IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Knajpa "The Red Lion" [SW]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Riley 'Woolfe' Winchester
Prefekt Naczelny
Introwertyk



Liczba postów : 439
Godność : Riley Starr Thatcher-Winchester

PisanieTemat: Re: Knajpa "The Red Lion" [SW]   Nie Lis 27, 2016 10:48 pm

Starał się zachować trzeźwość myślenia.
Choć głowa nadal nieznacznie go pobolewała, wirowanie ustało całkowicie. Nie bez powodu jednak w jego umyśle panował teraz olbrzymi zamęt, którego nijak nie potrafił w danym momencie uciszyć. Palce wstukały smsa do przyjaciela i choć wyraźnie starał się zachować obojętną mimikę, w jego oczach przebijało się poczucie winy, rosnące z każdą sekundą.
Zostawiłeś go dla randki z kimś, kto nawet cię nie chce. Drugi raz został sam. Drugi raz dzięki wam. Siedź sobie beztrosko, zajadaj się jedzeniem i patrz. No dalej, patrz na niego.
Nie chciał go słuchać. Mimo to nie udało mu się powstrzymać odruchu nieznacznego podniesienia głowy, by spojrzeć na Ryana. Obserwował go, nie odrywając od niego wzroku.
Gdybyś po prostu odszedł i nie dał się sprowokować, nic by się nie wydarzyło. Ale musiałeś unieść się dumą. Wdałeś się w bójkę, wciągnąłeś w to i niego. Sprawiłeś, że przez ciebie dostał na tyle porządnie, byś musiał mu pomóc zebrać się z ziemi. Myślisz, że jest zachwycony z bójki z byle robakami?
Był pewien, że nie był. Ani tamta dwójka, ani ich przywódca nie byli warci zmarnowanego na nich czasu. Nie byli warci ani jednego otarcia czy siniaka. Nie byli warci problemów, jakie mógł sprawić Ryanowi i Chesterowi. Nie byli warci utracenia stypendium czy pozycji, jaką udało mu się osiągnąć w Riverdale.
Wszystkie te słowa, wypowiedziane podwójnie - najpierw przez Wilka, a następnie przez niego, sprawiły że w końcu oparł się ciężko o stół, praktycznie rzucając na niego telefon i schował twarz w dłoniach z wyraźnym zmęczeniem. Nie miał już siły przepraszać. Wiedział też, że jego przeprosiny nie będą dla Grimshawa nic znaczyły.
Chciał zapytać o wiele rzeczy.
Czy na pewno nic mu nie jest? Czy nie jest na niego zły? Czy uważa całą sytuację za efekt jego głupoty?
Mimo to nie zapytał o nic, nie chcąc w tym momencie napotkać tego samego nieporuszonego, chłodnego spojrzenia, które w podobnych sytuacjach potrafiło wzbudzić w nim jedynie poczucie, że był kretynem. Kretynem, który nieustannie robił sobie nadzieje.
Świetnie. Może być stek — rzucił beznamiętnym tonem i wykrzesał z siebie nieco energii, by zawołać kelnerkę i podać jej swoje zamówienie. Dał też chwilę Ryanowi na zrobienie tego samego, dopiero po chwili skupiając się na jego następnych słowach. Zupełnie automatycznie uniósł dłoń do twarzy, przecierając kącik ust i policzek palcami, wymacując ostrożnie siniaka przy uchu. Zostały na nim resztki krwi?
Tak zrobię. Zaraz wrócę, możemy się wymienić — powiedział kiwając głową i zostawił wszystkie swoje rzeczy, by skierować kroki do łazienki. Nie zdziwiło go, że Wilk zeskoczył na ziemię, sunąc tuż za nim ze złośliwym chichotem. Dopiero przed drzwiami, wyraźnie utracił odwagę.
No dalej, złoty chłopcze. Naciśnij klamkę. Wejdź do środka.
Trzęsącymi się dłońmi, naciągnął głęboko kaptur na głowę, wchodząc do środka z wzrokiem wbitym w ziemię. Wiedział. Trwało to jedynie ułamek sekundy, ten czas wystarczył jednak by dostrzegł cały rząd luster odbijających w sobie całą łazienkę. Nawet nie zdawał sobie sprawy, kiedy jego zdenerwowanie osiągnęło taki poziom, by nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a dłonie zaczęły się pocić z wyraźnego nadmiaru stresu. Zacisnął zęby i ruszył bardzo powoli do przodu, sięgając szybko po papier, stając przed umywalką. Zdjął kaptur i zamknął oczy, nachylając się nad strumieniem wody, by ochlapać twarz wodą, starając się doczyścić wszelki brud czy krew, które mogły na niej pozostać. Ręka zakręciła na ślepo kurek i sięgnęła ku papierowi, by otrzeć się z wilgoci.
Riley. Hej, Riley. Spójrz na mnie.
Zacisnął mocniej powieki, chowając się za cienką warstwą papieru, która w tym momencie stanowiła jego jedyną broń przed głosem, który znał aż zbyt dobrze. Przed wspomnieniami. Przed czynami, których żałował. Przed samym sobą. Odwrócił się gwałtownie w stronę drzwi, dopiero wtedy uchylając nieznacznie powieki, wbijając spojrzenie w ziemię i wyrzucić papier do kosza.
Wracaj tu, ty pieprzony tchórzu. SPÓJRZ NA MNIE. SPÓJRZ. NO DALEJ. POTRAFISZ TYLKO UCIEKAĆ.
Nie chciał widzieć. Nie chciał go słyszeć. Wszystko momentalnie pociemniało, gdy zacisnął dłonie na skroniach, naciągając kaptur jak najmocniej na twarz. Próbował zmusić drżące nogi do ruchu, mimo że zdawało mu się, że gdy tylko oderwie stopę od podłoża, runie w ciemną otchłań. Nieustannie towarzyszące mu warkotliwe wrzaski dokładały tylko coraz większy ciężar na jego barki, które i tak zwisały już posępnie, trzęsąc się podobnie jak cała reszta ciała.
Nie dasz rady, Riley. Nie dasz rady wiecznie przede mną uciekać. Nie dasz rady uciekać przed przeszłością. Bo przecież doskonale znasz prawdę. Od samego początku. Czego tylko się dotkniesz, sprowadzasz na to pecha. Towarzyszy ci od samego początku. BYŁOBY LEPIEJ GDYBY CIĘ NIE BYŁO. BYŁOBY LEPIEJ GDYBYŚ PO PROSTU ZE SOBĄ SKOŃCZYŁ.
Sygnał.
Przerwał odrętwienie wypadając z łazienki jak oparzony i zatrzasnął za sobą drzwi. Nie mógł wyglądać dobrze. Mokre kosmyki przylepiające się do jego czoła - niewiadomo czy za sprawą wody, czy potu - choć idealnie zgrywały się faktem, że był blady jak ściana, nadawały mu wygląd kogoś, kto właśnie solidnie przedawkował. Cichy szept z prawej strony, sprawił że momentalnie odwrócił głowę w tamtym kierunku, mierząc się spojrzeniem z jakąś kobietą, która momentalnie się speszyła i odwróciła w drugim kierunku.
Zacisnął zęby i pokręcił głową, idąc szybkim krokiem w stronę stolika. Usiadł ciężko na swoim miejscu, starając się opanować narastającą panikę, chowając nadal drżące dłonie pod stolikiem. Zęby zacisnęły się na wewnętrznej stronie wargi tak mocno, by poczuł wypełniającą mu usta krew.
Mówili ile będziemy czekać? — zapytał sztywno, robiąc przerwy przy każdym słowie, nadal próbując dojść do siebie. W rzeczywistości miał w tym momencie szczerą nadzieję, że Jay sam postanowi pójść do łazienki, dając mu kilka minut na odzyskanie stabilności psychicznej. Wiedział bowiem, że nie będzie to możliwe w jego obecności. Jednocześnie potrzebował go, by w ogóle tu zostać.
Riiiley.

_________________
Powrót do góry Go down
Ryan Jay Grimshaw
Zbuntowany
Vice-Przewodniczący Sapphire



Liczba postów : 406
Godność : Ryan Jay Grimshaw.

PisanieTemat: Re: Knajpa "The Red Lion" [SW]   Sob Gru 17, 2016 8:07 pm

Niełatwo było wyczytać cokolwiek z wyrazu jego twarzy, jednak po wielu latach spędzonych w obecności Grimshawa można było przyzwyczaić się do jego zubożałej emocjonalności. Dla niektórych z kolei niewiedza mogła być irytująca. Rzadko kiedy mówił co siedziało mu w głowie, a jeszcze rzadziej to okazywał. Choć w tym momencie równie dobrze mógł być niezadowolony z wcześniejszego przebiegu wydarzeń, w gruncie rzeczy żaden mięsień na jego twarzy nie ośmielił się drgnąć, by naprowadzić obserwatora na fakt, że obecnie mógłby być poirytowany.
Ale nie był.
W przeciwieństwie do Winchestera z łatwością zostawił to za sobą, chociaż zmęczenie dzisiejszym dniem dawało mu się we znaki, a miejsca, w które oberwał od bandy osiłków, próbowały cofnąć jego pamięć do tamtego momentu, by obudzić w nim chęć zemsty. Zemsty wobec kogoś, kto w gruncie rzeczy nie był wart jego uwagi. Już wtedy był pewien, że tak bezmyślne zaczepianie innych nie zaprowadzi ich nigdzie indziej, jak tylko na komisariat policji, jeśli kiedyś chęć powiększenia sobie penisa obudzi się w nich w niewłaściwym momencie i o niewłaściwym czasie. O Chesterze z kolei już w ogóle nie próbował myśleć. Dzisiejszego dnia zrobił już wystarczająco dużo i gdyby nie mieli wystarczająco dużo szczęścia, już teraz sami zeznawaliby przed mundurowymi.
Spojrzenie szarych tęczówek, które dotychczas śledziło obraz za oknem, przesunęło się nieznacznie w bok, skąd ciemnowłosy był w stanie wychwycić przyglądającego się mu Riley'a, jednak dopiero kiedy ten ukrył twarz w dłoniach, Jay zdecydował się odwrócić głowę, chociaż nie odezwał się ani słowem, uznając, że cisza była tym, czego Thatcher w tym momencie potrzebował najbardziej. Nie wspominając już o tym, że Ryan był ostatnią osobą, która powiedziałaby mu, że nic się nie stało albo że nie powinien się tym przejmować.
Tylko espresso ― poinformował kelnerkę i kiwnął głową do Starr'a, gdy ten postanowił skorzystać z rady. A zdarzało się, że lubił robić rzeczy po swojemu, co według szatyna niekoniecznie zawsze wychodziło mu na dobre.
Odprowadził chłopaka wzrokiem i oparł łokcie o blat stołu, przesuwając wzrokiem po lokalu. Dzięki temu dość szybko wychwycił kelnerkę, która w krótkim czasie zdążyła zrealizować jego zamówienie. Niewielka filiżanka z parującą kawą i szklanka z wodą już znajdowały się na tacy, którą niosła. Gdy tylko oba naczynia stuknęły o drewnianą powierzchnię, a Grimshaw znów został pozostawiony sam sobie, upił pierwszy łyk pobudzającego napoju, nie zamierzając czekać aż ten choć trochę ostygnie.
Rzucił go na głęboką wodę.
W myślach tylko odliczał czas, jaki zajmie mu doprowadzenie się do porządku z niewidzialnym ciężarem na barkach. Ciężarem, którego jeszcze nie zrozumiał. Gdy wśród gwaru wychwycił cich skrzypnięcie podstarzałych zawiasów, przeskoczył wzrokiem w kierunku, gdzie wcześniej zniknął jego kumpel. Wystarczyło, że pobladła twarz wybiła się na tle ciemniejszych ścian, a szarooki już niedyskretnie zawiesił na niej swoje spojrzenie, jakby miał stać się dla niego kolejnym problemem, przed którym ciężko było uciec. Wyglądał zbyt źle, poruszał się zbyt szybko, zachowywał się zbyt dziwnie.
„Mówili ile będziemy czekać?”
Pociągnął kolejny łyk kawy, nie spiesząc się z odpowiedzią. Nawet kiedy już przełknął kolejną porcję ciemnego płynu, siedział cicho, jakby zadawanie mu jakichkolwiek pytań było nie w porządku ze strony złotookiego. Zwłaszcza wtedy, gdy to Jay powinien zdawać pytania.
Czego się boisz, Winchester?
Pewnie jakieś piętnaście minut ― odpowiedział w akompaniamencie cichego stuknięcia filiżanki o talerzyk. Zaraz po tym dało się usłyszeć głośniejsze szurnięcie, gdy przesunął szklankę z nieruszoną wodą w stronę prefekta. ― A na razie postaraj się nie odpaść drugi raz ― mruknął, odbarczając go z ciężaru swojego wzroku, ale tym razem i idiota zdałby sobie sprawę z tego, że nie wierzył, że zbierało mu się na omdlenie, nawet jeśli pewne objawy na to wskazywały. Równie dobrze mógł mówić wprost.

_________________

Powrót do góry Go down
Riley 'Woolfe' Winchester
Prefekt Naczelny
Introwertyk



Liczba postów : 439
Godność : Riley Starr Thatcher-Winchester

PisanieTemat: Re: Knajpa "The Red Lion" [SW]   Sob Sty 21, 2017 5:43 am

Potrzebował chwili.
Scena, która rozegrała się w łazience przesuwała się gdzieś skrawkami w jego umyśle raz po raz, niczym przeklęty film, który zaciął się na dobre. Nawet uparte klikanie w wyłącznik nie dałoby w tym momencie żadnego efektu.
Właśnie dlatego, choć wielu osobom panująca między nimi cisza mogłaby się wydawać krępująca i nieprzyjemna, w tym momencie była tym czego Riley potrzebował najbardziej. Ciche podszepty, które momentami gwałtownie pogłaśniały swój ton sprawiały, że czuł się jakby w każdej chwili psychoza mogła osiągnąć apogeum doprowadzając go na skraj. Właśnie dlatego stoicki spokój Grimshawa był tym, czego najbardziej potrzebował.
Piętnaście minut.
Okres ten mógł w tym momencie wydawać się zarówno niesamowicie długi, jak i krótki. Przesunął językiem po wardze, czując już zasklepiającą się, drobną ranę, którą sam przed chwilą sobie zrobił, zbyt mocno zaciskając na niej zęby. Mrowiące uczucie, nie zasługujące na miano bólu, zdawało się stopniowo przywracać go do rzeczywistości, wraz ze wszystkimi znajomymi dźwiękami, które go otaczały. Stuknięcie filiżanki o talerzyk, gwar rozmów dosłyszalnych zewsząd, szurnięcie szklanki po stole. Były to dźwięki, które jako kelner słyszał codziennie. Być może dlatego jego oddech w końcu zdawał się wyrównać i odzyskać wcześniejszą miarowość, gdy wyciągnął dłoń ku szklance, oplatając wokół niej palce. Tym razem już nie drżała. Czuł jak oprócz stabilności fizycznej, powraca także ta psychiczna, wraz z którą był w stanie podnieść twarde, zdecydowane spojrzenie złotych oczu na Grimshawa. Gdyby ktoś spojrzał na nich z boku, nie mógłby zapewne z pełnym przekonaniem stwierdzić czy było to jedynie zwyczajne skrzyżowanie wzroku czy stworzenie dogodnego środowiska dla drobnego pola bitwy, które właśnie zostało między nimi rozciągnięte.
Mam ci przypomnieć, kto komu pomagał iść? — odbił piłeczkę unosząc brew w bezczelnym odruchu, w tym samym czasie podnosząc szklankę do ust. Chłodna woda przyniosła ulgę gardłu i spierzchniętym ustom, jednocześnie skutecznie przerywając kontakt wzrokowy z Jayem, co tylko potwierdzało, że Starr od samego początku nie zamierzał się z nim pojedynkować.
Chester mi nie odpisuje — rzucił ściągając nieznacznie brwi w wyraźnej konsternacji, gdy zerknął na telefon. Postanowił jednak odpuścić. Może nie przeczytał wiadomości. W końcu był pewien, że grupa go nie dopadła, a gdyby wygadał się policji, siedziałby teraz nie w knajpie, a radiowozie. Odłożył nieco mocniej szklankę na stół, podnosząc wzrok na Ryana. Nachylił się nieznacznie i wyciągnął rękę w jego kierunku, nie odrywając wzroku od jego twarzy.
Podziel się. Skoro tak dbasz, bym nie odpadł — rzucił z nutą prowokacji z głosie, wyginając kąciki ust w nieznacznym uśmiechu, gdy zerknął na jego kawę. Nawet jeśli doskonale wiedział, że Jay zamówił swoje zwykłe, paskudne, gorzkie espresso. Riley choć nienawidził słodkich rzeczy, miał słabość do kawy ze słonym karmelem, który nadawał jej jakiegokolwiek smaku.
Teraz jednak, gdy już postanowił dębić od przyjaciela napój, było mu wszystko jedno i zdecydowanie nie zamierzał narzekać. Machnął nieznacznie palcami, jakby chciał tym samym przyspieszyć jego decyzję.
Mimo że nie do końca wierzył, że Grimshaw miał w planach dzielenie się z nim czymkolwiek.

_________________
Powrót do góry Go down
Ryan Jay Grimshaw
Zbuntowany
Vice-Przewodniczący Sapphire



Liczba postów : 406
Godność : Ryan Jay Grimshaw.

PisanieTemat: Re: Knajpa "The Red Lion" [SW]   Czw Sty 26, 2017 3:59 am

Czego innego się spodziewał? Postawa Winchestera zmieniła się z momentu na moment. Przez chwilę wydawało mu się, że nie miał do czynienia z tą samą osobą, która jeszcze chwilę temu prezentowała się tak, jakby faktycznie ujrzała przed sobą ducha, po czym próbowała pozbierać się, wmawiając sobie, że tylko jej się przywidziało. Nie rozumiał potrzeby tego całego cyrku, który może i sprawdziłby się w swojej roli, gdyby nie to, że Grimshaw przyglądał mu się już od momentu powrotu z łazienki. Nic dziwnego, że nawet nie próbował odpowiedzieć mu wyzywającym spojrzeniem – to nadal przypatrywało mu się z zupełnie naturalną cierpliwością, jakby szczeniackie zaczepki nie robiły na nim wrażenia.
Przynajmniej odzyskał język w gębie.
Jeśli masz ochotę powspominać ― rzucił, a przechyliwszy nieco głowę, wsparł ją o dłoń w wyczekującym geście. Nie byłby sobą, gdyby nie potrafił odpłacić mu się dokładnie tym samym, a piłeczka znów poszybowała ku Riley'owi: ― Wtedy ja przypomnę, kto kogo zbierał z ziemi. Niezła gra ― mruknął, zataczając niewielkie koło uniesioną filiżanką i opuścił wzrok na kawę, która lekko zawirowała pod wpływem wykonanego ruchu. Wyglądało na to, że nawet Jay zdawał sobie sprawę, że nie wyciągnie ze Starr'a nic ponadto, a co za tym szło – nie próbował naciskać bardziej niż było to konieczne.
„Chester mi nie odpisuje.”
Pewnie musi przebierać kołami i spieprzać przed właścicielem lokalu, w którym zrobił zamieszanie ― wspomniał z wyczuwalną nutą niezadowolenia w głosie. Heachthinghearn z dnia na dzień uświadamiał mu, że nie potrzebował nauki chodzenia, a raczej trzymania gęby na kłódkę. Ryan miał też kolejną teorię na ten temat – związaną właśnie ze zgarnięciem go przez policję – ale zanim zdążył się nią podzielić, wyciągnięta ręka złotookiego odwróciła jego uwagę. Na szczęście nie musiał pytać, czego od niego chciał, skoro chłopak szybko upomniał się o nieswoje.
Uniósł filiżankę wyżej, jakby już miał zamiar przekazać ją Thatcher'owi – w końcu był uosobieniem dobrego kumpla – jednak ostatecznie sam upił łyk, na koniec końcówką języka przesuwając po brzegu naczynia, nie chcąc, by cokolwiek się zmarnowało, ale perfidny błysk w szarych tęczówkach świadczył o tym, że gest ten był na tyle zamierzony, by skutecznie zniechęcić prefekta do dobierania się do jego własności. Czasem dobrze było nie robić sobie większych nadziei.
No masz.
Książę Riley Winchester, co?
Wystarczyło ładnie poprosić, a wtedy może bym się zastanowił. Machanie ręką zostaw dla przydupasów ― wymruczał, mierzwiąc włosy z boku głowy. ― Skąd to rozbestwienie? Nie przypominam sobie, żebym szczególnie cię rozpieszczał ― rzucił mrukliwie, w gruncie rzeczy nie oczekując żadnej odpowiedzi. Tym razem i tak tylko się droczył, a – jakby nie patrzeć – i tak poświęcał mu dużo swojego czasu, jak na grimshawowskie standardy. To już nie były godziny.
To były lata.

_________________

Powrót do góry Go down
Riley 'Woolfe' Winchester
Prefekt Naczelny
Introwertyk



Liczba postów : 439
Godność : Riley Starr Thatcher-Winchester

PisanieTemat: Re: Knajpa "The Red Lion" [SW]   Pon Lut 13, 2017 9:28 pm

Westchnął.
Rozmowa zaczynała go zwyczajnie męczyć. Pomijając fakt, że nadal od czasu do czasu odczuwał nieprzyjemny ból głowy, nadal wisiała nad nimi wizja ich ostatniej kłótni, po której dosłownie wyjebał z pokoju jak nienormalny, to jeszcze teraz z każdą minutą miał ochotę zrobić to ponownie. Zadziwiające, że obecność osoby, u której oprócz gdzieś istniejącego stresu związanego z jego upierdliwymi uczuciami, zawsze potrafił znaleźć spokój i czuć się na miejscu - teraz zmieniła się wręcz o sto osiemdziesiąt stopni, doprowadzając do sytuacji, w której niemalże nie mógł znieść siedzenia naprzeciw niego.
Jasne, wygrałeś. Twoje podniesienie jest warte o dwa punkty więcej niż moje, gratulacje — rzucił znudzonym tonem, odwracając się w bok, by oprzeć dłoń na policzku, podpierając go tym samym, gdy obserwował lokal wokół. Napotkał przez chwilę wzrok jednej z tych samych kobiet, które obserwowały go wcześniej, jednak podobnie jak wtedy, gdy tylko zauważyła że na nią patrzy, odwróciła się spanikowana w drugą stronę. Powstrzymał ciężkie westchnięcie.
Dodatkowy powód, dla którego miał ochotę opuścić ten lokal szybciej niż planował. Skrzywił się nieznacznie i odsunął w tył, opierając plecami o kanapę.
Zapłaciłeś, wytrzymasz.
Gdy tylko wypowiedział te słowa do samego siebie, miał ochotę zaśmiać się na głos. To wyjście miało być przyjemnością. Pierdolony absurd.
Nie skomentował słów Ryana na temat Chestera, poruszając się jedynie na kanapie, zupełnie jakby sam nie mógł się zdecydować czy powinien bronić kumpla czy też nie. W końcu na swój sposób wiedział, że Jay miał rację. Gdyby nie wrzaski Heachthinghearna, nie byłoby prawdopodobnie żadnego problemu. Tym razem nie powstrzymał westchnięcia, drapiąc się po karku.
Nie wiem co ci powiedzieć, Jay — rzucił w końcu szczerze, podnosząc na niego zbolały wzrok. Rozdarcie między obiema stronami było widoczne nawet w jego tęczówkach. Z pewnością Grimshaw znał go na tyle dobrze, by wiedzieć że nie potrafił się wypowiadać negatywnie o swoich znajomych, nawet obcych często szczędząc z jakichś własnych pobudek, które ludzie nazywali 'złotym sercem'.
Na uwagę Jaya uniósł brew ku górze, choć gest ten w dużej mierze mógł zostać zakryty przez przydługą grzywkę, która nadal uparcie właziła mu w oczy.
Chętnie. Jak jakiegokolwiek sobie znajdę to zapamiętam tę światłą radę — odpowiedział spokojnie, o dziwo nie zamierzając wypominać kto częściej miał przy sobie przydupasa, którym zajmował się po godzinach. Położył dłoń na twarzy, kręcąc jedynie głową.
Niech oni przyniosą w końcu to cholerne żarcie.
Przeklinał całe to spowolnione tempo w głowie, jednocześnie doskonale wiedząc że podobne psioczenie nie przyspieszy nijak całego procesu.
Oczywiście, że nie. Od tego jestem w końcu ja. Winchester, złoty chłopiec. Nadstawiający karku za wszystko i wszystkich. Z własnego wyboru rzecz jasna — rzucił nagle w sposób, któremu daleko było do jakiejkolwiek pozytywności. Nie było w nim także jednak zgorzknienia. Stwierdził prosty fakt, który był znany praktycznie każdemu, kto choć lepiej go znał. Od kolejnej odpowiedzi uratowało go w końcu pojawienie się kelnerki, która postawiła przed nimi zamówienie, życząc im smacznego. Tym razem darował sobie wszelkie uprzejme uśmiechy, kiwając jedynie głową w podziękowaniu.
Był zmęczony.
Bardzo zmęczony.
Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Choć śmiał podejrzewać, że to właśnie to pierwsze zmęczenie potęgowało pojawianie się ponurych myśli i świadomość, wraz z którą zwyczajnie nie czuł się w tym miejscu mile widziany.
Pytanie brzmiało: Gdzie znajdywało się w takim razie jego miejsce?
Ukroił kawałek mięsa na talerzu, podnosząc go do ust. Nim jednak zdążył go choćby ugryźć, zapach dotarł do jego nosa, powodując nagłą falę mdłości. Kaszlnął, odkładając gwałtownie widelec na talerz i zasłonił usta dłonią, próbując uspokoić rozszalały żołądek.
Szlag by to wszystko — cichy szept przeznaczony wyłącznie dla niego samego wydostał się spomiędzy jego ust. Posiłek na który czekał z taką niecierpliwością, stygł na talerzu.
Potrzebuję chwili — wymamrotał, tym razem bardziej w stronę Jaya, opuszczając dłonie na kolana i wbił wzrok w okno, licząc że mdłości zaraz przejdą same z siebie.

_________________
Powrót do góry Go down
Ryan Jay Grimshaw
Zbuntowany
Vice-Przewodniczący Sapphire



Liczba postów : 406
Godność : Ryan Jay Grimshaw.

PisanieTemat: Re: Knajpa "The Red Lion" [SW]   Pon Lut 13, 2017 11:59 pm

Grimshaw znowu wychodzi na prowadzenie.
Te słowa najprościej było skomentować w sposób „To on zaczął”, jednak zarówno Jay, jak i Winchester już dawno mieli za sobą czasy przedszkolne. Tu nie liczyło się, kto zaczął – nie liczyło się nawet to, kto miał ostatnie zdanie, biorąc pod uwagę, że ciężko było wyczuć moment, w którym rozpoczęła się ta dziwaczna rywalizacja o rację. Chyba w momencie, w którym wyczuł, że jego niezłomny światopogląd dorobił się poważnych rys.
Drażni cię to?
Nie potwierdzał, nie zaprzeczał – w gruncie rzeczy sam nie wiedział, co powinien o tym myśleć, gdy Riley zachowywał się tak, jakby oczekiwał oklasków za swoje czyny, a chwilę później decydował, że jednak posunie się do czegoś bezinteresownego. Przyglądając mu się ze zbyt przytłaczającą uwagą, nie udzielił żadnej odpowiedzi, jakby przyznanie, że odniósł zwycięstwo w tej słownej potyczce, zakończyło całą sprawę. W gruncie rzeczy o to przez cały czas chodziło – ukrócenie tego cholernego wypominania.
„Nie wiem co ci powiedzieć, Jay.”
Nic. Po prostu z nim porozmawiaj.Jeśli nie chcesz, żebym ja to zrobił, dokończył w myślach, zdając sobie sprawę, że akurat tych słów nie musiał wypowiadać na głos. Jay – jak każdy zresztą wiedział – nie należał do osób, które w łagodny i dobrze przyswajalny sposób pouczały innych. Mimo swoich radykalnych metod, wiedział, że w tym przypadku Thatcher lepiej rozwiąże tę sprawę i oszczędzi jemu spotkania twarzą w twarz z Heachthinghearnem, którego przecież i tak za każdym razem Riley w jakiś sposób próbował uchronić – czy to przed zbyt ostrym osądem, czy to przed pięścią, która aż prosiła się o bliskie spotkanie z twarzą nierozważnego kaleki.
Splótł palce obu dłoni i oparł je na blacie, gdy do końca opróżnił filiżankę z kawą i odsunął ją na bok, by kelnerka miała łatwy dostęp do sprzątnięcia naczynia ze stołu.
Może czas przestać być dla siebie tak surowym? ― Pytanie nie miało żadnego konkretnego zabarwienia, jednak wydawało się na swój sposób znaczące, skoro Starr sam potwierdził, że nadstawiał kark za wszystkich na własne życzenie. Tym razem jakby celowo zaczął przesuwać wzrokiem po gościach w lokalu, jakby miał zamiar dać mu czas na chwilę namysłu, nie robiąc sobie wielkich nadziei na to, że w ogóle przemyśli, że coś definitywnie było nie tak. Problem w tym, że trwało to już od dłuższego czasu, a – jak dało się zauważyć – niewiele się zmieniło.
On jest dla siebie za surowy czy ty dla niego?
Sam się do tego zmusza.
Siedzenie z tobą to rzeczywiście wyczyn. Dzieciak niczego ci nie zrobił.
Dzieciak...
Dopiero gdy usłyszał stuknięcie talerza o blat, spojrzał z ukosa na i tak całkiem sporą porcję jedzenia. Oczami wyobraźni Ryan już widział, jak Woolfe znów rezygnuje z jedzenia, choć do ostatniego momentu próbował choć trochę wierzyć, że tym razem to nie nastąpi.
Lepiej nic nie mów.
To nie jest kwestia chwili ― wymruczał, o czym zresztą oboje już wiedzieli. ― Nie wiem co siedzi ci w głowie, ale liczę, że jeszcze nie jesteś na tyle popierdolony, żeby mieć całą resztę za bandę ślepców ― rzucił dość rzeczowo, jak na tak nieformalny przekaz, odrywając wzrok od nietkniętego jedzenia na rzecz przekierowania go z powrotem na twarz chłopaka. ― Dalej, złoty chłopcze, czas zrzucić trochę ciężaru z łamiącego się karku. Nie powiesz mi, że lubisz, gdy cię pilnuję? ― odparł, używając wcześniej wyłapanego określenia i mimowolnie kiwnął głową w stronę jedzenia. Nie był to pierwszy raz, gdy siedział z nim przy jednym stole, obserwując niemoc w starciu z przełknięciem przynajmniej jednego kęsa.
Być może było wręcz przeciwnie.
Być może tego nienawidził.
W tym momencie mógł użyć nawet najostrzejszych słów, bez tej dennej, sarkastycznej otoczki i właśnie to przekazywało aktualnie spojrzenie szarych tęczówek.

_________________

Powrót do góry Go down
Riley 'Woolfe' Winchester
Prefekt Naczelny
Introwertyk



Liczba postów : 439
Godność : Riley Starr Thatcher-Winchester

PisanieTemat: Re: Knajpa "The Red Lion" [SW]   Czw Lut 16, 2017 1:11 am

Był zbyt przyzwyczajony do towarzystwa Grimshawa, by jego ciężkie spojrzenie robiło na nim jakiekolwiek wrażenie. To co dla wielu obcych mogło wydawać się nienaturalne i powodować u nich negatywne uczucia, dla niego było po prostu częścią Jaya, do której musiał się przyzwyczaić. Zawsze tak to wyglądało. Choć szczekający i szczerzący kły pies początkowo mógł wydawać się straszny, im dłużej spędzałeś czas w jego towarzystwie, tym bardziej docierało do ciebie, że strach już dawno odszedł gdzieś w tył zostawiając za sobą jedynie znużenie.
Co innego, gdyby usiadł obok ciebie.
Szyderczy śmiech Wilka rozbrzmiał na nowo w jego głowie, gdy widocznie zregenerował swoje siły. Przez chwilę w jego oczach coś się zmieniło, choć dla kogokolwiek z zewnątrz ciężko byłoby stwierdzić czym była owa zmiana.
Potarł policzek dłonią, odwracając wzrok w bok.
Porozmawiam — odpowiedział krótko, choć jego myśli przytłaczały go właśnie całą serią możliwych scenariuszy. Nie wiedział co się obecnie działo z Chesterem. Miał nadzieję, że nic mu nie jest. Że nikt go nie zgarnął, że nie wpakował się w kłopoty. Bardziej samolubna część jego umysłu bała się również, że jeśli zacząłby mówić, wpakowałby w tarapaty nie tylko siebie, ale też Jaya i jego samego. Riley nie miał krewnych, nie musiał się zatem szczególnie przejmować, że kogokolwiek zawiedzie... poza samym sobą. Za każdym razem, gdy ładował się w podobne sytuacje, powinien był doskonale wiedzieć, że może spierdolić sobie życie. I wiedział. A mimo to jego charakter wykazujący resztki waleczności, zupełnie jakby była ona ostatnim, co mu zostało - raz po raz kończyły się regularnymi bójkami.
Westchnął cicho, podnosząc nieobecny wzrok na Jaya, gdy ten zadał mu dość proste pytanie.
Ktoś kto życzy swoim przyjaciołom źle, żeby mieć szansę pokazania się od najlepszej strony nie zasługuje na taryfę ulgową — rzucił spokojnie, nie pozwalając by do jego głosu przedarły się jakiekolwiek emocje. Pustka w jego oczach była porażająca, mimo że przywoływał jedynie słowa, które usłyszał ostatnio od samego Grimshawa. Fakt, że Jay odwrócił wzrok pewnie byłby zbawienny, lecz w tym momencie Winchester nie czuł już niczego. Zupełnie jakby ktoś wyciągnął go siłą ze snu i umieścił na kanapie w restauracji, sterując jak marionetką.
Dopiero, gdy Jay otwarcie go skrytykował przymuszając do jedzenia, supły na żołądku i gardle nieznacznie się rozluźniły, pozwalając mu na przełknięcie śliny i cichy, chrapliwy śmiech.
Pierdol się, Jay — rzucił wykrzywiając kąciki ust w uśmiechu, gdy złapał na nowo sztućce, nabijając na widelec wcześniej ukrojony kawałek. Powąchał go jeszcze raz, nim ostrożnie wsunął go do ust, przeżuwając. Był smaczny. Mimo że jego ślinianki momentalnie zaczęły intensywniej pracować, brzuch nadal protestował, przez co cały posiłek szedł mu niezwykle powolnie. Nie żeby zwykle jadł w szybkim tempie. Udało mu się jednak zjeść połowę steku i kilka frytek, nim znieruchomiał, sprawdzając samego siebie, czy aby na pewno uda mu się utrzymać jedzenie w żołądku, bez zwracania go.
Co słychać u Deana? — zmienił nagle temat, przekrzywiając głowę na bok. Nawet jeśli jego przyjaciel nie należał do najrozmowniejszych osób na co dzień, potrzebował w tym momencie tematu, który wypełniłby panującą ciszę, gdy robił sobie miejsce na resztę jedzenia. Jedynie od czasu do czasu wsuwał do ust kolejną frytkę, machając ją uprzednio w ketchupie.
Dawno go nie widziałem. Jakbyś się nie domyślił, subtelnie ci sugeruję, żebyśmy najbliższy czas wolny spędzili u ciebie zamiast w akademiku — rzucił rozbawiony opierając się łokciem o stół, zaraz podpierając dłonią policzek. Złote oczy spoczęły na szarych tęczówkach Grimshawa. Wcześniejsza stabilność zdawała się stopniowo do niego powracać, choć niewątpliwie nadal był wdzięczny za dzielący ich stół. Przez jakiś czas miał dość swojego szalejącego serca.

_________________
Powrót do góry Go down
 
Knajpa "The Red Lion" [SW]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
 Similar topics
-
» Rybacka Knajpa
» Gospoda pod Świńskim Łbem

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Vancouver :: 
Centrum
 :: Stara część miasta
-
Skocz do: