora szczególną sympatią, nie współczuł mu też wybitnie. Miał nieodparte, nasilające się z weekend na weekend wrażenie, że ten czterołap, któremu od czasu do czasu zmieniał zawartość kuwety, przygarnął od Chestera wszystkie złe nawyki, pewnie od kociaka w nim się gromadzące. Przeklęta "Kiiiiciaaa" naszczała mu z premedytacją parę razy na buty, demonstrując swoją władzę w tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych należących do dr Inghram.
Podniósł odrzucone przez chłopaka idealnie nadające się na rehabilitacje spodnie i wypuścił ze świstem powietrze.
Ubierz je — wycedził przez zęby, podchodząc do kalki, by siłą wymusić na nim posłuszeństwo, choć ochota na bicie z nimi opadła, nim Littenberg na dobre odnalazł bojowy nastrój.
Zarzucił ubranie na prowokującą go twarz i wyszarpał z obcych rąk kota, który z naturalnym, wypisanym w genach chamstwem, przejechał pazurami po policzku bruneta i zaskoczył na podłogę, prychając. — Jaki pan, taki kram — mruknął pod nosem znużony, zły i przede wszystkim zraniony Littenberg. Potarł okaleczony przez pupila Chestera policzek, który przypomniał o sobie charakterystycznym pieczeniem. Ostateczne zasoby dobroci wyparowały.  Z wyraźną niechęcią stanął tuż przed swoim prywatnym bólem głowy, nachylając się nad nim delikatnie.
Pomogę ci — zaoferował się w końcu. Zabrał wyprawnym ruchem dłoni spodnie, które nie zdążyły spotkać się z ponownym odrzuceniem i podniósł jedną z bezwładnych nóg plotkarza, nakładając na nią z trudem nogawkę, która wyrażała swój bunt w postaci marszczenia się. W tych gestach nie można było dostrzec zwyczajowej delikatności, która zazwyczaj towarzyszyła Shanowi podczas wykonywania tej czynności. Drżące ręce wykluczały subtelność.
Tabsy dostaniesz — zapewnił go z krzywym uśmiech. — Jak będziesz grzecznym chłopcem. Chesterku — dodał, celowo infantylizując swoją wypowiedź, by ta mogła w końcu najprostszą drogą zostać wyłapana przez kalekę. Nawet chciał mu zmierzwić te jasne włoski, by go nieco uspołecznić, ale zrezygnował. Ten gest mógł być odebrany przez księżniczkę jak przytyk lub wyraźny sygnał do rozpoczęcia wojny. Gdzie podziała się moja miłość do istot żywych?, mruknął w myślach, mimo że wiedział, że ją u siebie nie znajdzie. Uciekła razem z dobrym samopoczuciem.
Powrót do góry
 
Go down
Chester Ó Heachthinghearn

avatar
422
#Plotkarz
422


   
Wto Mar 22, 2016 6:00 pm
       
Wyliniały, niezbyt atrakcyjny Ninny ozdobił ręce właściciela poprzecznymi, czerwonawymi pręgami, sycząc jak wąż, nie mając najwidoczniej chęci do bycia przytulanką z rana. Niestety, taki był już jego los, jeżeli już mieszkał w tym domu. Trudno było jednoznacznie orzec, czy gorzej było zwierzakowi w schronisku, gdzie cierpiał na niedobór miłości, czy u dr Inghram, gdzie miał jej niezaprzeczalny nadmiar. No, cóż, Chester też miał jej deficyt, a niewielu ludzi chciałoby go przytulić nie po to, aby zmiażdżyć mu żebra z premedytacją; ten nieprzyjemny w obyciu kot miał naprawdę bojowe zadanie.
Pół Anglik, w pewnym stopniu, lubił te docinki. Mogło to być ciężkie do pojęcia, zważywszy, jak po ataku Littenberga na jego osobę marszczył nos i złorzeczył na bruneta, chcąc, aby ten do niedzieli bał się dać mu nóż i widelec do ręki. Tak, mimochodem dałby sobie odebrać dorosłość przy sztućcach, godność przy pieluchach i zostać ogołoconym z resztek reputacji, gdy wrzeszczano na niego na pół ulicy. On chciał odrobinę uwagi. A czego więcej może od ludzi oczekiwać? Chester stał się więźniem własnego domu, z którego nie jest w stanie ot tak, bez uprzedzenia nikogo wyjść. Spotykanie się ze znajomymi było skrajnie problematyczne. Życie seksualne? Już nie istniało! Rodzina? Sprawność fizyczna? Rozrywka? I jak tu być zwierzęciem stadnym, jeśli swoje cztery ściany opuszcza się maksymalnie 12 razy w miesiącu?
Dlatego, choć nigdy nie wycisnąłby z siebie tyle trudu i zaangażowania, żeby to przyznać na głos, na swój samolubny sposób źle czułby się, gdyby Shane zrezygnował z pracy z nim. Czasem do jego móżdżka dochodziło to, że gdyby Shane nie odwiedzałby go w te wolne dni, na nic zdałyby mu się te wszystkie opakowania kupowanych hurtowo antydepresantów.
- Jesteś chamski i uszczypliwy. Czasem nawet bardziej niż ja. - wyprostował wargi, zaciskając je w wąskiej, różowawej linii. - Jak stanę na nogach, to będziesz miał większe problemy niż matematyka i nałóg, Littenberg. A co to? Zirytowaliśmy się? - zironizował, lecz tym razem ani nie drgnął mu kącik ust. Ewidentnie się obraził i to nie w ten jego inscenizowany sposób. Zmużył oczy, zaciskając pięści na materialne trzymanej bluzy, w którą także wczepił się wkurzony, zjeżony na grzbiecie i głowie kocur, którego futro gładziła pogryziona przez niego, niezrażona ręka.
Najwyraźniej już nie chciał teraz bardziej psuć krwi mężczyźnie, przynajmniej w tak inwazyjny, typowy dla osoby Chestera sposób. Oczy zaszły mu mgłą, zaraz promieniejąc iskierkami rozpaczy, które przerodziły się w gnieżdżące się w kącikach jego oczu łzy. Owszem, nie lubił robić z siebie ofiary, lecz jego nagłe napady płaczu nie były zależne od jego woli. Pociągnął zaróżowionym od niskiej temperatury w pokoju nosem, co ewidentnie było omenem oznaczającym katar i możliwy ból zatok.
- Nie cierpię Cię. - wycedził, a jego zacharatane ramiona opadły lekko na przestrzeń między jego nogami, gdy Littenberg sam postanowił stanąć twarzą w pysk z awanturniczym, raniącym wszystkich naokoło zwierzakiem. - Nie waż się mnie dotknąć! - ostrzegł, przez przeszklone oczy widząc, jak Shane szykuje się do założenia na niego spodni; na dobre się rozryczał, zwieszając lekko czubek głowy, aby zwichrowana grzywka zakryła jego pospolicie zapłakaną twarz.
Mimo wszystko, nie był w stanie dłużej się sprzeciwiać i opierać, jedyne, co zrobił, to w pierwszym odruchu chwycił bruneta za nadgarstki, lecz nic w kierunku zatrzymania jego poczynań nie uczynił. Zaraz zabrał jedną rękę i otarł te krople wstydu z polików, jakby to było jakimś rozwiązaniem dla jego licznie występujących uniesień i spadków w tej huśtawce nastrojowej.
- Nie ubiorę się! - zaprotestował, mając już na sobie dresy, lecz górnej części piżamy nie chciał za nic zmienić. Założył ręce na klatce piersiowej, dociskając do niej bluzę, a potem, dalej roniąc łzy cieknące mu aż po linię żuchwy, rzucił w mężczyznę pełnym opakowaniem witamin, które zawieruszyło się między papierkami po cukierkach na etażerce. W gruncie rzeczy, wszystko, co na niej było, zleciało na ziemię kosztem chwycenia tego pudełka tableteczek.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Sob Mar 26, 2016 9:22 pm
       
Uczę się od najlepszych — wymamrotał pod nosem, traktując słowa Chestera jak komplement, bo poniekąd nie poczuł się urażony taką charakterystyką swojej osobowości. Musiał mu przyznać rację. Istny diabeł w niego wstępował, gdy blondyn demonstrował swój bunt w najgorszy sposób, testując jego cierpliwość na sto różnych sposobów. Nie dbanie o swoją kondycję to jedno, ale zaniedbywanie i bagatelizowanie swojego stanu zdrowia to drugie. Choć szansa na jego wyzdrowienie nie była wysoka, powinien starać się w minimalnym stopniu ją zwiększyć, a to zobojętnienie inwalidy doprowadzało Littenberga do szału. Zachowywał się tak, jakby kalectwo go nie dotyczyło i nawet, jeśli był to efekt dumy, powinien ją w niektórych sytuacjach schować do kieszeni i zaprezentować się w lepszym świetle, zaprezentować sobą nutką zaangażowanie. Niewątpliwie Shane wykazywał zmartwienia w stosunku do tej pokraki na wózku, która wszystko utrudniała, choć wyznanie tego na głos, a nawet przed samym sobą wykraczało poza jego umiejętności. A potem stało się coś, co sprawiło, że Shane na chwilę znieruchomiał, a w pakiecie z dezorientacją został mu dotkliwy zaserwowany kac moralny.
Zerknął niepewnie na Chestera, a ręce rozdygotały się na dobre, gdy zostały przez niego zarejestrowane pierwsze spływające mimowolnie po policzku łzy w akompaniamencie przyciszonego szlochu. Niby nabył przydatną umiejętność radzenia sobie z Heachthinghearnem w kryzysowych sytuacjach, gdy ten był wyjątkowo rozdrażniony, albo pobudzony, najczęściej go czymś przekupując lub gasząc jego temperament złośliwościami, ale teraz, gdy ten się na dobre rozkleił i zaczął seplenić coś niezrozumiałego pod nosem, czego nawet Shane, przyzwyczajony do jego chaotycznej paplaniny, nie mógł zrozumieć, zrobiło mu się ciężko na sercu. Westchnął głęboko, nie wiedząc, jak powinien się teraz zachować. W akcie konsternacji złapał dolną wargę między zęby, jakby to miało mu w jakikolwiek sposób pomóc w pozbieraniu myśli w jedną całość. Nie miał też żadnej gwarancji, że inwalidę ogarnęła słabość pod najczystszą postacią, mógł równie dobrze udawać, grając skutecznie na emocjach bruneta, a potem w najmniej oczekiwanym momencie wybuchnąć śmiechem. W końcu pod tym względem rówieśnik był wirtuozem.
Chester. — Szept, który wydostał się przez zaciśnięte zęby, nie mógł dotrzeć do uszu adresata. Był stłumiony, prawie niesłyszalny, przeobraził się w szelest.
Littenberg, popisując się swoim prawie nieistniejącym refleksem, złapał opakowanie witamin zręcznie w palce, w ostatniej chwili ratując go przed spotkaniem pierwszego stopnia z podłogą.
Ches — powiedział ze spokojem, celowo zdrabniając jego imię. — Trochę mnie poniosło, przyznaję, ludzie w nerwach mówię różne, dziwne rzeczy — mruknął ciut ciszej, bo faktycznie powinien nieco stępić swój ostry jak brzytwa język i stłumić chęć ironizowania z jego kalectwa. W końcu kto świadomie chciał być uziemiony na wózku być może do końca życia? Podejrzewał, że gdyby Chester miał wybór, uniknąłby tego albo cofnąłby się w czasie, coby dopilnować żeby sytuacja się nie powtórzyła. Pochylił się nad nim i położył delikatnie rękę na jego ramieniu, zaciskając na nim delikatnie palce.
Obiecuję ci, że już nigdy nie pojawię się na progu tego domu, ale już nie becz. Będziesz mieć zaczerwienione oczy i stracisz na atrakcyjności — podsunął, chcąc go tymi słowami zmotywować do zmiany postawy, ale obawiał się, że ten argument nie będzie wystarczający. Dla odmiany kucnął, by pozbierać rzeczy, które podzieliły los kota, odstawiając uprzednio na półkę witaminy. — Poratowałbym cię chusteczkę, ale mi się skończyły — mruknął bez ładu i składy, by powiedzieć cokolwiek i przerwać te krępujące milczenie, z którego nie mogło wyniknąć nic dobrego. — Zadzwonię do twojego rehabilitanta i zapytam, czy jest możliwość przeniesienia rehabilitacji w czasie, dobrze? Ale musisz wziąć się w garść… dla własnego dobra.
Powrót do góry
 
Go down
Chester Ó Heachthinghearn

avatar
422
#Plotkarz
422


   
Czw Mar 31, 2016 11:46 am
       
Zaczął z częstotliwością jednego otarcia na sekundę usuwać ze swojej twarzy łzy, które z jeszcze większym natężeniem płynęły od kącików jego oczu, przez usta, po gładki podbródek, aby skapnąć na bielutkie prześcieradło, urozmaicając jego kolorystykę o ciemniejsze, mokre plamki. Wciąż chlipiąc, nie za wesoły wzrok uniósł na sylwetkę nieco zbitego z tropu rówieśnika, który chyba właśnie usiłował polepszyć sytuację, lecz, generalnie, Chester nie pojął najwidoczniej jego nie wrogich zamiarów, zaczynając seplenić z różną głośnością rzeczy, których sam nie umiałby rozpracować ze swoim obitym móżdżkiem.
- Nje! Nić nje joźumiem! Chće tabletki, boji mnie..! Boji juź od dawna, nicht mi nie chće dać tabletek! Nie chće juź wieńćej tego ćuć! Chće, źeby źobacyli teń kłeńgośłup! Boi mje, jak mje wyginajom tam! Śtlaśnie! - łkał, zacinając się. Istotnie, przy tym, z czym musiał się siłować rano, po południu i wieczorem, a nawet czasem w nocy, niejednokrotnie powtarzał, że wolałby tych nóg w ogóle nie czuć, co oczywiście przekreślałoby 90% jakichkolwiek resztek nadziei, że kiedyś nie będzie uzależniony od wózka inwalidzkiego. Nie dość, że przez godność, Irlandczyk nie chciał chodzić na zajęcia przez przewlekły ból.
Gdy Chester przestał się awanturować, połykając nadmiar naprodukowanej śliny, której ciągle u niego pod dostatkiem, urwał westchnienie, które miało być zwiastunem zaprzestania lamentu oraz topienia łóżka łzami, robiąc z niego prywatny okręt podwodny.. Łypnął obolałymi już oczami na rękę, która ulokowała się na jego ramieniu; wciągnął wolno powietrze, zamykając zmasakrowane przez potop powieki. Choć..
- ..Cio..? - gdy do jego uszu wpłynęła obietnica o tym, że Shane już tutaj nie zawita, zaczęła się fala wtórna. - ..Nje! Nje, nje, nje!
Wciągnął na wątłe, owiane chłodem ramiona daną mu bluzę, wkładając je od razu w ciepłe, wełniane rękawy, wycierając raz jeszcze oczy oraz pociagając zakatarzonym, czerwonym jak po kilku głębszych kielichach nosem, zasłaniając się zbożowo-złocistymi pasmami, jakby stanowiło to osłonę przed jego osobistą niańką. Miętoląc w bladych dłoniach materiał ubrania, nie zareagował nijak na komentarz odnoszący się do jego aparycji, będąc pochłoniętym przez zajęcie polegające na lamentowaniu na zmianę z braniem dużych chaustów powietrza, wypuszczając je powoli przez usta, licząc na to, że to go wspomoże w uspokojeniu się, co nie było najłatwiejszym zadaniem.
- A nja któ-któjom..? - wzniósł niechętnie czubek głowy, po czym potarł czoło, gdyż efekty uboczne jego wybuchu zaczynały dawać się mu we znaki.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Czw Kwi 14, 2016 11:04 pm
       
Nie umiał się zachować w sytuacji, kiedy na czyimś policzku pojawiały się łzy, może właśnie dlatego biernie się temu przyglądał, mając nadzieje, że chandra, która otumaniła złośnika, szybko mu minie i wszystko wróci do normy. W akcie otuchy położył dłoń na jego ramieniu, mimo że ten gest mógł przynieść odmiany efekt od zamierzonego. Beznamiętnie wsłuchiwał się w jego żale, skupiając się na każdym pojedynczym słowie, bo, choć był przyzwyczajony do seplenienie, miał pewne obawy, czy wszystko zrozumie. Odetchnął, gdy w końcu potok słów ustał, a na twarzy odcisnęła się wyraźna ulga.
Zaraz przyniosę ci tabletki — obiecał mu, sam mając ochotę na tymczasowe ewakuowanie się z najbliższego otoczenia kaleki i skonsultowania się z własnym prochami i łazienką.
Lekarstwa Chestera z reguły były przechowywane w kuchni w liczbie czterech opakowań znajdujących się na górnej półce kredensu, tak, by sam zainteresowany miał do nich ograniczony dostęp. Shane poniekąd rozumiał troskę kobiety, która opiekowała się chłopakiem, ale nie podzielał jej zdania. Mimo że blondyn był z reguły nieobliczalny, miewał wahania nastroju i czasem wyraźnie przesadzał, Littenberg nie sądził, że był zdolny do przedawkowania dziennej porcji, choć kto wie, co mogłoby się wydarzyć, gdyby ból kręgosłupa zaczął mu dokuczać w nieregularnych odstępach, doprowadzając go do gorszego staniu niż ten, który teraz prezentował.
Nie wiem, Ches, to nie koncert życzeń. Być może nawet pod sam wieczór. To nie zależy ode mnie — odparł, bo nie był nawet pewny, czy uda mu się przełożyć wizytę, w końcu mężczyzna był rozchwytanym specjalistą z napiętym grafikiem do granic możliwości, acz czasem znane nazwisko ciotki Heachthinghearna sprawiało cuda, a ta sytuacja wymagała poświęceń w charakterze użycia go.
Złapał za rączkę wózka inwalidzkiego i podjechał nim pod samo łóżko jego właściciela. Wiedział, że próba usadowienia na nim Chestera w tym stanie było związana z ryzykiem kolejnego wybuchu, dlatego też nawet nie próbował tego uczynić.
Zaraz wrócę — powiadomił go, opuszczając pokój, by w pierwszej kolejności udać się do niewielkiego pomieszczenia, które pełnio rolę łazienki. Odkręcił kurek z zimną wodą, opukał twarz, starając się nie zerkać w wiszące nad umywalką lustro. Lewa, drżąca dłoń powędrowała do kieszeni, z której wyjęła ampułkę z małymi, białymi tabletkami. Brunet zabrał z niej dwie sztuki, włożył je sobie do ust i łapczywie przełknął, unicestwiając dopływ wody. Niby świadomość, że na efekt działania prochów musiał chwilę poczekać, tliła się w nim, to i tak był rozdrażniony, że jego organizm tak wolno na nie reagował. Przetarł niedbale twarz ręcznikiem i wyszedł z pomieszczenia, kierując się w stronę znajomej kuchni.
Niedoszła ofiara Chestera w charakterze kota usadowiła się na szerokim parapecie, liżąc łapę. Jego błyszczące ślepia uważnie zlustrowały intruza, acz szybko stracił nim zainteresowanie i wbił spojrzenie w okno. Shane, nieprzyjęty tragedią kota, złapał za klamkę mebla, by wyjąć z niego dwa z trzech opakowań leków razem ze szklanką, która znajdowała się w tym samym miejscu. Postawił ją na tatce, która tradycyjnie leżała na blacie, a obok niej pojawiły się trzy zalecane tabletki, w tym jedna przeciwbólowa i butelka wody. Gdy upewnił się, że ma wszystko, podreptał z powrotem do sypialni, trzymając w dłoni potrzebne do reanimacji Chestera rzeczy.
Śniadanie zjesz w kuchni — powiadomił go ostrożnie, ale z pewną stanowczością, bo nie mógł sobie pozwolić, by plotkarz wszedł mu przysłowiowo na głowę, co nie raz już się zdarzyło.
Położył tackę obok niego na łóżku i zaraz w ruch poszedł telefon, by dotrzymać słowo. Wybrał potrzebny numer i przycisnął sobie komórkę do ucha. Przywitany przez sygnał, cierpliwie czekał aż rehabilitant się odezwie, mimo iż nie miał żadnej gwarancji, że to się stanie. Mógł w tej materii jedynie liczyć na cud albo własne szczęście, które ulotniło się wieki temu.
Powrót do góry
 
Go down
Chester Ó Heachthinghearn

avatar
422
#Plotkarz
422


   
Wto Maj 03, 2016 6:44 pm
       
Chlipiąc głośno i jęcząc, śliniąc się tak, że oblizywał się raz po raz, to ze słonych, gorących łez, to ze swojej własnej wydzieliny, której nie mógł nijak opanować. Oddychał głęboko przez usta, gdyż nie miał już możliwości przez nozdrza, jego zatoki tonęły od tego nieposkromionego płaczu.
Mmm-Mhhmm.. ─ lamentując nieustannie oraz wycierając zaczerwienione  oczy w pakiecie z cieniami pod nimi, łypnął lekko na wózek, którym opiekun podjechał, żeby ten na niego wsiadł. ─ Aje ce dfie.. ─ nadmienił, gdy Littenberg poszedł na tę ugodę, w związku z czym Chester mógł przy użyciu domyślnego szantażu podbić stawkę.
Problem Irlandczyka głównie opierał się na tym, że większa część jego leków była średniej wielkości, białymi tabletkami, których on nie rozróżniał w stanie rozdrażnienia. W gruncie rzeczy, te dwa rodzaje różniły się tym, że te, które go w szczególności interesowały, przeciwbólowe, nie miały na sobie żadnego napisiku i były odrobinę większe od tych na apetyt, więc oszukanie go nie było niczym specjalnie wymagającym. Zwłaszcza, gdy było się jego ciotką, bądź Shane’em, którzy przez ilość czasu z tym osobnikiem spędzonym zaczynali przejmować niektóre jego nieczyste zagrywki typu oszustwo.
Gdy Shane opuścił pomieszczenie, Chester rzucił jeszcze niespokojnym wzrokiem za nim, a raczej na jego dosyć dolne i tylne partie (bo instynkt pedała całą dobę działa), po czym, podbierając się wyprostowanym ramieniem o materac, wyciągnął rękę do blokady wózka tak, aby hamulec zacisnął się z obu stron na kołach. Wtedy chwycił się podłokietników i z minimalnymi trudnościami wgramolił się ze swoim jestestwem na siedzeniu. Aby uniknąć nieprzyjemności związanych z lądowaniem na podłodze, profilaktycznie zapiął się, grzebiąc sobie minutę między nogami za drugą częścią zapięcia, aż do pokoju nie wszedł znów Littenberg zastając go w tej dziwnej pozie z dłonią przy kroczu.
A so zlobis na sniadanie? ─ zapytał, już mniej więcej uspokojony, nie protestując na razie odnośnie miejsca posiłku, gdyż zarejestrował, że chłopak wyciąga telefon. Gdyby zaczął się rzucać, możliwe, że klasycznie rozłączyłby się i tyle byłoby z unikania gimnastyki. Jak niańka się zawzięła, to umiała sobie radzić.
Na ten moment, oczywiście.
Łyknął tabletki, będąc przeświadczonym o tym, że Shane łaskawie wysłuchał jego módł i przyniósł mu tyle przeciwbólowych prochów, o ile prosił. Patrzył ku górze na twarz mężczyzny, gdy w słuchawce rozbrzmiał sygnał, co najwidoczniej skłoniło Chessa do rozważań, jakiej orientacji jest brunet i czy ma jakieś doświadczenie na koncie. No cóż ─ Irlandczyk miał z lekka dziwne zainteresowania. W sumie, dziwił się, dlaczego jeszcze nie pytał o to chłopaka. Hm, a może trzeba by to sprawdzić własnoręcznie.
Jason Miles, słucham. ─ ozwał się wreszcie znajomy głos doktora rehabilitującego tego tlenionego cwaniaka, który właśnie nie oszczędzał swojej niańki i wsunął mu zimne palce pod ciemny materiał jego koszulki. Po płaczu ani śladu, Chessy wrócił!

/Zawieszam na razie.
Powrót do góry
 
Go down
Sponsored content

#


   
       
Powrót do góry
 
Go down
 
Dom dr Inghram
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
     Strona 1 z 1

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: