IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 LUX Club [SW]

Zobacz poprzedni temat
 
Zobacz następny temat
 
Go down
 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
Gość

avatar
#Gość


   
Nie Paź 02, 2016 1:55 am
       
Czasem samemu sobie dziwił się, że od czasu do czasu potrafił znosić zachowanie Damiena. Uważał, że to swego rodzaju próba - coś, o czym rodzice mówili mu przed samym wyjazdem. W kontaktach z ludźmi musi być dość elastyczny, zachowując przy tym sam i takt. Wiedział to, dlatego będąc tutaj starał się nauczyć pewnych zachowań, których mu jeszcze brakowało. Takie znajomości z Yoną czy Damieniem sprawiały, iż Amir uczył się wszystkiego na nowo. Dzięki nim wiedział, kiedy mógł pozwolić sobie na bardziej luźne zachowanie lub na te poważniejsze, gdzie nie brakowało kultury i odpowiedniej dojrzałości jak na swój młody wiek.
Pomimo tego wszystkiego nadal nie potrafił spoufalać się z bliskimi mu osobami. Zawsze wydawało mu się to na swój sposób dziwne - okazywanie uczuć to nie była najlepsza strona chłopaka. Dlatego 'dorosły' mężczyzna powinien zrozumieć Amira i zacząć mu zdecydowanie mniej dokuczać. Ale wiedział, że pod tym względem nie miał na co liczyć. Dlatego nic dziwnego, że na zachowanie Daviesa wywrócił tylko oczami, czekając na moment aż skończy te żenujące przedstawienie. Jeszcze ktoś mógłby sobie coś pomyśleć, a tego by nie chciał. Przegiął strunę w momencie, gdy tylko chwycił go za dłoń i zaczął po niej całować, już pomijając fakt, iż zaczął być nazywany księżniczką. Nadal również nie wiedział, co miał odebrać jako żart, a co jako zaczepkę.
- Jesteś cholernie prymitywny i bezczelny - pomimo tego, iż był to żart - w oczach Amira wyjątkowo kiepski - w jego głośnie nie zabrakło stanowczości oraz nieprzyjemnego chłodu, który używał w dniu codziennym - Trudno mi powiedzieć, czy jest dobrym czy złym, kiedy nigdy w życiu nie byłem w podobnym miejscu. Dla mnie zdecydowanie jest tam zbyt głośno i tłoczno, ale zobaczymy. Osobiście wolałbym jakieś cichsze i bardziej eleganckie miejsce - ukradkiem odkaszlną w dłoń, trudno stwierdzając czy to miało być podsumowanie całego zdania czy może dym tytoniowy dokuczał mu na tyle, że nie potrafił znieść tego zapachu. No ale. Niebawem mężczyzna pozbawił się szkodliwej rzeczy, a kiedy ruszył, Amir posłusznie ruszył za nim, pomimo tego, że pomysł z klubem wydawał mu się wyjątkowo kiepski.
Westchnął z cicha, kiedy w dość zaskakującym szybkim tempie znaleźli się w samym środku klubu. Spokojnie przemierzał przez salę, aby móc zasiąść na jednym z krzeseł barowych. Dopiero teraz miał możliwość zdzielenia Damiena po głowie za wcześniejsze zachowanie, co też zrobił. Zauważając, że tamten zamawia sobie alkohol, delikatnie skrzywił nos, zamawiając sobie na początku coś zwykłego do picia. W niezwykłym szybkim tempie dostał sok pomarańczowy do picia, którego upił dwa pierwsze łyki.
- Jak widać nie zamierzam pić. Przynajmniej nie na razie. Chociaż nie powinieneś się tak wywyższać swoim wiekiem, ponieważ będąc o dwa lata młodszym od Ciebie, jestem w tej samej klasie co Ty - czyżby mu dokuczał? Ależ skąd. No może trochę, o ile w ogóle można to nazwać dokuczaniem. Napił się raz jeszcze soku, jakby w ten sposób chciałby rozluźnić wszystkie spięte mięśnie. Widać było, że nieznane otoczenie mocno działało na chłopaka, a bardziej czysta niewiedza, jak w takich miejscach powinien się zachowywać.
Powrót do góry
 
Go down
Noah Hatheway

avatar
271
#Książę
Przewodniczący / Excelsior
271


   
Sro Lut 01, 2017 12:17 pm
       
Cholerny Josh jak zwykle postanowił wybrać jedno z głośniejszych i przede wszystkim jedno z niemalże nieosiągalnych miejsc dla większości członków grupy. Tej niepełnoletniej większości. Miał jednak swoje wtyki, a i potrafił przekonać ludzi, że osobiście dopilnuje, by „te chłystki nie umoczyły nawet ust w alkoholu”. Hatheway oczami wyobraźni już widział jego ojcowanie, gdy na jego nadgarstku umieszczono jaskrawoniebieską, vipowską bransoletkę, a wizja stała się jeszcze wyraźniejsza, gdy przekroczył próg lokalu, który o tej porze w piątek pękał w szwach. Na takie przypadki warto było zabezpieczać się wcześniejszą rezerwacją, o co oni, dzieciaki z zamożniejszych rodzin, nie musieli się martwić.
Jedynym problemem było odnalezienie się w tłumie, w większej mierze zaciemnionej przestrzeni, po której przemykały kolorowe światła, które doprowadziłyby do ataku niejednego epileptyka. Czarnowłosy poprawił rękaw marynarki i pobieżnie rozejrzał się dookoła, mimo wszystko starając się wychwycić jakieś znajome twarze. Na szczęście nie musiał za bardzo się wysilać, biorąc pod uwagę, że Payne od początku stał na straży zbłąkanych owieczek, więc gdy tylko namierzył kumpla tuż przy wejściu, zerwał się z miejsca, machając ręką z tak durnowatym uśmiechem, że Noah przez chwilę rozważał taktyczny odwrót, byleby przypadkiem nie wyszło, że się znają. To oznaczałoby kompletny upadek jego dobrej reputacji. Zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz postanowiłby wyjść, zostałby zaciągnięty siłą z powrotem, a to byłoby jeszcze gorsze.
Nie ociągaj się, Hatheway! Nie po to zajmowałem ci miejsce! ― krzyknął, gdy był już pewien, że Noah go usłyszy i poklepał miejsce obok siebie, przeczuwając, że drugoklasista niekoniecznie chciał siedzieć obok dziewczyn, z których przynajmniej dwie drgnęły w gotowości do przesunięcia się.
Kiepskie to miejsce, Payne. Liczyłem na coś na drugim końcu sali ― rzucił, nie mogąc darować sobie tej uwagi, która pozbawiona kąśliwości brzmiała zadziwiająco poważnie. Mimo tego usiadł obok niego i lakonicznie przywitał się z resztą. Mimo że już od lat tańczyli razem, nie odczuwał szczególnej więzi z resztą członków grupy. Nawet więź z Joshem stała pod wielkim znakiem zapytania, ale on... on był po prostu specyficzny.
Nie ma tak dobrze, a ty jak zwykle narzekasz. Właśnie po to cię tu wyciągnąłem – powoli wyciągniemy ci ten kij z dupy. I łoł, łoł, co to za spojrzenie, panie? To oczywiste, że nie oddałbym tak łatwo mojego małego braciszka. ― Uśmiechnął się złośliwie, zarzucając brunetowi ramię na kark i przyciągnął go bliżej na tyle, by excelsior poczuł na swoim policzku szorstkość stopniowo odrastającego zarostu.
Reakcja była natychmiastowa, a ręka Hatheway'a znalazła się na twarzy kumpla, któremu dobitnie dał do zrozumienia, że ma się odsunąć i prawie zrzucił go z krzesła. Chociaż dzięki temu chłopak uznał swój żart za udany i momentalnie wybuchnął śmiechem, łapiąc się za brzuch.
Ty za to prosisz się, żeby ten kij ci tam wsadzić. ― Potarł policzek wierzchem ręki, pozbywając się nieprzyjemnego uczucia.
No już, już. Nie bądź taki.
Ile razy słyszał już ten tekst...
Powrót do góry
 
Go down
Winter Blythe

avatar
193
#Dusza Towarzystwa
193


   
Sob Lut 04, 2017 2:29 am
       
Spędzenie piątkowej nocy w głośnym, przepełnionym ludźmi klubie, było dla Winter opcją niemalże idealną. Jeszcze kilka godzin wcześniej nie pomyślałaby jednak, że mogłaby spędzić go razem z... Noahem. Pomijając całą resztę grupy, do której należał, to na jego osobie tego wieczoru miała skupić swoją uwagę. Nie było nic nadzwyczajnego w tym, że ubrała się tak a nie inaczej - nie wyobrażała sobie wyjścia na imprezę bez założenia mini krótszej niż przystało. Z ułożonymi włosami i starannie zrobionym makijażem, pachnąca perfumami, zdecydowanie nie przypominała dziewczyny z tanecznego treningu. Doskonale o tym wiedziała. Reakcja Josha, który na krótki telefon od Blythe niemalże wybiegł przed klub w podskokach, była taka, jakiej się spodziewała. Wykorzystując fakt, że starszemu chłopakowi widocznie wpadła w oko, zamierzała potrzymać go przed wejściem o jedną, malutką chwilę dłużej.
Palisz? ― spytała słodko, wyciągając w jego kierunku otwartą paczkę. Rzecz jasna sama na co dzień nie paliła, jednak w takich sytuacjach jak tamta papierosy sprawdzały się wyjątkowo skutecznie.
Palił czy nie, złapał się na przynętę niczym niczego nieświadoma ryba, a kiedy już zdążyli wymienić między sobą kilka zwyczajnych zdań, zanim weszli do środka, obdarzyła go jedną z tych znakomicie wyuczonych min, które sprawiały, że stawała się o wiele bardziej wiarygodna.
Prawie bym zapomniała... ― Łapiąc go za ramię, zatrzymała się tuż przed progiem. ― Jak tylko się rozłączyłam, padł mi telefon. Mogę od ciebie zadzwonić? Powiem bratu, że wrócę późno. ― Figlarny uśmieszek mówił sam za siebie. Zresztą, nie tylko on, bo nawet spojrzeniem zdawała się kokietować Payne'a.
Jasne, nie ma sprawy, dzwoń. ― Ten natomiast najwyraźniej niczego nie podejrzewał, z entuzjazmem wręczając jej komórkę.
Super, to zaraz przyjdę ― rzuciła w odpowiedzi, uśmiechając się przy tym tak uroczo, jak tylko była w stanie się uśmiechnąć.
Poczekam za drzwiami. ― Zadbawszy wpierw, by na nadgarstku blondynki znalazła się vipowska bransoletka, salutując, Josh powoli się od niej odwrócił.
Przewróciła oczami i upewniając się, że na dobre straciła go z oczu, włączyła trzymane w ręku urządzenie, wcale nie przechodząc do wybierania numeru, ale do książki adresowej. Szybkim ruchem wpisała w wyszukiwarkę "Noah" i... bingo. Prawdę mówiąc, spodziewała się, że Noahów znajdzie kilku, albo co gorsza żadnego, ale szczęście najwyraźniej jej sprzyjało. Chichocząc w myślach, skopiowała numer, wysyłając go sms'em na swój własny, a następnie kasując wszelkie ślady zbrodni, wybrała ten, pod który rzekomo dzwoniła, momentalnie wciskając czerwoną słuchawkę. Miała ogromną nadzieję, że Joshowi nie zachce się sprawdzać ile czasu rozmawiała z bratem.
Znalezienie się przy stoliku było kwestią czasu, co od razu wywołało falę spojrzeń - głównie dziewczęcych, niekoniecznie przyjaznych. Sama Winter nie miała najmniejszego zamiaru płaszczyć się przed żadną z nich, jednocześnie rzucając przelotne, zadziorne zerknięcie w stronę męskiego grona.
Dobra, siadaj, z Noahem się już poznaliście. ― Payne wskazał nowo poznanej koleżance akurat te miejsce, które osobiście zajmował tuż przed tym, jak po nią wyszedł. ― A ja skoczę coś zamówić, nie będziemy siedzieć o suchym pysku. ― Zacierając ręce, puścił w jej kierunku oczko i zniknął, zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć.
Usiadła, tak blisko, jak było to możliwe, zdejmując płaszcz i razem z torebką kładąc go gdzieś obok siebie. Zarzucając nogę na nogę, pochyliła się w stronę blatu, oparła łokcie, a następnie spojrzała na Hatheway'a niewidocznie świecącymi oczyma.
Zawsze taki jest? ― Cokolwiek miało to znaczyć i jakkolwiek zacząć rozmowę. Posłała w kierunku Noaha tak specyficzną minę, że prawie samym wzrokiem zdradzała, jak bardzo w tamtym momencie czuła się na swoim miejscu. Rzecz jasna nie mogła powstrzymać się przed słodko-szyderczym półuśmiechem do kilku dziewczyn z grupy, które patrzyły na nią wojowniczo od samiuteńkiego początku.
Powrót do góry
 
Go down
Jack

avatar
256
#
Szarak
256


   
Czw Lut 09, 2017 2:42 am
       
Kurwa, kurwa, kurwa… chuj, kurwa. Jakoś od rana, Dżek czuł źle człowiek. Wstał chyba lewą nogą czy coś. Dzień się zaczął dosyć standardowo — od opierdolu ciotki. Ta jak zwykle wkurwiona o byle co, jakby szukała byle pretekstu, by go wyjebać w końcu z chaty. Co jak co, ale to chyba normalne, że ktoś chce się pozbyć jebanego pasożyta. A Dżek głupi nie jest i wiedział o tym bardzo dobrze, że pasożytuje na zasiłku swojej ciotki i prędzej czy później go na serio wypierdoli. Będzie wtedy chyba bezdomnym ulicznym grajkiem albo zamieszka w szkole, z której też chcą go (klasycznie) wypierdolić. On się już pogodził dawno ze swoim spierdolonym losem. Więc nie zostało mu nic innego, jak wbić do jakiegoś klubu z ziomkami i się spruć jak szmata. Dla niego to dosyć klasyczna forma spędzania wolnego czasu… no oczywiście poza napierdalaniem na desce, ale kuhwa, pada jebany śnieg i jest zima. Więc ni chuja. Dobra, koniec pierdolenia, zebrał kilku ziomali i poszedł do klubu. Padło na LUX — jak go ta nazwa wkurzała, przypominała mu tę cholerną postać z LoLa co go, zawsze, lubiła łapać w zasraną klatkę i potem wypierdalała mu z ulta na mordę. Ehhhhh. Chuj, mniejsza z tym, przynajmniej dobre alko tam dawali i spoko loszki przychodziły. Zaczęło się niewinnie, bo od dwóch kolejek, zazwyczaj tyle wystarczy Dżekowi by, wbiła mu śmiechawa, lecz co dziwne, w ogóle go to nie ruszyło. Może to przez dosyć chujowy humor, jakim to został obdarzony dzisiaj chłopak albo jego organizm ogarnął w końcu przemowę motywacyjną Jaglaka? Chuj wie.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Czw Lut 09, 2017 9:55 am
       
Nie istniała rzecz, do której Angel by się nie posunęła, byleby udowodnić swoją wyższość nad całą resztą gatunku ludzkiego. Że mogła więcej, jeśli tylko chciała. Że żaden, kurwa, problem. Przecież to było oczywiste, że była ładniejsza, ciekawsza, zabawniejsza i zwyczajnie lepsze we wszystkim od tych szmat, które poniewierały się po klubie. Przechodziła przez parkiet z godnością siebie godną Titanica wypływającego właśnie z portu, miażdżyła obcasami czerwonych bucików stopy tych, którzy ośmielili się nie zejść jej z drogi i zaczepiona uśmiechała się obrzydliwie słodko i mruczała ze skruchą przepraszam. Choć ciężko było stwierdzić, co tak naprawdę mówiła.
W końcu klub.
Ale mniejsza.
Siedziała razem z trzema innymi dupeczkami przy barze i sączyły kolorowe drinki. Z głupawym chichotem głupawych lasek, od którego Angel chciało się rzygać i chyba powoli nabierała jakiejś chorej ochoty, żeby je pozabijać. Stwierdzała również, że odbębniła wychodzenie na imprezy z tymi kretynkami przynajmniej na jakieś dwa tygodnie i nie będą jej truć aż tak o wyjście jakieś na miasto. Ostatecznie - jej nie zależało. I zaczynała szukać od tej sytuacji ucieczki.
Okazała nadarzyła się znacznie szybciej, niż mogłaby pragnąć. Już po chwili temat - jakimś, cholera, niewyobrażalnym cudem! - zszedł na dupeczki. Męskie dupeczki. Krótkie rozeznanie po najbliższym terenie i towarze, kilka złośliwych uwag podszytych kurtuazyjnymi słówkami i zaczęła się zabawa.
Zaczęły rzucać sobie wyzwania. A poderwij tego, wyciągnij numer telefonu od tamtego, a zrób tak, żeby ten postawił ci drinka bez, heh, stawiania mu czegokolwiek innego. Koniec końców padło na Angel. Kiedyś musiało. Stwierdziła z wyższością, że nie ma tu takiego faceta, który stanowiłby dla niej jakieś większe wyzwanie, więc kazała im wybrać. Kogokolwiek. Ona nie będzie protestować, po prostu zrobi swoje i niebawem wróci.
Chwila narady i wybrały cel.
Jedna z loszek bardzo dyskretnie wskazała jednego palcem. Tak, by się nie zorientował. Chociaż gdy Butler na niego spojrzała, to doszła do odkrywczego wniosku, że to przypuszczalnie jeden z tych typów, który nie zczaiłby się nigdy z niczym. Blondyn, całkiem wysoki, kraciasta koszula. Jasne oczy. Dobra. Mogły nie mieść litości i wybrać coś gorszego.
No cóż.
Wzruszyła ramionami, poprawiła sukienkę i pończochy i na szybko przetrzepała włosy. Pora ruszać na żer i łów. Kroczyła w jego stronę niczym pan i władca tego przybytku zwiewnym krokiem. Obmyślony na szybko plan działania. Ślicznie wszystko odmierzone. I podbiła. Lecz nie tak bezczelnie i od razu - to później, jeśli nie załapie, że właśnie ma niepowtarzalną szansę, aby z nią porozmawiać - tylko wykorzystała to, że stał przy barze i, tak niby przypadkiem, położyła mu dłoń na ramieniu, gdy nachylała się nad barem, by zamówić kolejnego, kolorowego drinka. Zaraz odwróciła twarz w kierunku celu z przyjaznym uśmiechem numer trzy.
Dobra, chuj.
I co, dobrze się bawisz? – rzuciła. Zajebiste rozpoczęcie rozmowy, Angel. Wszystko absolutnie przemyślane i genialne w swojej prostocie.
Powrót do góry
 
Go down
Noah Hatheway

avatar
271
#Książę
Przewodniczący / Excelsior
271


   
Czw Lut 09, 2017 10:10 am
       
Gdy tylko ich zaczepki przerwał telefon, Hatheway poczuł niemałą ulgę, widząc, że niedługo po tym Payne zerwał się z miejsca, żeby czym prędzej wybiec na zewnątrz. Wiedział, że ta nagła fala entuzjazmu, która zalała jego kumpla miała swoje dobre i złe strony. Dobre, bo przez chwilę nie musiał go słuchać, a złe, bo instynktownie wyczuwał, dla kogo był przeznaczony ten nagły przyrost dobrego humoru. Poza tym został sam na sam z resztą grupy, z którą na własne życzenie nie odnalazł wspólnego języka, chociaż wystarczyło pstryknięcie palcami, a te pożerające go wzrokiem dziewczyny z chęcią zapewniłyby mu towarzystwo na resztę wieczoru.
Mimowolnie przemknął wzrokiem po ich twarzach, jakby chciał im uświadomić, że były wyjątkowo niedyskretne, jeśli chodziło o obrzucanie go spojrzeniami, samemu pozostając kompletnie niezainteresowanym.
Długo ich nie ma ― podjęła jedna z dziewczyn, zakładając, że odebranie kogoś spod klubu nie powinno zajmować aż tyle czasu. ― Myślicie, że z nową znowu są jakieś problemy? ― dodała tonem skorej do plotek siksy, przeskakując wzrokiem z osoby na osobę, choć w gruncie rzeczy zależało jej głównie na większej ilości szczegółów z treningu, a – jak wiadomo – te posiadał wyłącznie czarnowłosy.
Nawet jeśli nie przepadał za samą Blythe, wypowiadanie się na jej temat za jej plecami wywoływało w nim jeszcze większą odrazę, biorąc pod uwagę, że praktykował bycie szczerym wobec osób, z którymi miał jakiś problem. Nie czuł potrzeby dzielenia się z tym ze wszystkimi dookoła w przeciwieństwie do niektórych.
Oby nie. Wystarczy, że narobiła sporego zamieszania na treningu. Chyba w ogóle nie pomyślała o tym, że reszta grupy jej nie potrzebuje. Tym bardziej, że kompletnie niczego nie potrafi, prawda Noah? ― Kolejna dziewczyna przeszła do odważniejszej strategii, zwracając się bezpośrednio do bruneta z pełnym współczucia i przesłodzonym uśmiechem. Widziała, że podczas kursu nie był zadowolony i właściwie jako jedyny próbował pozbyć się tamtej blondyny. Może jej obecność aż tak by nie przeszkadzała, gdyby już pierwszego dnia nie wkroczyła na zakazany teren.
Rzygać się chce.
Jeśli spodziewała się jakiejkolwiek odpowiedzi, musiała przeżyć ogromne rozczarowanie, gdy Excelsior dosłownie w tej samej chwili spojrzał w stronę parkietu, ignorując tę zaczepkę. To, że rozpieprzono mu dziś trening było jego problemem, a nie problemem całej reszty. Mógł co prawda uciąć ten temat, ale z drugiej strony ni miał żadnego powodu, by uchronić Winter przed krostą na języku. W zniecierpliwieniu zastukał palcami o blat, licząc na to, że milczenie zamknie ich usta i da im do zrozumienia, że poruszony temat nie był porywający.
Pewnie przesadzacie. Wydawała się całkiem niezła.
Ktoś tak płytki jak ty nie powinien się odzywać, Patrick. Poza tym przymknijcie się, bo o wilku mowa. ― Kiwnęła głową w stronę drzwi frontowych.
Ale to ty zaczęłaś.
Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na zbliżającą się do stolika dwójkę. Brunet zerknął zaledwie z ukosa, ale tyle wystarczyło, by przez jego twarz przemknął cień niezadowolenia – na szczęście ledwo widoczny w półmroku. Wtedy jeszcze nie spodziewał się, że Josh ustąpi jej swojego miejsca, zamiast rzucić ją na pożarcie tym wygłodniałym lwicom albo zamiast zgarnąć ją dla siebie. Gdy jasnowłosa znalazła się za blisko w naturalnym odruchu zwiększył dzielący ich dystans, chociaż darował sobie odsunięcie całego krzesła. Zaledwie przechylił się na bok, przenosząc większość ciężaru na jeden z łokci, by nie przypominało to ucieczki, jednak Winter bez trudu mogła wyczuć, że – jak zwykle zresztą – nie życzył sobie jej w pobliżu, gdy tylko przeniósł wzrok na jej umalowaną twarz.
Tylko przy osobach, które wpadły mu w oko. Szkoda byłoby spierdolić taką okazję, co? ― rzucił, nawet jeśli z ust samego panicza z dobrego domu nie powinny paść podobne słowa. Nie to stało się jednak największym problemem – już sam fakt, że wcześniej milczący Hatheway otworzył do niej usta, wywołało poruszenie wśród reszty i na pewno zwiększyło niechęć wobec dziewczyny wśród żeńskiej części grupy.


podpis
Powrót do góry
 
Go down
Jack

avatar
256
#
Szarak
256


   
Czw Lut 09, 2017 7:02 pm
       
Widok inbujących kumpli, od razu poprawił mu znacznie humor. A kogo by nie rozbawił widok dwóch debili, którzy próbują napierdalać pogo do klubowej muzyki, no kurwa. Tamci se inbowali, a elita przy barze sięgała już po kolejne kolejki. Czuj dobrze człowiek, przynajmniej przez chwilę. No przez chwilę, bo przybiła go nagła myśl, że nie może się dzisiaj spruć jak dziwka. Przypomniało mu się, że ma jutro dwie próby, dwóch zespołów, w których się aktualnie udziela. Dodatkowo ciotka ma urodziny i trzeba przynajmniej na chwilę pokazać, że się nie jest spierdoliną społeczną i się pamięta o najbliższej rodzinie. Jedynej rodzinie, kurwa. Czuj źle człowiek. Głęboko westchnął i następnie chwycił kolejny kieliszek. - To ostatni. - rzucił do grona znajomków, którzy go najzwyklej w świecie zignorowali, i po chwili zaczęli kolejną kolejkę. Wychodziło na to, że będzie tak sobie siedział w ciszy, jak pizda.
A tu chuj.
Ktoś postanowił podbić do francuza, i to nie byle kto, bo jakaś loszka. W dodatku nie najgorsza, taka 8/10. Mógłby być lepszy score, ale mu to jakoś szczególnie nie przeszkadzało.
Dżek z reguły nie jest dobry w myśleniu, ale trzeba było jakieś na szybko teksty wymyślić.
Trochę przypał.
- I to jeszcze jak, a teraz nawet lepiej. - odpowiedział jej, by następnie na jego twarzy pojawił się delikatny uśmieszek. Teraz mógł jej się lepiej przyjrzeć. Chuj, jakby się uprzeć to jedno oczko w górę mogłoby pójść. - Zajebista sukienka. - chujowy komplement ze strony Oliviera można już skreślić. Na zewnątrz może i wydawał się pewny tego co mówi, jednak w środeczku czuł lekkie zakłopotanie. Nie był dobry w te klocki, ale musiał brnąć dalej. Takie rzeczy jak podryw, w przypadku Dżeka, trzeba było planować parę tygodni przed jak nie miesięcy.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Pią Lut 10, 2017 12:19 am
       
Czuła na sobie spojrzenia swoich koleżanek, ale nie uraczyła ich choćby zdawkowym spojrzeniem. Bo i po co? Teraz misja, teraz cel, teraz zadanie. Właściwie nawet nie chodziło o samo odłączenie tej gazeli od stada - bo z tym wyśmienicie sobie poradziła bez pomocy dziewczęcych rączek - a pożarcie jej. Nie dosłownie. Miała zwyczajnie skłonić tego kolesia, żeby z nią wyszedł. Z klubu. Aby grzecznie pozwolił jej poprowadzić się chuj wie gdzie, żeby mogła go wyśmiać i sponiewierać.
Gdy już, oczywiście, opuszczą lokal. By mogła wrócić do środka w tryumfie, glorii i do rytmu muzyki. Nadal nie uważała, aby było to trudne.
Z tego co zauważyła, ci kolesie obok byli kumplami jej celu. Okej, nic trudnego. Pewnie i tak jakaś żółć ich zaleje w pierwszym momencie. Chyba że domyśliliby się, że to zbyt nierealne, aby mogło być prawdziwe. Ostatecznie... no c'mon. Była loszką. Była dupeczką. Dziewiątka mocno. Kształtna i śliczna. Nie musiała przecież uciekać się do zagadywania randomów, ci sami się do niej lepili.
No. Ogarnął, że jednak mówi do niego. Chwała panu.
Uśmiechnęła się szerzej i położyła kopertową torebkę na blacie, by wolną już dłonią przeczesać ciemne loki i kokieteryjnie zawinąć jeden z kosmyków na palec. Tania sztuczka. Angel prawie poczuła się żałośnie, że jej w ogóle użyła.
A to dopiero początek – stwierdziła słodko. Ugh. Już rzygać jej się chciało od tego tonu. Teraz też została postawiona przed trudnym wyborem, bo nie była pewna, która ścieżka pozwoli jej osiągnąć zwycięstwo szybciej. Udawanie niby to nieśmiałej i może z lekka zakompleksionej panienki? Czy może jednak powinna wyjebać z grubej rury? Opcja numer dwa. Mimowolnie uznała, że może być to ten z lekka frajerowaty i mocno stulejarski przy laskach, więc pewnie by nie ogarnął subtelności. Tutaj należało walić pociskami artyleryjskimi. Ręka, którą położyła na ramieniu chłopaka przesunęła się na kołnierz jego koszuli, by poprawić go powolutku. Nie omieszkała się przy tym nie dotknąć skóry na jego szyi. Bo phie. – Wygląda znacznie lepiej zmięta i rzucona na podłogę. – W ten właśnie sposób skwitowała ten... niewątpliwy komplement. Dobra. Mogło być gorzej, serio. Mógł rzucić czymś znacznie gorszym, przecież już się z tym spotykała.
Zabrała dłoń. Wystarczy. Krótki dotyk tak na początek, żeby nie wyglądało to zbyt nachalnie. Mógłby przypuszczalnie nabrać podejrzeń.
Przyszedłeś tu sam? – spytała, nadal tak idiotycznie nawijając kosmyk na palec i gapiąc się na kolesia niczym ciele w malowane wrota. I trzepotała rzęsami. I czuła się niczym skończone idiotka, ale to już kompletnie inna bajka.
Powrót do góry
 
Go down
Winter Blythe

avatar
193
#Dusza Towarzystwa
193


   
Pon Lut 13, 2017 7:16 pm
       
Odruchowo przewróciła oczyma, gdy jak zwykle bez wahania się od niej odsunął. Nie miała mu tego za złe, ba, czasami nawet starała się go zrozumieć, ale... nie potrafiła. Zbyt niewiele wiedziała, żeby oceniać jego zachowanie, chociaż nawet to nie powstrzymywało jej przed snuciem chytrych podejrzeń. Może ma jakąś fobię? A może... jest gejem? Gdyby szczerość Winter mocno przekraczała granice przyzwoitości, zapewne już dawno osobiście by go o to spytała. Na całe szczęście potrafiła jeszcze hamować język. Jeszcze.
Zaśmiała się, ledwie dosłyszalnie ze względu na dudniącą w klubie muzykę, a potem jak gdyby nigdy nic przysunęła się ponownie. Bliżej. Niezależnie od tego czy i tym razem uciekł od Blythe, nachyliła się w stronę chłopaka, z nieszczerym uśmieszkiem zerkając to na niego, to na siedzące nieopodal "hieny". ― Szkoda ― przytaknęła głośno, starając się, aby jej słowa dotarły nie tylko do Noaha, ale i całej reszty - płci żeńskiej, rzecz jasna - która obserwowała ich dwójkę, szepcząc coś do siebie. ― Szkoda też, że nie jest w moim typ-... ― Nie mogła powstrzymać się przed tonem, który jasno dawał do zrozumienia, kto rzeczywiście w nim był. Zresztą, samym wyrazem twarzy mówiła wszystko. I tylko niezwykle dobry obserwator w całym tym zgiełku zauważyłby, że figlarny, lekko szyderczy kształt, jaki przybrały usta Winter, miał za zadanie zatuszować to, jakie emocje - oprócz tych zwyczajnie pragnących korzyści - tak naprawdę nią targały. Na samą myśl, że mogłaby wypowiedzieć te jedno zdanie bez całej zadziornej otoczki, poczuła się dziwnie, jednak wciąż nie wracała do swojej wcześniejszej pozycji, trwając o wiele zbyt długą chwilę w nachylonej pozie. Dopiero gdy usłyszała za sobą donośny głos, który jej przerwał, wyprostowała się i opierając kilka palców o blat, odwróciła głowę w stronę wołającego z daleka Josha.
Szybki jesteś.
Ludzie! ― oznajmił nagle, kiedy znalazł się tuż przy stoliku i kładąc na nim obie dłonie, oparł się na wyprostowanych rękach. ― Zamówiłem dla wszystkich po jednym szocie, tak na rozgrzewkę. ― Powoli rozejrzał się po zebranych osobach, szczerząc przy tym zęby. ― Nie będziemy czekać na spóźnialskich, bo padniemy z pragnienia, nie? ― Dodał głośno i przy dosłyszalnym zadowoleniu wszystkich, przybił piątkę z dwoma chłopakami z grupy, którzy siedzieli najbliżej. Najwyraźniej nie zamierzał jednak długo stać w miejscu, bo już po chwili znalazł się tam, gdzie siedział zanim ruszył po blondynkę. Tym razem z drugiej strony Hatheway'a. Opadł na krzesło, zarzucając na jego barki jedno z ramion.
A wy jak tam? ― rzucił do obojgu, za moment zwracając się z kolei wyłącznie do czarnowłosego. ― Mam nadzieję, że zająłeś się naszą nową znajomą przez tych kilka minut, co? ― Łobuzerski ton głosu przyprawił Blythe o kolejny uśmieszek, który nie trwał długo, zastąpiony cieniem powstrzymywanego grymasu. ― Poznałeś ją z dziewczynami? ― Kiwnął podbródkiem w bok, pytając tak, jakby pytał o najoczywistszą sprawę pod słońcem. A w końcu taką by właśnie była, gdyby nie fakt, że ani Noah, ani tym bardziej Winter, nie mieli ochoty na zapoznawczy kącik, prawda?
Powrót do góry
 
Go down
Jack

avatar
256
#
Szarak
256


   
Pon Lut 13, 2017 10:32 pm
       
Kolejne jej słowa, ruchy… kurwa, cokolwiek co robiła, sprawiało, że powoli wtrącało to blondyna w lekkie zakłopotanie. Do momentu, w którym dosyć uważna osoba potrafiłaby zauważyć to na jego facjacie. Stulejka intensifies.
Nie mógł też liczyć na wsparcie swoich kumpli, no oczywiście poza tym mentalnym, którego to wydawałoby się, że dostawał od nich sporo. Ponieważ wszyscy się ładnie zebrali oraz, co dziwne kulturalnie usiedli przy stoliku najbliżej baru, żeby móc wypatrywać Dżeka i jego, hehe, nową koleżankę. No kurwa, zajebiście! Zawsze, gdy na chwilę się do nich obracał, próbował z przerażonym wyrazem twarzy wybłagać jakąkolwiek pomoc. A dostawał od nich jedynie cholerne uśmieszki i kciuki w górę. Kurwa, dzięki za waszę zasrane wsparcie, chuje. - Eee… spoko. - tak skomentował, odpowiedź na jego niewątpliwie średni komplement, i tak, tutaj właśnie skończyły mu się teksty. Zajebioza normalnie.
Nawet kiedy zaczęła powoli i delikatnie forsować dotyk, Olivier nie mógł wyczuć żadnego podstępu, podobnie, wtedy kiedy rozpoczęła te tanie i ograne do bólu zagrywki na podryw. Nie to, że jest tak ultra głupi, czy coś. Tylko przez ten jebany stres, wywołany jego stulejarnością w stosunku do płci przeciwnej. - N-nie, przyszedłem z k-kumplami. - odpowiedział, lekko kiwając nerwowo głową w stronę stolika, przy którym aktualnie oni siedzieli.
Wzrok jego kumpli, obecność zajebistej loszki, całe jego spierdolenie, kurwa, dosłownie wszystko sprawiało, że nie wytrzymywał tutaj nerwowo. Gdy jego umysłowy breakdown powoli nadchodził, totalnie znikąd pojawiła się pewna myśl, która mogła uratować jego godność… no może nie tyle, co godność, ale przynajmniej jego reputację.

Ej Dżek, może by tak pierdolnąć wszystkie jutrzejsze plany, nawet urodziny pierdolonej ciotki, i się jednak skurwić jak dziwka?
Jesteś genialny Dżek.
Wiem o tym Dżek.
Dzięki Dżek.
Nie ma za co Dżek.


- Barman! - zawołał, dosyć donośnym i pewnym siebie głosem, tak typowo do niego niepasującym. Po krótkiej chwili to pojawił się ów barman.
- Butelkę whisky, raz. - powiedział, po czym to wyciągnął z portfelu ostatnie hajsy, jakie to miał przy sobie i uderzył nimi łapą o blat. - Mam nadzieję, że wystarczy. - ten w odpowiedzi kiwnął mu jedynie głową i wydał mu resztę, której to nie zostało za wiele. Spod lady wyciągnął butelkę Jacka Danielsa i kieliona, by to mu nalać. Francuz uważnie i z powagą na twarzy przyglądał się barmanowi. Kiedy ten skończył lać, ku jego zaskoczeniu, zamiast za kieliszek, Stulejarz chwycił za butelkę, żeby to od razu wyjebać połowę zawartości z gwinta. Tyle mu wystarczyło, żeby z takiego trochę trzeźwego, przejść w prawdziwą alkoholową bestię.
- Koleś pojebało cię?! Nie będę z tego gówna pił jak jakaś pizda! - warknął groźnie w stronę barmana, który to jedynie się odsunął, by później powoli zacząć się oddalać od wściekłej stulejki. Przeniósł całą swoją uwagę na siedzącą obok niego Angel, do której to zalotnie się uśmiechnął i przeciągnął po blacie do niej kielona z whisky.
- Co tam mała, może się napijesz, hm? -
Nie był to ten sam człowiek co przedtem… jeśli można go jeszcze nazwać człowiekiem.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Wto Lut 14, 2017 1:57 pm
       
Spoko.
Całą sobą próbowała przesłać mu komunikat, że jest pijana, łatwa i chyba głupia, a ten zamiast kuć żelazo póki gorące, nagle chyba sobie przypomniał, że istnieje coś takiego jak frajerstwo i marnowanie takich okazji. Gdyby nie to, że poniekąd się zobowiązała do tego wszystkiego i właściwie szło jej honor laski, to machnęłaby dłonią i poszła w pizdu, wrzucając kolesia do odpowiedniego pudełka.
Takiego z napisem nie dotykać, urządzenie spierdolone.
Zerknęła na kumpli, gdy o nich wspomniał i wskazał ich głową. Borze. Przyglądali się temu całemu zajściu - jednak chyba również nie nabrali żadnych podejrzeń co do sytuacji - i chyba próbowali mentalnie wspierać swojego [i[brata[/i], ale ewidentnie szło im to chujowo. Podczas gdy Angel czuła na sobie spojrzenia koleżanek i szczerze modliła się, żeby, kurwa, nikt ze szkoły jej nie zobaczył. Niby miałą wyjebane na ludzi i się z nimi szczególnie bardzo nie wiązała, ale żywiła dziwne uczucie, że taka akcja mogłaby w pewien sposób odbić się na jej wątpliwej jakości reputacji.
Ale. Szatan w niej wiecznie żywy.
Moje koleżanki tam siedzą – wskazała dupeczki za sobą palcem. – Może usiądziemy wszyscy razem? Będzie... milej. – Co za uśmiech. Niechybnie właśnie w ten sposób uśmiechała się Helena Trojańska, gdy rozpętywała wojnę. W końcu skoro już miała zatonąć, zamierzała zabrać wszystko, co się tylko dało, ze sobą. I chuj.
A blondynowi najwyraźniej trybiki w mózgu zatrzeszczały, zaburczały i najwyraźniej wywołały jakieś spięcie. Angel aż drgnęła, gdy tak się wydarł i po prostu mu się przyglądała. Ale z pewnością nie tak, jak chwilę wcześniej - żadne tam dziwne uwielbienie wymieszane z parszywym podziwem, a spojrzenie mówiąc ni mniej, ni więcej, a dokładnie pojebało cię, kurwa, ty?
Zamówił whisky. I to nie szklaneczkę czy dwie, a całą butelkę. Uniosła brwi. Oho, czyżby właściwa część imprezy miała się właśnie zacząć? Ale. To i tak był chuj przy całej reszcie. Milczała, patrząc jak typek bierze butelkę i beztrosko wali z gwinta.
O stary – mruknęła do siebie. A później podsunął jej szklankę, więc podjęła jedyną słuszną decyzję tego wieczoru. Chyba. Uśmiechnęła się niczym wampir. – Koleś, pojebało cię? Nie będę z tego gówna piła jak jakaś pizda – odparła i złapała za szyjkę butelki, by zaraz samej się napić. Lecz nie aż tak zachłannie, bo jednak... no. Ona miała ochotę chodzić przynajmniej jakiś czas jeszcze na dwóch nogach. Wypiła może połowę zawartości, czyli właściwie ćwiartkę, i odstawiła butelkę na bar. Otarła usta i spojrzała na barmana. – Daj drugą.
Sięgnęła do torebki, wyjęła portfel i rzuciła hajsy na blat. No i chuj, większość hajsu zarobionych z krwawicą i bólem poszło się pierdolić. Jebać. Chyba właśnie Pan Stuleja zyskał minimalnie w jej oczach.
Butelka podana, reszta wrzucona niedbale do torebki i odkręciła butelkę, by pociągnąć z niej łyk.
Jebać. Właśnie chyba zmieniły jej się priorytety na ten wieczór.
To co dalej, co?
Sama jeszcze nie rzucała żadnymi propozycjami. Jeszcze. Była ciekawa, co po prostu jej powie.
Powrót do góry
 
Go down
Noah Hatheway

avatar
271
#Książę
Przewodniczący / Excelsior
271


   
Pią Lut 17, 2017 5:12 pm
       
Na usta cisnęło mu się wiele gorzkich słów, którymi w tym momencie mógłby zbombardować jasnowłosą, która – jak sądził – miała ze sobą jakiś poważny problem. Nie był specem od dziewczyn i kobiet, ale też nie próbował w żaden sposób zabrać się do ich rozszyfrowania, a już tym bardziej, gdy miał do czynienia z tak natrętnymi modelami. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek dawał Blythe sygnały, że ma u niego jakiekolwiek szanse, ale całkiem możliwe, że oboje działali na zupełnie innych zasadach.
Tym razem już się nie odsunął. Przechylenie się na bok o jeszcze kilka stopni mogłoby wyglądać co najmniej dziwnie, a robienie z siebie kretyna nie leżało w naturze czarnowłosego. W tej chwili prawdopodobnie tylko wyraz twarzy Noaha ratował Winter przed pazurami walecznych lwic, które chętnie zajęłyby jej miejsce obok. Przecież w większej mierze liczyło się to, czy to właśnie on był zainteresowany. Niemniej jednak fakt, że zdążył złapać z nią kontakt wzrokowy, którego wcześniej nie doczekał się nikt inny, dostatecznie podjudzał nieprzyjemną atmosferę, która nie powinna towarzyszyć takiemu spotkaniu.
Tak jak ty w moim ― musiał to uściślić, choć okrzyk Josha częściowo zagłuszył jego istotny przekaz. Obejrzał się za siebie przez ramię, od razu wyłapując zadowoloną twarz chłopaka, nie przejawiając żadnego entuzjazmu zamówionym alkoholem. Nie lubił pić i już planował, jak się od tego wywinąć. Tym bardziej, że wolał nie narażać się na utratę czujności w podobnym towarzystwie.
Payne nie miał okazji na dłuższe spoufalanie się, gdy Hatheway strącił z siebie jego ramię tuż po tym, gdy zdecydował się je tam położyć. Jego znajomy pokręcił głową z wyraźnym rozbawieniem, jednak tym razem powstrzymał się od ponownego uprzykrzenia mu życia, opierając łokcie o blat stołu.
Opowiadałem ci kiedyś historię o chomiku? ― spytał, jakby kompletnie minął się z tematem, który poruszył Josh. Nic dziwnego, że od razu doczekał się zdezorientowanego spojrzenia. ― Kiedyś poproszono mnie, żebym się nim zajął przez jakiś czas. Nie mam ręki do zwierząt, więc nie potrafiłem zakodować w pamięci, żeby codziennie zanosić jedzenie temu obgryzającemu klatkę gryzoniowi. Pewnie domyślasz się, jak się to skończyło.
Ale o czym ty w ogóle mów--
Excelsior uniósł rękę w uciszającym geście. Nawet nie spostrzegł się, że nie tylko siedzący obok Josh i Winter mieli okazję przysłuchiwać się tej jakże poruszającej historii biednego, zagłodzonego stworzonka – cały stolik nagle zamienił się w słuch, próbując przyswoić nadejście tej wiekopomnej chwili, w której postanowił podzielić się życiową historią, nawet jeśli brzmiała ona jak coś wyssanego z palca na rzecz zdeptania nadziei Payne'a.
Morał z tego taki, że powinieneś sam zajmować się swoimi zwierzętami. Ewentualnie przekazywać je w odpowiedniejsze ręce ― dokończył znacząco, zaledwie ukradkiem zerkając ku dziewczynie.
A ja ci ufałem! ― wykrzyknął z teatralnym poruszeniem, choć zaraz zaśmiał się pod nosem, uznając, że brunet musiał podkoloryzować sytuację, by w jego uszach zabrzmiała bardziej dobitnie. Zaraz przeniósł wzrok na blondynkę, która też musiała być tego świadkiem, przysłaniając częściowo usta ręką, jakby miał zamiar podzielić się z nią czymś, czego Noah nie powinien był usłyszeć. W rezultacie wyszło zupełnie na odwrót: ― Już to mówiłem, ale nie przejmuj się. Tylko zgrywa takiego buraka.
No jasne.
Josh klepnął go w ramię, prostując się i wystawił ramię przed siebie i otwartą dłonią wskazywał kolejne osoby, które sam postanowił przedstawić, mimo że wszyscy byli na tyle duzi, by zrobić to samodzielnie. Kolejno wymienił Sashę, Marię, Patricka, Thomasa, Angelinę, Audrey, Dominica i Kate, z czego jedynie męska część.
Rzecz jasna to tylko niewielka część naszej grupy, ale jestem pewien, że w swoim czasie zapamiętasz wszystkie imiona.
Powrót do góry
 
Go down
Jack

avatar
256
#
Szarak
256


   
Wto Lut 21, 2017 7:02 pm
       
Jego rodzice aktualnie przewracali się w grobie, jednocześnie ciesząc się pewnie, że nie mają z tym debilem nic wspólnego. Najebany Jack to nie jest zwykły najebany koleś, który wypierdala się co dwa kroki i gada jak potłuczony... a pewny siebie cholerny Alvaro, pierdolony zawadiaka i pojeb. Już i tak na trzeźwo jest uważany za dosyć mocno pokurwionego człowieka, a co dopiero po pijaku. Co czyni go bardzo dziwnym przypadkiem.
Nie tylko zachowanie mu się zmieniło, ale również barwa głosu. Ze stulejarnego miłego głosiku, w znacznie niższy i stanowczy.
Czas przejść do akcji.
Spojrzał na koleżanki Angel. Szczerzę? Były całkiem ruchable, nawet niektóre lepsze od jego aktualnej rozmówczyni. Ale nie…
Jebać to! Na razie zajmę się tą loszką tutaj, później zajmę się tamtymi hehe - pomyślał pijany i niespełna rozumu Dżek.
Następnie przeniósł swój wzrok ponownie na Angel. - Jebać tamte głupie pizdy, teraz liczysz się ty i tylko ty, beauté. - stwierdził, dodając do tego charakterystyczny francuski akcent, z którego blondas jest znany, lecz im bardziej był podpity, tym ów akcent brzmiał mniej wkurwiająco, jak i mniej pizdowato. - A i gdzie są moje maniery. Jestem Jack. Jack Olivier. - przedstawił się, by w następnej kolejności ująć jej dłoń i pocałować. Odwrócił się na chwilę w stronę swoich kumpli, którzy zdążyli już dawno stracić zainteresowanie całym tym zajściem. Bo ponownie zaczęli popijawę. W sumie, w tym momencie miał to głęboko w dupie, był na tyle pewny siebie, że na kiego chuja mu wsparcie innych stulejek.
Co się tu odkurwia… locha bierze butelkę i też nakurwia z gwinta, też nie chce pić z zasranej szklanki.
O chuj. Oczy blondasa zabłyszczały, na twarzy zamiast wyrazu typowego skurwiela, pojawiło się jedno wielkie zdziwienie. Serce zaczęło mu napierdalać jak szalone. Patrzył się tak kurwa pustym wzrokiem na nią przez dłuższą chwilę… n-nie wierzę, loszka idealna…
Szybko się otrząsnął, uśmiechnął się jak popierdoleniec i chwycił szklankę i rozjebał ją o podłogę.
Znacząco się do niej zbliżył. Ponownie ujął jej dłoń i spojrzał się jej głęboko w oczy.
- Chodź coś odpierdolić. Nie wiem, zajebać komuś samochód, pobić jakichś pedałów, okraść warzywniaka, czy nawet wpierdolić się do zoo. Cokolwiek, czuję, że z tobą mógłbym wszystko odjebać. - rzucił, po czym wziął sobie grzdyla z jej butelki i przetarł twarz prawą ręką. - A później bym cię wyruchał jak szmatę. - dodał z pojebanym uśmiechem na twarzy.
Powrót do góry
 
Go down
Gość

avatar
#Gość


   
Czw Lut 23, 2017 6:34 am
       
Angel po pijaku puszczały hamulce. Nie, żeby i na trzeźwo miała jakieś większe opory przed pewnymi posunięciami, aleee... po pijaku po prostu wszystko szło sprawniej. Szybciej. Łatwiej. No i znacznie mniej przejmowała się tym, co może stać się jej samej - a przy jej brutalnie rozwiniętym egocentryzmie to nie było byle co. Zwykle zwracała uwagę na to, czy dana rzecz mogła jej zaszkodzić. A teraz? Powoli zacierała się ta granica.
Już pomijając to, że i tak sama z siebie była zwyczajnie i po ludzku kompletnie popierdolona i cholera raczyła wiedzieć, czy nie przerastała na tym gruncie Jacka.
Powoli zaczynała zwracać uwagę na te początkowo korekcyjne zmiany w zachowaniu blondyna. Z każdą chwilą najwyraźniej rosły mu jaja i charakter się zaostrzał. Z jednej strony wzięła to za plus. Z drugiej jednak - chuj wie, czy teraz przypadkiem coś mu nie odjebie i może nie zechce się zwyczajnie odjebać od niej, gdy już wyciągnie go na zewnątrz.
Barman postawił przed nią wcześniej zamówione drinka, lecz nie uraczyła biedaków nawet jednym, choćby przelotnym, spojrzeniem.
Nie nadają się do jebania. Nie są dość giętkie – odparła jakoś niemalże automatycznie nastawiona na miażdżenie wszystkich i sprowadzanie ich do poziomu przeciętnego gówna. A tymczasem Jack złapał ją za dłoń i złożył na niej pocałunek, nim się przedstawił. Jak uroczo. Jak klasycznie. Butler roześmiała się głośno. – Mów mi Angel – zniżyła nieco głos, przysuwając się lekko, by móc niemalże wymruczeć mu to do ucha, jakby to był niesłychany sekret. Choć pewnie mogłaby równie dobrze z pełną powagą oznajmić mu, że nazywa się Bakłażan Błażej, a mógłby nie zauważyć niczego podejrzanego.
I rozjebał szklankę. Angel powędrowała za nią wzrokiem i jeszcze krótką chwilę przyglądała się połyskującym kawałkom rozbitego szkła oraz alkoholowej plamie z whisky. I bez zastanowienia ujęła tego swojego nieszczęsnego drinka w dłoń i równie ślicznie zrzuciła go na podłogę, by ponownie roześmiać się na głos.
Odwróciła się z powrotem do Oliviera i zarejestrowała, że jest blisko. Łochuj, nawet za blisko chyba, gdyby miało to jakieś większe znaczenie.
Jest jebana zima – oznajmiła, choć uśmiech nie gasł na jej twarzy. Zarzuciła Jackowi za to jedną rękę na kark/ Bo mogła. I no kurwa. Do zoo w środku zimy? W kiecce? Gdyby jeszcze ciepło było, to może i daliby radę jakoś się wślizgnąć, przejść nad płotem czy cokolwiek. Ale tak? No bez szans. – Pewnie, że możesz wszystko. Ale wiesz, co byłoby cholernie zajebiste? Gdybyś rzucił stołkiem w tę śliczną szklaną półeczkę za barem – zamruczała słodko, przysuwając się bliżej. I bliżej, i bliżej, niemalże dotknęła wargami jego ust, acz w porę się zatrzymała. – Zrób to. I spieprzamy stąd, nie przepadam za publiką.
Odsunęła się. Zabrała dłoń z karku Francuza, złapała zamiast tego torebkę i butelkę, którą kupiła chwilę wcześniej. Z szatańskim uśmiechem. Czy go podpuszczała? No kurwa, że tak. Miała szczerą nadzieję, że to zrobi, żeby ona mogła sobie popatrzeć, jak zgarnia go najpierw ochrona a później policja. Czy coś. Już z głowy jej wyleciał ten zakład, bo jebać. Kto by przejmował? Pewnie kolesia nigdy więcej na oczy nie zobaczy, co jej tam zależało.
Wsunęła torebkę pod pachę i wolną ręką odkręciła korek, by pociągnąć solidny łyk z butelki. Cały czas przyglądała się przy tym Jackowi, wyczekująco. Jebnie? Nie jebnie? Ktoś od razu zareaguje? Czy może on sam nie da czasu nikomu na reakcję, tylko dotrze do niego, co odjebał - kierowany wprawdzie przez alkohol i penisa - i popisowo rozpocznie taktyczny odwrót? Czy może będzie miał wyjebane?
Kierwa, tyle opcji.
A ona czekała!
Powrót do góry
 
Go down
Winter Blythe

avatar
193
#Dusza Towarzystwa
193


   
Czw Mar 02, 2017 12:25 am
       
Chłodny wyraz jego oczu mówił wszystko. Dosłownie wszystko. Nie musiała słyszeć dokładnego przesłania, żeby zrozumieć, jak bardzo przekazywał jej do zrozumienia, że nie ma przy nim czego szukać. Pomimo tego, że dziarski uśmieszek non stop nie schodził z buzi Blythe, faktycznie musiała przyznać, że... trochę ją to zabolało. Och, przecież nie była zdzirą bez serca, prawda?
Patrz, co ona robi... ― Z zajętych krzeseł obok dało słyszeć się coraz głośniejsze, dziewczęce, niezadowolone szepty. Były jednak niczym w porównaniu z szeptami, jakie rozpoczęły się w momencie, w którym Noah przestał mówić. Josh, który zdawał się ani przez sekundę poważnie nie przejąć słowami czarnowłosego, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat, sprawił, że emocje w Winter zagotowały się żywym ogniem. Zacisnęła zęby, nie mogąc przestać oderwać wzroku od oczu Hatheway'a. Na ledwie widoczne w ciemnościach pobladłe usta cisnęły jej się przeróżne odpowiedzi, od najlżejszych do najmniej odpowiednich obelg, którymi w tamtej chwili miała ochotę go obrzucić. Z całych sił powstrzymując się przed splamieniem "dobrego" wizerunku przed resztą grupy, obdarzyła rówieśnika jak gdyby chłodnym drżeniem kącików ust.
Obserwując Noaha zdecydowanie za długo, z perspektywy kogoś, kto znał ich oboje, musiała wyglądać nieco przerażająco. O ile oczywiście miało się pojęcie, do czego w ramach zemsty rzeczywiście była zdolna. A do czego zdolny był on?
Mam to gdzieś ― syknęła nagle, kiedy dotarła do jej uszu przedstawiana Audrey. Tak cicho, że tylko ktoś, kto siedział blisko, mógł w pełni dosłyszeć wypowiedziane przez nią zdanie. Widząc pytające spojrzenie Josha, który po dokończeniu wyliczanki zerknął na blondynkę, raptownie zmieniła ton głosu ― Mam tu coś ― i zgarniając niewidzialny kosmyk z czoła, teatralnie zamrugała oczami, żeby nie było, rzucając w stronę wymienionych osób krótkie, nieszczere fajnie was poznać.
...fajnie, możesz już zwijać. ― Jedna z siedzących przy stoliku brunetek z pewnością nie zamierzała udawać, że obecność Winter ani troszeczkę jej nie przeszkadzała, nawet specjalnie nie starając się, by wypowiadane przez nią sarkastyczne półszepty nie dotarły do nowej.
Wypijemy za to? ― Zerkając po wszystkich, na widok kelnera niosącego tacę pełną kieliszków, jasnowłosa niedbale machnęła ręką, dobitnie olewając zagrania dziewczyny, której imienia nawet nie zapamiętała.
Jeszcze. kurwa. chwila.
Brzęk stawianego szkła był niczym ukojenie dla jej naderwanych nerwów, które z każdą minutą zaczynały dawać o sobie znać. Chociaż żeńska część podsycała zepsuty humor Win, nie ona miała na niego największy wpływ. Podnosząc pierwszy z brzegu kieliszek, nie czekając na pozostałych, na znak toastu jednym haustem wypiła alkohol, lekko się przy tym krzywiąc, a potem...
A pić potrafisz czy tego na bankietach nie uczą? ― Po raz trzeci przechylając sylwetkę bliżej drugiego siedzenia, oparła zgięty łokieć na oparciu Noaha, raz jeszcze zresztą naruszając jego cienkie granice. Wypowiedziała to w taki sposób, że chyba głupi pojąłby, iż chodziło o wcześniejsze nawiązanie do chomika, a raczej stwierdzenie, że Josh powinien "sam zajmować się swoimi zwierzętami". Ba, jakby sama była mistrzynią w piciu. Ale... zgrywanie w obecności Hatheway'a nieczułej na jakiekolwiek zimne odzywki, przestało mieć największe znaczenie. Atmosfera robiła się nieciekawa i chyba tylko męskie grono, pomijając ciemnowłosego Excelsiora, dobrze się bawiło, gestem zachęcając go do tego, by razem z nimi wypił pierwszego szota.
Powrót do góry
 
Go down
Sponsored content

#


   
       
Powrót do góry
 
Go down
 
LUX Club [SW]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
     Strona 3 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
 Similar topics
-
» Host Club
» Exclusive Gentlemen's Club "Joie de Vivre"

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: