IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Rezydencja Vessare.

Zobacz poprzedni temat
 
Zobacz następny temat
 
Go down
 
Idź do strony : Previous  1, 2
Zero

avatar
#Młodzież
Student medycyny
235


   
Wto Mar 14, 2017 12:21 pm
       
Słyszałem, że tacy jak oni potrafią być bardzo cierpliwi ― rzucił nieco zamyślonym tonem, jakby w międzyczasie próbował przypomnieć sobie, gdzie dokładnie o tym słyszał, jednak to najwidoczniej nie było aż tak ważne. ― Myślisz, że nie przyczają się na odpowiedni moment, w którym nie będzie ich w pobliżu? ― kontynuował, przenosząc wzrok na ojca, który spróbował interweniować. Jak widać bezskutecznie. Leslie prawdopodobnie próbował przyzwyczaić go do takiego stanu rzeczy. Nie mieli okazji spędzać za wiele czasu w tak prozaicznym otoczeniu. W większości przypadków spotykali się wyłącznie na bankietach, na których – co tu kryć – nie do końca miało się okazję być sobą.
Nie zawsze masz z tym problem, Zero.
To jasne. Nie będę przytakiwał, chwaląc każdy „materiał na żonę”.
Na pewno skrzywiłby się na tę myśl, gdyby nie to, że wyglądałby wtedy co najmniej dziwnie. Garrett z niejakim zakłopotaniem zmierzwił włosy z tyłu głowy, jednak całe zażenowanie zatuszował krótkim śmiechem, zaraz na nowo skupiając się na grze.
Która zakończyła się równie szybko, co się zaczęła.
Wszystko wskazywało na to, że pan Vessare powoli zaczynał rozumieć frustrację, którą odczuwali gracze, gdy kosztowali smaku porażki. Gdy na ekranie wyświetlił się komunikat o tym, że jego bohater poległ, uderzył bokiem nadgarstka o swoje kolano, wydając z siebie stłumiony warkot, choć w kontraście do zdenerwowania na twarzy, w oczach mężczyzny tliło się rozbawienie.
To jak z tym dzieciakiem? ― Zwrócił twarz w stronę ojca, całkowicie tuszując wszelkie oznaki tego, że to za jego sprawą polegli w boju. Co złego to nie on, prawda? Jako panicz z dobrego domu musiał sprawiać pozory kogoś, kto posiadał jakikolwiek kręgosłup moralny.
Nie licz na to, że zaprzeczę temu przedwcześnie. Jak będę miał więcej czasu, stoczymy kolejny pojedynek, a wtedy nie licz na to, że dam ci fory ― zapewnił, prostując się w oznace pewności siebie. Zaraz jednak pochylił się do przodu, odkładając kontroler na podłogę. ― Dobra, chłopaki. Obowiązki wzywają.
Cillian nie wyglądał na szczególnie przejętego faktem, że nawet w dniu własnych urodzin nie mógł spędzić więcej czasu ze swoim ojcem. Kiwnął głową ze zrozumieniem, uznając, że wszystko to, do czego musiał przyzwyczajać się przez dziewiętnaście lat swojego życia, było dla niego jedynie przykładem tego, co czekało go w przyszłości. Poza faktem, że do tej pory nie planował mieć swoich własnych dzieci, które musiałyby podziwiać widok jego pleców za każdym razem, gdy wychodziłby z domu, bo wzywałaby go kolejna operacja.
Mężczyzna wyciągnął rękę do Clawericha, by uścisnąć ją na pożegnanie, po czym ten sam gest wykonał w kierunku swojego syna, mimo że z pewnością wolałby poklepać go po ojcowsku po głowie. Wiedział jednak, że nie miał już do czynienia z małym dzieckiem, którego jakoś trzeba było ugłaskać, gdy znów dowiadywało się, że „tata musi już iść”.
Znudziło mnie to już ― oznajmił nagle i machnął ręką w stronę ekranu, podkreślając, że chodziło o grę, w którą grali już od co najmniej dwóch godzin. ― Jeżeli chcesz się ze mną mierzyć, będziesz musiał poćwiczyć trochę we własnym domu ― rzucił tak luźno, jakby był przekonany o tym, że Orionowi brakowało wprawy. Chociaż ziewnięcie, które wyrwało się z jego ust nie było zamierzone, doskonale podkreśliło lekceważący stosunek do działań kumpla.
Sięgnął po pudełko z nową, jeszcze zapakowaną grą i obrócił ją, by przebiec wzrokiem po opisie na odwrocie, choć wcale nie musiał tego robić. O najnowszym wydaniu tej serii wszędzie było głośno – oczami wyobraźni widział, jak jego staruszek sięga po płytę z grą, dostrzegłszy, że została wyłożona na charakterystycznym, kartonowym regale, który przedstawiał bohatera gry, zmagającego się z zombie.
Zmieniamy płytę. ― Rzucił pudełko w stronę Reitza, dając mu do zrozumienia, że teraz jego kolej na wstawanie z miejsca. ― Jeśli chcesz, możesz zacząć grę, a ja popatrzę jak ci idzie.
Powrót do góry
 
Go down
Frey Orion Clawerich

avatar
#Gwiazdy Showbiznesu
Model / Jonker
605


   
Wto Mar 14, 2017 5:14 pm
       
Pokręcił jedynie głową na ostatni komentarz dotyczący pedofilów, nie mając nic więcej do dodania. Nie odznaczał się zbyt wielką siłą fizyczną, więc tak, zapewne padłby ofiarą wszędobylski łapsk starszego i niewątpliwie miłego pana. Lub pani. Na tym świecie nigdy nic nie wiadomo.
Gdy tylko jego postać zginęła, bardzo wesoły dzwonek z powtarzanym "Nasty" rozbrzmiał cichym dźwiękiem, oznajmiając nadchodzące połączenie.
- Przepraszam na chwilę - krótkie mruknięcie towarzyszyło mu, gdy podnosił się powoli z wygodnego fotela, uprzednio odkładając kontroler za podłogę. Ruszył ku wyjściu z pokoju, by lekkim ruchem zamknąć za sobą drzwi, gdy już przekroczył próg.
- Słucham.
- Paniczu, jakaś młoda dama dobija się do drzwi i prosi o spotkanie.
- Młoda dama?
- Niewysoka, dość głośna--
- Ruda? Na oko 160 centymetrów i irytujący głos?
- To było niemiłe...
- Czyli tak. Znam ją, ale powiedz, że mnie nie ma.
W odpowiedzi pało krótkie "zrozumiano". I darując sobie pożegnania, zakończył połączenie. Dłoń powędrowała ku górze, by palce mogły przejechać po nasadzie nosa w wyraźny zmęczeniu, gdy wspierał plecy o ścianę.
"Dobra, chłopaki. Obowiązki wzywają."
Pierwsze słowa, które usłyszał, po ponownym wejściu do pokoju. Spojrzenie na krótką chwilę powędrowało ku Zero, chcąc wyłapać jakąkolwiek zmianę w wyrazie jego twarzy. Nie zauważając jednak niczego szczególnego, uniósł spojrzenie na wyższego mężczyznę, który akurat podawał mu dłoń. Naturalnie ją uścisnął.
- Zapraszam ponownie, trzeba to koniecznie powtórzyć. Z całym szacunkiem, ale następnym razem skopiemy mu dupę - rzucił jeszcze wesołym stwierdzeniem faktu na odchodne, kiwając krótko głową na pożegnanie. Przyklęknął tuż obok kumpla, siadając na piętach i wspierając dłonie o uda, by zaglądnąć mu przez ramię. Szybko jednak cień rozdrażnienia przeciął jasne lico, gdy do uszu dotarł ten drobny przytyk.
- Mhm, jasne. Następnym razem pogramy w Guitar Hero albo osu! Zobaczymy czy wtedy też będziesz taki pewny siebie - bo może Clawerich przegrywał z kretesem w strzelankach, ale w grach z muzyka w roli głównej był górą. Chociaż tyle...
Przechwycił lecące pudełko, przyglądając mu się z bliska. Zombie, co? Przeczytał krótki opis na tyle opakowania, oglądając też każdą ilustrację z osobna.
- Zero - zaczął, opierając podbródek na ramieniu Cilliana. - To żadna zabawa, gdy prawie zawsze wyśmiewasz moje umiejętności. Chodźmy na zewnątrz - trzepnął go lekko opakowaniem gry w bok. Nie miał niczego złego na myśli. Uwielbiał ten pokój i mógłby w nim zamieszkać, ale nie był typem, który 24/7 siedziałby w jednym i tym samym pomieszczeniu.
- Albo do mnie? Obiecuję, że nie napuszczę na ciebie żadnego psa. I postaram się, żeby one same też nie postanowiły powitać twojej skromnej osoby w mokry sposób - odsunął się nieco, siadając na podłodze. Wsparł ciężar ciała na dłoniach, układając je za plecami. Gra leżała spokojnie obok.
- Chyba że wolisz na miasto? Chociaż nie, to głupie pytanie. No ale daj spokój, są twoje urodziny, staruchu. Jakoś trzeba to uczcić. I nie, nie moim wyjściem - brwi ściągnęły się lekko ku sobie, gdy wypowiadał ostatnie słowa. Raz jeszcze dobył telefon z kieszeni, opierając go o kolano. Wstukał hasło, włączył odpowiednią aplikację i z błyskiem szatańskiego planu w oczach czekał, aż kumpel odwróci się w jego stronę.
Powrót do góry
 
Go down
Zero

avatar
#Młodzież
Student medycyny
235


   
Pią Kwi 14, 2017 9:16 pm
       
Nigdy nie próbowałem cwaniakować, gdy chodziło o twoje muzyczne gry. Skoro w nie nie gram, potrafię pogodzić się ze świadomością, że nie wyrobiłem sobie do nich ręki. Proste ― rzucił, wypuszczając ciężko powietrze ustami, jakby nie mógł uwierzyć, że przyszło mu tłumaczyć coś tak oczywistego. Chociaż nie dał tego po sobie poznać, chciał pozbawić Clawericha wszelkich resztek nadziei na to, że odczuje jakąkolwiek satysfakcję z wygranej, gdy już będą mieli okazję przysiąść do czegoś, w co chciał zagrać. Nie oznaczało to jednak, że Vessare po prostu podda się bez walki – nawet jeśli takie można było odnieść wrażenie – ale na pewno na próżno było oczekiwać jego zbulwersowania po poniesionej porażce.
„Zero.”
Momentalnie spiął się, jakby resztkami silnej woli próbował powstrzymać się od momentalnego odwinięcia się. Frey doskonale znał jego granicę dobrego smaku, którą właśnie jak gdyby nigdy nic przekroczył. Nie miało znaczenia, czy kogoś znał czy też nie – kontakt fizyczny był czymś, co znosił z trudem i czego w gruncie rzeczy nie akceptował. Niemniej jednak ciepły oddech padający na jego szyję był na tyle ciężki do zniesienia, że ręka Leslie'go w końcu wystrzeliła do góry, a jej wierzch trzasnął policzek Reitza. Nie był to na tyle mocny cios, by strącić jego głowę z barku, jednak również nie na tyle słaby, by uznał to za koleżeński gest. To było pierwsze ostrzeżenie, które w parze z chłodniejszym spojrzeniem, którym obrzucił rówieśnika, tylko zyskiwało na powadze. Jasnowłosy nie liczył się z tym, jak jego kumpel to odbierze, miał jednak nadzieję, że był w stanie zrozumieć, że nawet tak drobne spoufalanie się przyprawiało go o obrzydzenie.
Z odległości też da się składać propozycje ― mruknął i przesunął ręką po ramieniu, gdy tylko Orion raczył się od niego odsunąć. Podniósł się z miejsca, zabierając ze sobą grę i oba kontrolery, by zaraz odłożyć je na pierwotne miejsce. ― Jeśli pójdziemy do ciebie, najprawdopodobniej i tak skończymy w dość podobnej scenerii. Poza tym do tej pory źle wspominam tę nogawkę, którą zaślinił jeden z twoich uroczych psów ― wyjaśnił, kładąc dość sarkastyczny nacisk na określeniu jego czworonogów. Nie miał nic do zwierząt, jednak zdecydowanie bardziej wolał je na odległość.
Dużą odległość.
Wyłączywszy konsolę i telewizor, odwrócił się przodem do znajomego. Po wcześniejszym zniesmaczeniu nie było już ani śladu, jakby postanowił puścić w niepamięć to drobne potknięcie, mimo że zadbał o to, by takowe już więcej razy nie nastąpiło.
„Jakoś trzeba to uczcić. I nie, nie moim wyjściem.”
Syknął pod nosem, na pokaz odbiegając wzrokiem gdzieś w bok, jakby tym razem został przejrzany. Chociaż gest ten wyglądał teatralnie, nie dało się ukryć, że wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby nie musiał ruszać się z domu i gdyby siedział w nim sam. I jeszcze, gdyby mógł przeleżeć cały dzień w swoim łóżku, z którego musiał wstać tylko ze względu na obecność gościa. Swoje idealne urodziny przeżyłby, mając święty spokój. Może faktycznie się starzał?
Mówiłem ci już, że nie bawi mnie świętowanie urodzin, ale jeśli już koniecznie chcesz gdzieś iść i masz zamiar wytargać mnie siłą, to wolę wyjść gdzieś na miasto ― mruknął niechętnie, przesuwając palcami po roztrzepanych kosmykach z tyłu głowy. Prezentował się dziś wyjątkowo niewyjściowo, ale nie zapowiadało się, że zamierzał poświęcać czas na układaniu nieokrzesanej dziś fryzury. ― Nie na długo ― dodał po krótkiej przerwie, na wszelki wypadek, gdyby Clawerich postanowił zorganizować coś większego i stworzyć plan działania, który zająłby Cillianowi czas do późnej nocy albo i samego rana.



Can you see the FUCK YOU in my smile?
Powrót do góry
 
Go down
Frey Orion Clawerich

avatar
#Gwiazdy Showbiznesu
Model / Jonker
605


   
Sob Kwi 15, 2017 12:09 pm
       
- No daj spokój, przecież tylko żartuję. Co nie zmienia faktu, że z czasem się pewnie wyrobisz i nawet w tym mnie ograsz, nie zdziwię się - westchnął krótko, wyczuwając kolejny zgrzyt w atmosferze. Nie pierwszy i nie ostatni, norma. Przesunął dłońmi bardziej w tył, osadzając spojrzenie na suficie. Jedna z rzeczy, w których Cillian powinien zdobyć złoty medal i wyróżnienie było odbieranie nadziei Reitza. I czy był tego świadom, czy nie, wychodziło mu to idealnie.
Uderzenie w policzek, nawet jeśli nie jakoś szczególnie mocarne, podziałało jak kubeł wody. Wyjątkowo zimnej, nieprzyjemnej i wywołującej okropne dreszcze. Ukłucie gdzieś w klatce piersiowej tylko spotęgowało uczucie przeraźliwego chłodu, a sam Reitz nagle nabrał ogromnej ochoty, by rzucić w cholerę całą resztę planów na dzień dzisiejszy i wrócić do domu. Tam najlepiej rzucić się na kanapę z psami i obejrzeć jeden z tych najtańszych, najniżej ocenianych filmów kategorii "chujowe, ale i tak obejrzę do końca".
"Z odległości też da się składać propozycje."
- Można, mój błąd - z podbródkiem wspartym na przedramieniu zamachał telefonem ze wciąż uruchomioną aplikacją. I była to ta jedna sprawa, z której nie miał zamiaru rezygnować.
- To był szczeniak, nie dziw mu się, że chciał okazać trochę płynnej miłości. No i dawno u mnie nie byłeś, ale zmuszać nie będę - wzruszył lekko ramionami, wciąż wyczekując odpowiedniego moment. Wystarczyła chwila, niby to wstukanie czegoś na ekranie i gotowe. Zdjęcie zostało zrobione całkowicie bezdźwięcznie, gdy tylko Vessare obrócił się przodem do kumpla. Zapisał zdjęcie w sejfie, obrócił urządzeniem w palcach i zablokował je.
Zaraz jednak odzyskał poprzednią wesołość, podnosząc się z podłogi. Drobne faux-pas (głównie własne) puścił w niepamięć, mimo wszystko chcąc spędzić jeszcze choć trochę czasu z Cillianem. Wyciągnął ręce w górę, naciągając mięśnie, przy czym nie zabrakło charakterystycznego dźwięku przeskakujących kostek.
- Tak, pamiętam. A ja mówiłem, że jestem uparty - posłał kumplowi szeroki uśmiech. Rozumiał niechęć do świętowania urodzin. Sam również ich nie obchodził, nawet nie chciał o nich słyszeć. Z tym że powody jego i Cilliana nieco się od siebie różniły.
- Cudnie - klasnął w dłonie, słysząc zgodę - Jest jakieś konkretne miejsce, które chciałbyś odwiedzić? Bo jeśli nie, to słyszałem, że niedaleko jednego z parków rozbiło się spore wesołe miasteczko. I mają ponoć najlepszy dom strachów w całej Kanadzie, zainteresowany? - a nawet jeśli nie, Frey nie omieszkał przedstawić masy innych pozycji, które mogli odwiedzić. O których oczywiście szczegółowo opowiedział podczas przechodzenia przez wszystkie korytarze.

z/t
Powrót do góry
 
Go down
Zero

avatar
#Młodzież
Student medycyny
235


   
Pią Cze 16, 2017 10:04 pm
       
„(...) i nawet w tym mnie ograsz, nie zdziwię się.”
Ciekawe ― mruknął pod nosem, brzmiąc jakby nad czymś się zastanawiał. Nie zamierzał jednak dokończyć swojej myśli, zachowując dla siebie wszystkie wnioski, do których doszedł w przeciągu tych kilku sekund. Frey najwidoczniej lubił przegrywać, skoro aż tak zachęcał go do poznawania nowych rzeczy, w których – jak sam zresztą wierzył – Leslie z łatwością mógł go przerosnąć.
Nie żeby sam wątpił w swoją pojętność.
Za błędy należało płacić – nie było więc nic dziwnego w tym, że Zero nawet przez sekundę nie pożałował swojej gwałtownej reakcji. Nie mógł czuć się winny za złamane serce Clawericha, z którego nie zdawał sobie sprawy. Za to on sam za każdym razem zaznaczał to, że dzieliły ich pewne granice i nie miało znaczenia, jak długo się znali, jak wiele czasu ze sobą spędzali ani też to, że byli dla siebie kumplami.
Widzisz tę twarz? ― Ostentacyjnie wskazał palcem na swoje oblicze. Obecnie nie wyrażało niczego oprócz chłodnego zwątpienia i braku przejęcia. Nie to, żeby było to coś nowego. ― Czy wyraża zrozumienie dla nadpobudliwych, śliniących się szczeniaków? Też tak sądzę ― odpowiedział sam sobie, mierzwiąc włosy z tyłu głowy. Odpowiedź na to, dlaczego tak dawno nie odwiedził Oriona znalazła się sama. Wolał nie mieć styczności z całym tabunem bestii, dla których sama obecność Vessare była drażniąca. Takie wizyty były niewygodne zarówno dla czworonogów, jak i dla blondyna.
„A ja mówiłem, że jestem uparty.”
Jak jasna cholera.
Dom strachów? ― rzucił, gdy opuszczali pokój. Propozycja może i brzmiała ciekawie, jednak tylko wtedy, gdy w planach miało się użyczanie ramienia swojej przerażonej, drugiej połówce. Cillian raczej nie zamierzał użyczać swojego Reitzowi. ― Odważny pomysł, jak na kogoś, kto piszczy jak dziewczynka na widok pająków. Wiesz, że to jeden z ulubionych motywów do takich miejsc? ― spytał w pełni poważnie. Nie zniechęcał go na siłę – po prostu użył całkiem solidnego i prawdziwego argumentu, mimowolnie zerkając na znajomego, nawet jeśli przeczuwał, co zobaczy na jego twarzy. ― Zrozumiem jeśli nie będziesz chciał poświęcać się aż tak bardzo, chyba że zamierzasz wreszcie przełamać swój irracjonalny strach.
Byli już niedaleko drzwi.
James, przynieś moją kurtkę ― polecił lokajowi, który jak zawsze kręcił się w pobliżu, by w razie czego być na miejscu.
Oczywiście, paniczu.
Opcja z kinem 7D będzie chyba znacznie lepsza. Ewentualnie po prostu możemy gdzieś usiąść. Jak wolisz.
A to przecież były jego urodziny.

___z/t.



Can you see the FUCK YOU in my smile?
Powrót do góry
 
Go down
Sponsored content

#


   
       
Powrót do góry
 
Go down
 
Rezydencja Vessare.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
     Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: